Pisarz zauważył, że w czasach jego dzieciństwa, nie było tylu alternatyw spędzania wolnego czasu jak dzisiaj i książka była jedną z niewielu rozrywek, na jakie mogło liczyć dziecko:

Reklama

Ja wychowywałem się w czasach, gdy o internecie nikt nie myślał, a telewizja dopiero się zaczynała. Książki zaczęła czytać moja matka, która była redaktorką w wydawnictwie. Była zanurzona w literaturze francuskiej. Najpierw czytałem kryminały i oczywiście książki o Indianach. Największe wrażenie zrobiła na mnie Królewna Śnieżka. Największym horrorem było dla mnie, gdy biegnie przez las, drzewa szarpią, nie mogłem potem zasnąć – wspominał Głowacki na antenie TVP Info. Dodał także, że jego matka nie zawsze wierzyła w inteligencję swojego syna:

Gdy miałem 12 lat, matka czytała mi „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Zasypiałem, więc uważała mnie za idiotę. Mówiła, że powinienem zostać sprawozdawcą sportowym - wspominał

Do wszelkich mód i trendów w czytelnictwie, Janusz Głowacki podchodzi z dużym dystansem:

Najpierw zaczęła się szkoła szybkiego czytania. Ośmieszył ją Woody Allen. Powiedział kiedyś: „wziąłem kurs szybkiego czytania i przeczytałem »Wojnę i pokój«. To jest o Rosji”. Obecnie jest moda na czytniki elektroniczne. W Nowym Jorku, gdzie głównie mieszkam, w metrze wszyscy czytają prawdziwe książki, nie żadne elektroniczne – powiedział pisarz.

Głowacki wyznał także, że czytanie książek to dla niego znacznie większa przyjemność niż oglądanie filmów i niezwykle ceni sobie sam kontakt z książką jako przedmiotem:

Wolę poczytać o jakiejś madame Bovary niż zobaczyć ją w filmie, bo inaczej ją sobie wyobrażałem. Film sprowadza się do wizji komercyjnej, tu można poszaleć. Posiedzieć w domu, kartki sobie poprzerzucać. Ja naprawdę lubię zapach książek. To jest coś cudownego. Ja lubię dotyk papieru, piszę ręcznie, choć oczywiście potrafię też na komputerze. Jak pisze ręcznie, a coś mi wychodzi, mocniej przyciskam pióro – opowiadał artysta.