Chcę się przekonać, jak ten tekst zabrzmi po 30 latach. W Opolu stworzono nam warunki do pracy, jakie rzadko zdarzają się na Zachodzie. Mamy do dyspozycji wspaniałą
machinę aktorską i techniczną, było to więc bardzo kuszące.
Zdecydowałam się robić spektakl wspólnie z Anką (której talent i podejście do teatru bardzo cenię), żeby mieć nowe spojrzenie pokoleniowe na ten tekst. Poza tym obawiałam się, że po
prostu nie dam sama rady wejść po tylu latach przerwy w skomplikowaną narrację teatralną. I miałam rację. Omówiłyśmy koncept i Anka wspaniale doprowadziła próby do bardzo zaawansowanego
stanu, teraz mam więc luksus - możemy zgodnie korygować ewentualne błędy czy wprowadzać nowe pomysły, nie trzeba materiału kreować od początku. Bez jej pomocy nie pogodziłabym pracy nad
"Aktorami" i "Janosikiem".
Na pewno nie, brak mi podstawowego warsztatu. Zrobiłam kiedyś parę rzeczy w teatrze, ale nie byłam nimi w pełni usatysfakcjonowana, uważałam, że można było lepiej. Oczywiście w wypadku
filmów też nigdy nie miałam przekonania, że stworzyłam skończone arcydzieło. Ale w kinie przynajmniej teoretycznie wiem, jak przełożyć moje oczekiwania na efekt, w teatrze zaś muszę tego
szukać od początku. Oddaliłam się od teatru również jako widz. Być może wynikało to z emigracji, bo przecież teatr jest jednak w dużym stopniu zanurzony w języku.
Magia, możliwość intymnego, długotrwałego obcowania z aktorami, skupienie na tekście. Rzeczywistość teatralna nie jest tak iluzoryczna jak w filmie, trzeba ją tworzyć przez skrót i symbol,
a takie podejście do sztuki bardzo mi odpowiada. Doświadczyłam w życiu kilku wielkich przeżyć teatralnych, których nie mogę porównać z odbiorem żadnego filmu. Mówię o przedstawieniach
Swinarskiego, Grzegorzewskiego, Otomara Krejčy, Petera Brooka, wyliczając ad hoc.
Pełna rozmowa z Agnieszką Holland w piątkowym dodatku kulturalnym DZIENNIKA