: Czułym i kochającym, niekiedy nadopiekuńczym, co nie zawsze było pożądane, zwłaszcza kiedy byłem nastolatkiem, ale wynikało to z najlepszych intencji. Miał w domu
specjalne prawa i niekiedy z nich korzystał. W zasadzie był dużym dzieckiem. Dzięki temu jako malec miałem wspaniałego kompana do niekonwencjonalnych zabaw. Na przykład nad biurkiem, po
przekątnej jego gabinetu, przez pewien czas kursowała skonstruowana przez niego miniaturowa kolejka linowa napędzana korbką. A pewnego razu wspólnie zastawiliśmy na ciocię pułapkę w postaci
cukiernicy pod napięciem. Urządzenie skonstruowane według pomysłu ojca z baterii i dzwonka wytwarzało prąd. Napięcie było nieduże, ale i tak kopnięcie nie należało do przyjemnych. Ojciec
próbował się tłumaczyć przed matką: "Tomek sam to zrobił", ale ponieważ miałem wtedy około sześciu lat, nie uwierzyła, że byłem w stanie skonstruować urządzenie
wykorzystujące zjawisko indukcji. Zamknęła się z ojcem w łazience i odbyła z nim długą umoralniającą rozmowę.
Albo: "drumla". Kiedy bywał wzywany przez matkę na dywanik, wypowiadanie słów "kapeluch" i "drumla" miało przyczynić się do rozładowania
sytuacji. Zwłaszcza że ojciec wybuchał po tym głośnym śmiechem. Zazwyczaj przynosiło to skutek odwrotny od zamierzonego. Matka obawiała się zgubnego wpływu "kapelucha" i
"drumli" na moje wychowanie i wypowiedziała im wojnę. Ostatecznie udało się jej ten obyczaj wyplenić.
Nie przypominam sobie, natomiast sporo uwagi poświęcił mojemu wykształceniu, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie, znosząc do domu naręcza książek popularnonaukowych z zakresu biologii,
fizyki, matematyki. Sposób, w jaki próbował nauczyć mnie języków obcych - w zasadzie sprowadziło się to do wyposażenia mnie w odpowiedni słownik - był kuriozalny. Ale przecież on
właśnie w taki sposób sam nauczył się angielskiego. Ojciec był rozczarowany, gdy okazało się, że nie jestem w stanie w kilka dni nauczyć się podstaw niemieckiego. Tłumaczył mi, że
język niemiecki ma tylko cztery przypadki, a nie siedem jak polski.
czytaj dalej
Michał, siostrzeniec mojej matki, spędzał wszystkie wakacje w naszym krakowskim domu na osiedlu Kliny. Pojawiał się także wówczas, gdy z powodu dłuższej choroby nie mógł chodzić do
szkoły. Wuj Staszek starał się mu pomóc w ortografii i przygotowywał dla niego dyktanda. Michał spisywał je w brulionach i przechował do dziś. Cytuję w mojej książce kilka z nich. Na
przykład takie: "Urzędnik państwowy, który nie bierze łapówek, zapada zwykle na suchoty. Sprzedawcy sklepów uspołecznionych, którzy nie kradną towaru - chudną i dostają
gruźlicy". Albo takie: "Padalec brzydzi się ludźmi, lecz chętnie zjada małpy i chłopców robiących błędy ortograficzne".
Na jakimś poziomie wiedziałem, że przysługują mu szczególne prawa. Ale z perspektywy kilkulatka widziałem tylko drzwi jego gabinetu, czasami zamknięte na klucz, zza których rozlegało się
rytmiczne stukanie maszyny do pisania. Nie zdawałem sobie sprawy, że to stukanie nie jest chlebem powszednim innych dzieci. Na naszym osiedlu mieszkał profesor Jan Błoński, więc wiedziałem,
że na świecie istnieją pisarze i profesorowie literatury. Kim jest ojciec jako pisarz, dowiadywałem się wielokrotnie, czytając coraz trudniejsze książki, kolejne stopnie wtajemniczenia. A
ponieważ prowadziliśmy też zupełnie zwyczajne rodzinne życie, zdarzało mi się spoglądać na niego z niedowierzaniem: jak on te wszystkie otchłanne rzeczy wymyślił? Kiedy jestem pytany, czy
trudno być synem sławnego pisarza, odpowiadam, że to zależy. W Europie nieco trudniej, za to łatwiej w krajach, w których Lem pisarz pozostaje mało znany, np. w USA. Mówię oczywiście o
Lemie ikonie, bo życie z Lemem domownikiem niekiedy bywało trudne, ale zawsze interesujące i pełne niespodziewanych zwrotów akcji jak w dobrej powieści.
Ojciec był kierowcą względnie odpowiedzialnym i właśnie dlatego ten eksperyment wypadł zaskakująco. Choć potrafił, zbliżając się do ostrego zakrętu, założyć sobie, że z naprzeciwka
nie nadjedzie żaden samochód, i zabierał się do wyprzedzania. Całe szczęście, że w latach 50. natężenie ruchu było jeszcze niewielkie.
czytaj dalej
Przekonanie, że wie lepiej, towarzyszyło mu w niemal każdej dziedzinie. Ojciec był przekonany, że kieruje się logiką i pragmatyzmem, jednak różnie z tym bywało. Rzadko dopuszczał
rozmówców do głosu, a gdy już dopuścił, nie zawsze słuchał.
Oczywiście, jednak mogło to nastąpić dopiero wtedy, gdy człowiek zdołał się przebić ze swoim zdaniem. Ojciec zakładał bowiem, że wie, co rozmówca chce powiedzieć, więc żeby nie
marnować czasu, sam wygłaszał opinie polemizujące z jego rzekomym poglądem. Zdarzało się więc na przykład, że zabłądziliśmy podczas wycieczki i trzeba było zdecydować, co robić.
Ojciec dochodził czasem do wniosku, że żadna droga nie wiedzie do celu.
Osoby blisko z nim współpracujące, czyli tłumacze, dziennikarze, agenci czy krytycy. "List rozwodowy" dostał czeski tłumacz, pan S., który zaprosił ojca wraz z żoną na
dansing, ale potem znikł i nie udało się go odnaleźć. Państwo Lemowie siedzieli w restauracji sami, gdy nagle wkroczył zaginiony pan S. z kobietą u boku. Na pytania, co się z nim stało,
odpowiadał mętnie, przekonując, że był niezwykle zapracowany. Potem, już w hotelowym pokoju, ojciec napisał "list rozwodowy". Ten tłumacz już nigdy nie przełożył żadnej
jego książki. Nawiasem mówiąc, wzruszyłem się, czytając posłowie Tomasza Fiałkowskiego do mojej książki, bo wynika z niego, że i on otrzymał od ojca taki list...
Bo jeśli ojciec uważał poruszane przez nich kwestie za niezbyt istotne, informował o tym rozmówców, a potem sam zadawał właściwe jego zdaniem pytanie. I oczywiście udzielał na nie
wyczerpującej odpowiedzi. Czasami sugerował nawet, że powinien za to dostawać odpowiednie honorarium, odmierzane przykręcanym do biurka taksometrem.
czytaj dalej
Przez gabinet ojca przewijało się bardzo wiele osób, ale grono najbliższych przyjaciół było dość wąskie. Najczęściej przychodził profesor Jan Błoński i mój ojciec chrzestny Jan Józef
Szczepański. Zdarzały się też niezapowiedziane wizyty. To byli najczęściej "wariaci", którzy najpierw pisali do ojca o swoich niezwykłych wynalazkach, a gdy im
odpowiedział, zjawiali się u jego drzwi. Na spotkanie z nimi wysyłana była matka, która miała ich przekonać, że pisarz jest zbyt zajęty.
Myślę, że modus operandi był szlifowany w czasach, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie. I wtedy mogło to wyglądać burzliwie, jeśli wynalazca okazał się krewki. Z naszego późniejszego
pobytu w Wiedniu zapamiętałem dłuższe negocjacje prowadzone przez matkę przez płot z mężczyzną, który pragnął ojcu wręczyć wykonany przez siebie tomahawk.
Ojciec przepadał za chałwą i marcepanem, ale w zasadzie nie przepuszczał żadnym słodyczom. A ponieważ nadawały one sens jego istnieniu, pomimo cukrzycy jadał je aż do później starości.
Mawiał, że akt samobójstwa polegający na zamknięciu się w gabinecie z pięciokilogramową puszką tureckiej chałwy nie byłby wcale złym pomysłem. Sękacz na przykład, bez którego nie
byłoby u nas w domu śniadania, z bliżej nieokreślonych powodów zamawiany był faksem i przywożony przez firmę kurierską. Któregoś dnia zapodziała się ulotka z numerem telefonu producenta.
Ojciec zawezwał domowników, ogłosił stan wyjątkowy i zmusił do przeczesywania domu w poszukiwaniu wymiętej żółtej karteczki z obrazkiem sękacza.
Ojciec pijał likiery, bo spełniały dwa warunki: zawierały alkohol i cukier. W naszym domu była spiżarnia, a w niej spora liczba butelek po benedyktynce i chartreuse. Ten zielonkawy likier
kupowany za dewizy wyzwalał u ojca twórczą energię.
czytaj dalej
Rzeczywiście, ojciec bywał przekorny. Matka jednak stosowała metody, które dobrze znają rodzice małych dzieci: namawiała ojca na opak. Z jej podróżnego dziennika z wakacji do Jugosławii,
prowadzonego jeszcze przed moim urodzeniem, wynika na przykład, że kiedy z kranu leciała tylko zimna woda, matka autorytatywnie stwierdziła, że lepiej się w ogóle nie myć. Ojciec, który
początkowo stanowczo odmówił kąpieli, z ręcznikiem na ramieniu natychmiast ruszył do łazienki.
Przypuszczam, że gdyby moja przyszła matka jako młoda studentka medycyny wiedziała, jakie życie ją czeka u boku Stanisława Lema, i tak wyszłaby za niego za mąż, ale ciężko by przy tym
westchnęła. Była mu wierną i oddaną towarzyszką. Dla Stanisława Lema konwenanse nie istniały, co często prowadziło do sytuacji z perspektywy czasu zabawnych, ale niekoniecznie śmiesznych w
danej chwili. Zaczęło się od tego, że ojciec wybrał się ze swoją przyszłą żoną na koncert do filharmonii, a kiedy muzycy zaczęli grać, zasnął. Potem, kiedy przyszło do oświadczyn,
uczynił to listownie, ale któregoś dnia matka została obdarowana wielkim tortem przesłanym przez posłańca. Darczyńca pozostał anonimowy, choć nietrudno się domyślić, kto nim był. Matka
do pewnego stopnia przywykła do nietypowych zachowań ojca.
Najgorsze były czerwone buraczki. Plamy z tych potraw, podobnie jak ślady po czekoladzie i chałwie, były trudne do wywabienia z ubrań. Ojcu zdarzało się również wysmarować buraczkami tuż
przed wylotem za granicę. Jeszcze bardziej zdradzieckie okazywały się buraczki atakujące go w telewizyjnym bufecie, tuż przed wejściem na antenę. Ojca natychmiast otaczał tłum kobiet, w tym
również żona, które za pomocą mokrych chusteczek próbowały wywabić plamę z koszuli. Ojciec zasadniczo nie przejmował się takimi sprawami, ale łaskawie pozwalał, by panie go
obsługiwały. Do wyglądu nie przywiązywał wielkiej wagi. Najchętniej paradował w swetrze i luźnych spodniach z szelkami. Gdy robiło się chłodniej, zakładał trencz, a na głowę beret.
czytaj dalej
Ojciec zawsze bardzo racjonalnie to wyjaśniał: został odcięty od światowej literatury naukowej, od zagranicznych wydawców, agentów, niezależnej prasy. Jego korespondencja była cenzurowana, a
część listów w ogóle nie docierała do adresatów. Polskie sklepy świeciły pustkami, ojciec nie widział dla mnie przyszłości w kraju. Pośrednim, lecz być może nawet ważniejszym, powodem
była wojenna trauma, która z wielką siłą się w nim odezwała: poczuł się w Polsce jak w więzieniu.
Wszystko. Straciliśmy z matką kontakt z rodziną, przyjaciółmi, trzeba się było uczyć obcego języka, funkcjonowania w nieznanym świecie. Ja wcale nie chciałem mieszkać na Zachodzie. W
Polsce zostawiłem przyjaciół i to właśnie w kraju widziałem swoją przyszłość. Tymczasem ojciec ciągle powtarzał, że nigdy już nie wrócimy, i powinienem sobie znaleźć nowych
przyjaciół. Toteż w Wiedniu trzeba było zaczynać wszystko od zera. Zamieszkaliśmy w skromnym mieszkaniu odpłatnie udostępnionym przez austriackie stowarzyszenie pisarzy, pozostali lokatorzy
kamienicy byli Romami i Turkami. Zostałem zapisany do szkoły anglojęzycznej, przy czym wyszło na jaw, że lekcje angielskiego pobierane w Polsce nie zdały się na wiele. Matka musiała
prowadzić dom, nie znając niemieckiego. Ojciec, żebyśmy mieli z czego żyć, po raz pierwszy w życiu wziął zaliczkę przed napisaniem książki i przeżywał ciężkie chwile, bo choć
pracował codziennie od wczesnego świtu, wciąż nie był zadowolony z efektów.
W zasadzie przez cały okres pobytu w Wiedniu był w głębokiej depresji z powodu beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska. Po latach przyznał, że rozważał nawet „rozwiązanie ostateczne” wszystkich swoich problemów za pomocą malowniczej sadzawki w pobliżu barokowej glorietty w cesarskich ogrodach nad Pałacem Schoenbrunn.
czytaj dalej
Pomysł, żeby pracę maturalną pisać z języka polskiego, nie był zły, bo nie chciałem zapomnieć języka. Natomiast wybór utworu ojca świadczył o mojej młodzieńczej naiwności. Ojciec,
rzecz jasna, nie był zadowolony z tekstu i napisał własny, po czym domagał się, żebym złożył go jako swój. Z perspektywy czasu ta historia jest zabawna, ale zapewniam, że wtedy jakoś nie
dostrzegałem komizmu sytuacji.
Dziwna to była korespondencja. Ojciec potrafił kochać i jednocześnie był wyzuty z empatii. Na początku studiów doskwierała mi samotność, tymczasem jego listy streszczały to, co akurat
wyczytał w ostatnim numerze "Science" lub "Prirody" - o postępach inżynierii genetycznej, o czarnej materii w kosmosie i o poszukiwaniu bozonu Higgsa. Stąd
takie, a nie inne motto książki...
Bezustannie, choć zdawał sobie sprawę, że nie powinien tego robić. Nie mógł się powstrzymać i po latach stanowi to niemal niewyczerpane źródło anegdot. Na przykład miał mi za złe, że
zamiast astrofizykiem w USA, zostałem tłumaczem w Polsce. Ale chyba z czasem się z tym pogodził, kilka razy usłyszałem nawet, że to czy tamto dobrze przetłumaczyłem. Zabawna sytuacja
powstała, kiedy przetłumaczyłem tekst ojca z niemieckiego na polski (oryginał zaginął), a on był przekonany, że to właśnie odnalazł się ten oryginał...
Koledzy z wydziału fizyki pukali się w czoło, kiedy się wydało, że zapisałem się na wykłady z sowietologii, germanistyki i kontrapunktu. A mnie się to wydawało naturalne, skoro istniała
taka możliwość. Myślę więc, że odziedziczyłem ciekawość świata i potrzebę zdobywania wiedzy z najróżniejszych dziedzin. I oczywiście szacunek dla wielkiej literatury.