Paulina Nowosielska: Dlaczego Andrzej Z. ps. "Słowik" nie wyszedł za kaucją pod koniec ubiegłego roku, kiedy miał okazję?

Reklama

Janusz Szostak: Gdyby wpłacił poręczenie w wysokości 400 tys. zł, prokurator zapewne zadałby mu proste pytanie: skąd pan ma te pieniądze? Każda odpowiedź byłaby, delikatnie mówiąc, kłopotliwa. Bowiem "Słowik" zapewne nie złożył rozliczenia PIT za poprzedni rok. Siłą rzeczy więc wskazałby pochodzenie gotówki. Sumy, której przypuszczalnie nigdy oficjalnie nie mógłby zarobić. Bo, jak powiedział kiedyś adwokat Andrzeja Z.: "Mój klient utrzymuje się z tantiemy". Fakt, Andrzej Z. napisał w 2001 r. książkę. Nakład był niewielki, a i tak część została wycofana przez ówczesny Urząd Ochrony Państwa.

UOP ingerował w rynek wydawniczy?

To były czasy, gdy osoby z dużą wiedzą o świecie przestępczym nie publikowały masowo. W tej książce było o byłym prezydencie Lechu Wałęsie, o kulisach ułaskawienia. Autor zahaczał też o innych polityków. "Słowik" był prekursorem gangsterskiej literatury. Kilku osobom na pewno podniósł ciśnienie.

Wracając do kaucji: przyjaciele nie mogli jej wpłacić?

Być może nie ma takich przyjaciół, którzy chcieliby dla niego zaryzykować. Różnie w tym świecie jest. Tam, gdzie duże pieniądze, nie ma dozgonnych przyjaźni. Myślę, że "Słowik" swoją decyzję rozważył.

Dobrze mu w więzieniu?

Raczej nikomu nie jest tam dobrze. Jednak spędził tam blisko 20 lat. To jest jego świat. Bardziej naturalny niż życie na wolności. Ostatni raz został zatrzymany w lutym 2017 r. m.in. wraz z Leszkiem D. ps. "Wańka" i Januszem P. ps. "Parasol", a następnie aresztowany pod zarzutem wyłudzania pieniędzy z podatku VAT, a także za wymuszenia rozbójnicze, rozboje, napady. Teraz czeka na proces. Być może wyroki, które zapadną, pokryją się z czasem, jaki spędził w areszcie. Owszem, będą rozprawy, rozgłos, ale "Słowik" bardzo chce uniknąć medialnego cyrku.

Taki delikatny typ?

Woli ciszę. Publicznie zabrał głos tylko raz, podczas nagrywania programu telewizyjnego w 2001 r. Wówczas zgodził się na krótką rozmowę przez telefon. Ukrywał się wtedy w Hiszpanii. Potem była jeszcze wspomniana książka, a poza nią nic. Bo "Słowik" raczej nie przepada za dziennikarzami. Niemal tak, jak policjantami.

To jak się panu udało namówić go na rozmowę?

Zdarza mi się bywać w więzieniu na Białołęce. I kiedyś któremuś z gangu obcinaczy palców rzuciłem, że pogadałbym ze "Słowikiem". I tak od słowa do słowa "Słowik" napisał mi list. Dogadaliśmy się. Niestety, nie dostałem zgody na widzenia. Rozmawialiśmy więc przez adwokata i intensywnie do siebie pisaliśmy. Bywało, że wysyłałem mu jednym rzutem kilkadziesiąt pytań.

Odpisywał?

Zawsze ręcznie i ładnym charakterem pisma. Andrzej Z. pisze niezwykle starannie, czytelnie. Stara się być intelektualistą. Unika grypsery, wulgaryzmów. Dobiera słowa.

Była umowa, że może pan pytać o wszystko?

Reklama

Nie było. Pytałem o to, co mnie interesuje. Np. czy miał coś wspólnego z podłożeniem bomby gangsterowi o pseudonimie "Ceber" w Ząbkach? O to m.in. oskarżał go Jarosław S. ps. "Masa". Odpowiedział krótko: bzdura. Ale niezwykle ciekawie mówił o relacjach rodzinnych. Jego zdaniem Monika, żona, robiła karierę na jego legendzie. Odcinała kupony od roli "Słowikowej".

Gdy związała się z Wladislawem S. ps. "Wadim", ukraińskim gangsterem, nie wiedział o tym. Zamieszkała z nim, zdradzała męża, przywłaszczała sobie pieniądze jego i kolegów, w tym m.in. "Wańki". "Słowik" nie mógł uwierzyć, że kobieta, której ufał bezgranicznie, tak go potraktowała. Opowiadał mi o tym.

Rozmawiałem też z człowiekiem, który siedział ze "Słowikiem" w momencie, gdy ten dowiedział się o zdradzie. Jedynej kobiety, którą naprawdę kochał - jak deklarował. Płakał nocami w więziennej celi. Faktem jest, że był zakochany. Do tego stopnia, że koledzy uważali go za pantoflarza. Jeszcze na wolności mieli do niego żal, że wszędzie zabierał ze sobą Monikę. A jak jej nie brał, to szybko do niej potulnie wracał. Ta kobieta była jego piętą achillesową.

Swoją książkę zatytułował pan: "Słowik. Skazany na bycie gangsterem". Dlaczego "skazany"?

Mówi, że życie i system skazał go na taką "ścieżkę kariery". Gdy miał kilkanaście lat, był sportowcem, chodził do szkoły w Stargardzie Szczecińskim. Zwykła rodzina, niebogata, ale żadna patologia. A potem wydarzył się "ten dzień". Spotkali się w piątek z kolegami po szkole. Przy piwie przyszedł im do głowy pomysł, by jechać na dyskotekę do Szczecina. Andrzej był jedynym trzeźwym, odwoził kolegów. Mieli wypadek. Okazało się, że fiat 126 p, który prowadził, był kradziony. W tej grupie byli sami synowie lokalnych notabli. On jeden dostał wyrok bezwzględnego więzienia. Trafił do zakładu karnego w Mielęcinie koło Włocławka. To takie miejsce, gdzie nawet recydywiście nie byłoby lekko. Młody chłopak nie był przygotowany na więzienie lat 70. Nieogrzewana cela, bójki. Zaliczał ich sporo. Wywalczył sobie miejsce w grupie. Miał charakter. W końcu stwierdził: "Chcieliście przestępcy, będziecie go mieli". I na ścianie więziennej celi wydrapał słowa: "Tu umarł Andrzej, narodził się Słowik".

Dlaczego "Słowik"?

Pytałem go o to kilka razy. Mocno wykręcał się od odpowiedzi. Kiedyś rzucił: "Szczerze odpowiem, jak usiądziemy w dobrej restauracji, przy dobrym alkoholu, a ja będę ubrany w markowy garnitur".

Czy istniała mafia pruszkowska?

On twierdzi, że nie było takiej grupy. Zresztą, co podkreśla, nie skazano go w tamtym czasie za zabójstwo, porwania, tylko za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Mówi mi, że "Masa" nagadał głupot, choć sam nic nie wiedział. Bo na "Masie" ludzie szybko się poznali i nie ufali mu.

"Słowik" przekonuje, że padł ofiarą spisku świadków koronnych, w tym właśnie Jarosława S. ps. "Masa".

W rozmowie ze mną przekonuje, że nie było zarządu mafii, kapitanów, struktur. Czyli tego, co z detalami opisywał "Masa".

Ciążyły na nim podejrzenia związane z zabójstwem gen. Marka Papały.

Pytałem też o to. Powołuje się m.in. na zeznania Piotra K. ps. "Broda", który miał dać mu broń. Problem w tym, że Andrzej Z. wówczas już siedział w celi.

A co z ułaskawieniem w 1993 r. przez prezydenta Lecha Wałęsę, dzięki domniemanej łapówce w wysokości 150 tys. dol.? Tak było?

"Słowik" potwierdził, choć nie powiedział, komu konkretnie dostarczono pieniądze. No i to „Pruszków” przekazywał kasę, nie on.

A jak to się stało, że "Słowik", chłopak z okolic Szczecina, zdobył tak wielkie zaufanie w Warszawie, w grupie pruszkowskiej?

Ktoś mu bardzo pomógł. Ktoś, kto wciąż jest dla niego autorytetem. "Słowik" nadal zrobiłby wszystko, co by tamten powiedział - te słowa usłyszałem z kilku różnych źródeł. O kim mowa – opisuję szerzej w książce.

"Słowik" dalej ma szacunek w branży?

Tak, ale tzw. młodzi z Pruszkowa mają do niego żal. Dawali pieniądze do wspólnego kotła: na adwokatów, na wsparcie rodzin, na wypiski, a gdy poszli siedzieć, nikt im nie pomógł. Musieli sobie sami radzić. Dziś ci ludzie mają po ok. 40 lat i więcej. Osoby, z którymi rozmawiałem, z reguły o "Słowiku" mówią: przyjazny, kulturalny, szarmancko odnosi się do kobiet. Nawet jak wyrywał panienkę z rury w klubie go-go, kupował jej kwiaty i dbał o atmosferę. Nie to, co wspomniany "Masa", o którym mówią, że ma mentalność gwałciciela.

Skruszony gangster, który po wyjściu na wolność chce wieść życie spokojnego obywatela. Taki jest dziś Andrzej Z. ps. "Słowik"?

Nie sadzę. Jeden z moich rozmówców w książce mówi, że "Słowik" jest jeszcze stosunkowo młody i sprawny. Leszek D. ps. "Wańka", uznany za członka zarządu grupy pruszkowskiej, to rocznik 1951. Andrzej Z. jest młodszy od niego oraz innych. I jeszcze da o sobie znać. Na pewno nie pójdzie pracować w jedynym wyuczonym zawodzie, jako więzienny fryzjer. Spójrzmy na ludzi z dawnego gangu z Mokotowa. Większość siedzi, a ich biznesami kierują bracia, żony czy inni członkowie rodzin. "Słowik" pewnie też ma taki plan B.

Byli ludzie, którzy próbowali go odmienić?

Jedyną kobietą, która miała taką moc, była Monika. Ale ona ciężko go zraniła. Wpływ na niego, taki prawdziwy, głęboki, może mieć dziś syn, Dawid, który studiuje prawo. Był czas, kiedy bardzo potrzebował ojca. A ten jedynie na chwilę był na wolności, między 2013 a 2017 r. Poza tym "Słowik" mocno wierzy w Boga, dużo się modli. Inni gangsterzy mówią, że nie udaje. Zresztą, tego nie da się w więzieniu udawać. Pytałem "Słowika", czy ma wyrzuty sumienia. Odpowiedział, że nikogo nie zabił, okradał tylko złodziei lub bogatych. I że za wcześnie na rachunek sumienia.

Jak to było być mafiosem w Polsce na przełomie systemu i potem, w latach 90.? Pytał pan też o to?

"Słowik" ma niesamowitą zdolność dostosowywania się do czasów i okoliczności. Ostatni raz, w lutym 2017 r., został zatrzymany pod zarzutem wyłudzania pieniędzy z podatku VAT. Nie za jakieś tam haracze rodem z ubiegłego wieku, tylko bardzo współczesne klimaty. A gdy go pytałem o tamte lata, wprost mówił, że był to dla niego złoty wiek. Lata 90. spędził na wolności i dużo podróżował. Nie było kraju, miasta, wyspy, których by nie odkrył. Świat stał przed nim otworem.