Przede wszystkim nie lubię określenia „cover”, bo automatycznie sugeruje ono powielanie, odtwarzanie czyjejś twórczości. Nie interesuje mnie zwyczajne śpiewanie cudzych piosenek – to byłoby bezcelowe. Ja zawsze czułam się interpretatorką i nawet jeśli nie napisałam danych utworów, to zawsze traktowałam je jak swoje – wydaje mi się, że to klucz do tworzenia ciekawych wersji znanych już piosenek. A jeśli chodzi o twoje pytanie – po prostu czułam, że nadszedł czas nagrania albumu z utworami innych – nie potrafię tego wytłumaczyć. W życiu posługuję się intuicją, pozwalam mu płynąć. Dziś zaprowadziło mnie ono do tych 19 utworów nagranych z pomocą fantastycznych muzyków i wokalistów.
Większość z nich to moi dobrzy przyjaciele – od lat znam Nicka Cave’a i Rufusa Wainwrighta. Uwielbiam też Antony’ego – pracę z nim wspominam najlepiej, bo to zupełnie nieprzewidywalny artysta i bardzo ciepły człowiek. Jego ostatni album jest fantastyczny, słucham go na okrągło – uwielbiam ten przeszywający dramatyzm w jego głosie.
Nick jest fantastyczny i bardzo lubię z nim pracować, ale tym razem nie mieliśmy okazji spotkać się. Nick nagrał swoją partię do „The Crane Wife” w studiu w Londynie, dopiero później została ona zmiksowana z moimi wokalami.
Utwory wybierałam wspólnie z zaprzyjaźnionym producentem Halem Wilnerem, z którym współpracuję od bardzo dawna – on był również producentem m.in. „Strange Weather”. Wybór nie był prosty, a ostateczna lista powstawała przez kilka miesięcy. W tym czasie oboje słuchaliśmy setek nagrań. Stworzyliśmy dwie odrębne listy, z których później wybraliśmy tę finalną. A jaki był klucz? Taki jak w życiu – intuicyjny. Utwór musi mnie chwytać za serce – muszę czuć, że opowiada częściowo o mnie, że w jakiś sposób mogę się do niego odnieść.
No wiesz – historyjki o Milesie to standard wśród muzyków. Krążą ich setki, a tak się składa, że dzięki mojej chrypce w głosie świetnie potrafię go naśladować. Mój ulubiony dowcip to ten, w którym do Milesa podchodzi młody muzyk i podniecony prosi o radę: „Hej, Miles, nie uwierzysz – będę występował pod batutą Igora Strawińskiego i jestem strasznie zdenerwowany, bo nie wiem, jak mam z nim grać, jak mam podejść do tego koncertu?”. A Miles na to: „Po prostu graj w e-moll”.
To prawda – choć prób zazwyczaj było kilka, to prawie zawsze wybieraliśmy pierwszą wersję. Z marszu nagraliśmy np. „Solitude” Ellingtona i wiele osób uważa ten numer za najlepszy na płycie. Jest coś niepowtarzalnego w świeżej, spontanicznej interpretacji – nawet jeśli nie jest ona perfekcyjna pod względem technicznym. Zresztą nie oszukujmy się – mój głos niewiele ma wspólnego z perfekcją (śmiech). Zawsze stawiam przede wszystkim na emocje i mam nadzieję że to słychać na „Easy Come, Easy Go”.
Nie do końca – to było bardzo stresujące doświadczenie i nie chcę o tym opowiadać – na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Miałam guza, ale dziś jestem zdrowa. W języku angielskim to powiedzenie ma wiele znaczeń – odnosi się do strefy materialnej, do miłości, seksu i piękna. Bardzo dobrze podsumowuje życie każdego z nas. Im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak delikatnym tworem jest człowiek. Jak pomyślę o swojej młodości, to doprawdy nie mam pojęcia, jak to przetrwałam. Zresztą w obecnej sytuacji gospodarczej całego świata tytuł tej nowej płyty nabiera zupełnie nowego wydźwięku, nieprawdaż?
Czuję się dziś spełniona, ale najważniejsze, że wiem, jak osiągać wewnętrzny spokój – dużo czytam, mam wspaniałego partnera i zarazem mojego managera Francois Ravarda. Jestem dziś bardziej cierpliwa niż kiedyś – w końcu mam już wnuki! (śmiech).
Nie – to piękny mit, ale sztuka nie musi być cierpieniem. Kiedy byłam młoda, lubiłam ból – dziś już niekoniecznie. Nauczyłam się żyć bez potrzeby ciągłej podniety, poczucia niebezpieczeństwa. Tak naprawdę dopiero dziś czuję się dojrzale. Poza tym element ryzyka ciągle jest obecny w moim życiu. Przecież ten nowy, ostatni album nie należy raczej do „przebojowego”. To wymagająca muzyka nie dla każdego, a ja przez lata nie dbałam o swoją emeryturę i ciągle muszę myśleć o przyszłości. Tak więc ból – nie – ale również nie totalny komfort, bo bardzo rozleniwia, a ja wbrew plotkom nie zamierzam przechodzić na emeryturę. Na pewno nagram jeszcze co najmniej jedną płytę, choć na razie nie mam pomysłu jaką.
Sugerujesz, że Amy Winehouse jest równie popieprzona jak ja? (śmiech). Niestety chyba tak jest. To fantastyczna artystka – uważam ją za najlepszą współczesną wokalistkę młodego pokolenia. Myślę, że kłopoty, w jakie wpadła, są spowodowane fatalnie niską samooceną i brakiem pewności siebie. Nieraz widziałam już, jak show-biznes rujnuje ludzi. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Amy dorośnie – skoro mi się udało, wierzę, że ona też da radę.
Nic – mogę ją tylko wspierać i mówić wszystkim, że jest genialna – bo jest. Chciałabym, żeby sama w to uwierzyła.
Oczywiście diabła – to o wiele ciekawsza postać, wielowymiarowa i skomplikowana. Poza tym to diabeł stoi za najlepszymi piosenkami.