"Sezon na misia 2" aka "Open Season 2"
Reklama
USA 2008; reżyseria: Matthew O’Callaghan, Todd Wilderman; dystrybucja: Imperial-Cinepix; czas: 80 min; Premiera: 23 stycznia
Ocena DZIENNIKA: 3/6

-------------------

Druga część „Sezonu na misia” w gruncie rzeczy skonstruowana została wedle schematu niemal identycznego jak część pierwsza, która przed trzema laty debiutującej w pełnometrażowej animacji wytwórni Sony przyniosła ponad 190 milionów dolarów zysku. W pierwszej części przywykły do luksusów niedźwiadek Boguś lądował w leśnej dziczy, a oprócz tego, że musiał się zaaklimatyzować w nowych warunkach, trafił w sam środek wojny obronnej mieszkańców lasu z myśliwymi. W drugiej części Boguś jest już obyty z lasem, a wojna rozpętuje się tym razem między dzikimi zwierzętami a udomowionymi czworonogami. Boguś w towarzystwie znanego z pierwszego filmu jelonka Elliota, jego narzeczonej Gizeli, dwóch neurotycznych kaczek, niebieskiego jeżozwierza i porywczej wiewiórki wyrusza na pomoc jamnikowi Panu Kabanosowi. W pierwszej części wybrał wolność, teraz trafił z powrotem w objęcia stęsknionej pańci i zmierza na przymusowe wakacje do Pet Paradiso – raju domowych kanapowców.

Akcja zdominowana przez konfrontację dzikich zwierząt z domowymi, wprowadza jednak i wątki poboczne. I tak Elliot, choć zakochany w Gizeli, panicznie boi się ceremonii zaślubin i utraty kawalerskiej swobody. W dodatku tuż przed samą ceremonią traci swoje imponujące poroże. Poza tym męska przyjaźń jelonka z Bogusiem zostanie wystawiona na ciężką próbę, a pan Kabanos będzie musiał na nowo zdefiniować pojęcie wolności. Z jednej strony fabularne skoki w bok pomogły niewątpliwie autorom nie popaść w kreskówkową tautologię, z drugiej jednak zbyt słabymi nićmi zostały przyfastrygowane do głównej opowieści, a poza tym ponad miarę przeładowane życiowymi mądrościami i natrętnymi morałami. Na szczęście bywa też drugi „Sezon na misia” niewymuszenie zabawny. Pośmiać się można z wyskoków ofermowatego Elliota, z przebieranek mieszkańców lasu w „domowe” futra, z gier i zabaw z udziałem potulnych królików w roli piłek albo amunicji, z dziwactw ekscentrycznych kaczek, no i z celnej satyry na wariactwa właścicieli piesków i kotków rozpieszczających swoje pociechy z karykaturalną nadopiekuńczością. Słowem niezły dylemat dla pana Kabanosa. W objęciach swojej pańci musi wprawdzie znosić elektryczną obrożę i obrzydliwy sweterek, ale za to w psim raju czeka na niego obżeranie się frykasami, drinki z palemką, baseny, fryzjerzy, manikiurzyści i co tylko sobie zamarzy.

Zanim w finale wszyscy zgodnie zaśpiewają słodką balladę The Carpenters „Close To You” sporo się tutaj dzieje. W dobrym tempie, z sympatycznymi bohaterami, w bardzo porządnym plastycznym opracowaniu. Wszystko to jest jednak aż za bardzo poprawne, bez żadnych szaleństw, zaskoczeń i bez żadnego polotu. Owszem, pocieszna to kreskówka, ale zarazem przewidywalna, powtarzalna, a przez to dziwnie mdła. W dodatku Matthew O’Callaghan i Todd Wilderman zapożyczyli się na potęgę, bez żenady ściągając zarówno klasyczne disnejowskie chwyty, jak i shrekopodobne patenty. Taki rozkrok między baśniową prostotą a odlotowym rozwichrzeniem staje się zbyt wielki, by cała ta historia miała ręce i nogi. Szkoda, że reżyserzy tak bali się ruszyć własnymi głowami. Odwagi panowie! To zawsze bardziej popłaca niż wtórne naśladownictwo.

Wojtek Kałużyński