To opowieść o rodzinie, która traci najstarszego syna, historię opowiada 10-letnia dziewczynka, która próbuje sobie poradzić ze śmiercią brata. Jurorzy Bookera podkreślali poetycki język książki i oryginalny sposób prowadzenia opowieści. "Czytelnik wpada w tę historię i nie jest w stanie się od niej oderwać aż do końca. Zazdroszczę każdemu, kto nas dziś ogląda, a kto jeszcze nie miał okazji przeczytać tej książki. Brakuje mi słów, żeby ją zarekomendować" - mówił w środę Ted Hodgkinson, przewodniczący jury nagrody.

Reklama

Marieke Lucas Rijneveld urodziła się 1991 r. i wychowała w rodzinie rolników należącej do chrześcijańskiej wspólnoty religijnej, nakładającej na swoich członków surowe reguły postępowania. Rijneveld opisuje swoją orientacje seksualną nie tyle jako "trans", co "pomiędzy". "Jako małe dziecko czułam się chłopcem, ubierałam i zachowywałam się jak chłopiec. Jako nastolatka chciałam i próbowałam być dziewczyną, ale to okazało się niemożliwe. (...) Dla moich rodziców to trudne do zrozumienia, że nie jestem już dziewczynką, która wychowywali. Takich sytuacji nie ma w Biblii" - opowiadała pisarka "Guardianowi".

"Moja rodzina za bardzo się boi, żeby przeczytać moją książkę" - mówiła w wywiadzie dla "Guardiana". "Mam nadzieję, że rodzice kiedyś przeczytają, zrozumieją i będą ze mnie dumni" - dodała.

Bohaterka powieści - Jas - podobnie jak autorka wychowuje się w surowej atmosferze rodzinnej. Jej brat ginie w wypadku po tym, jak w modlitwie wyraziła życzenie, aby to on zmarł zamiast jej chorego ulubieńca - królika. Pogrążona w żałobie rodzina rozpada się, a dziewczynka zapada się w świat groźnych fantazji.

Gdy wydana w 2018 roku debiutancka powieść Rijneveld stała się w Niderlandach bestsellerem, pisarka postanowiła nadal pracować na farmie bydła, choć już nie na tej należącej do jej rodziców, gdzie się wychowała. "Praca na farmie daje mi wewnętrzny spokój, poczucie zakorzenienia. Krowy to moi najlepsi przyjaciele" - mówiła w wywiadzie dla "Guardiana". Odbierając nagrodę w środę Rijneveld powiedziała: "Jestem dumna jak krowa z siedmioma wymionami!".

Na organizację tegorocznej International Booker Prize wpłynęła pandemia. Nazwiska laureatów planowano ogłosić 19 maja, organizatorzy nagrody uznali jednak, że ze względu na pandemię czytelnicy mogą mieć problem z dotarciem do nominowanych książek. Podkreślali, że dłuższy czas promowania ich - od kwietnia do końca sierpnia - pomoże też księgarniom i wydawcom w trudnym, pandemicznym czasie.

Poza nagrodzoną powieścią w finale nagrody znalazły się książki: Shokoofeh Azar "The Enlightenment of the Greengage Tree" (język perski), Gabriela Cabezón Cámara "The Adventures of China Iron" (hiszpański), Daniel Kehlmann "Tyll" (niemiecki), Fernanda Melchor "Hurricane Season" (hiszpański), Yoko Ogawa "The Memory Police" (japoński).

Międzynarodowa Nagroda Bookera przyznawana od 16 lat, a przed czterema laty zreformowano ją i połączono z nagrodą dla zagranicznej powieści przyznawaną przez dziennik "The Independent". Od czasu reformy wśród nominowanych trzykrotnie znalazły się autorki z Polski - w 2017 r. Wioletta Grzegorzewska z "Gugułami" w przekładzie Elizy Marciniak, Olga Tokarczuk, która w 2018 r. została laureatką nagrody za "Biegunów" w przekładzie Jennifer Croft, a rok później znów była w finale - tym razem z "Prowadź swój pług przez kości umarłych" w tłumaczeniu Antonii Lloyd-Jones.

Przed rokiem nagrodę zdobyła Jokha al-Harthi z książką "Celestial Bodies" w tłumaczeniu Marilyn Booth. (PAP)