p
„Hard Boiled” był destrukcyjną jazdą bez trzymanki, luźno inspirowaną dziełami Philipa K. Dicka opowieścią o poszukiwaniu swojej tożsamości. Bardziej jednak niż ironiczny scenariusz Millera liczyły się w nim precyzyjne ilustracje Darrowa, wręcz eksplodujące krwią, gruzem, wrakami samochodów i odłamkami szkła. „Big Guy...”, utrzymany w podobnej stylistyce graficznej, jest o wiele łagodniejszy. O ile można tak powiedzieć o komiksie, którego .
Zaraz, zaraz... Brzmi znajomo? Oczywiście, bowiem . Z potworem – zmieniającym ludzi (przynajmniej tych, których nie pożre) w podobne mu ohydne monstra – walczy więc początkowo najnowsze dziecko japońskiej myśli technicznej – uroczy Rusty Robochłopiec, który jednak w starciu z potężnym przeciwnikiem nie ma większych szans. Z odsieczą przybywa więc prawomyślny robot Big Guy – nie tylko po to, by pokonać niosącego śmierć jaszczura, ale przede wszystkim, by udowodnić, że bez Ameryki ani rusz... Stalowy przybysz z USA musi więc wziąć sprawy we własne chromowane ręce.
„Big Guy i Rusty Robochłopiec” aż prosi się o polityczną interpretację, ale Miller, który swoim „Powrotem Mrocznego Rycerza” (opowiadającym dzieje podstarzałego Batmana, po latach niebytu stającego ponownie do walki ze złem) wywrócił hierarchię komiksów o zamaskowanych herosach do góry nogami, tym razem zakpił z konwencji na całego. Bohaterowie – nawet drugo- i trzecioplanowi, siejącego zniszczenie jaszczura nie wyłączając – nie mówią, ale przemawiają („Do ostatniego mężczyzny... Do ostatniej kobiety... Będziemy walczyć! A ostatnim oddechem... przeklniemy cię bestio!”), nie chodzą, ale maszerują, wreszcie nie walczą, ale mężnie stawiają czoła.
. Niczym w najlepszym filmie katastroficznym budynki walą się tu w gruzy, w powietrzu fruwają wraki samochodów i pociągów, a akcja nabiera kosmicznego rozpędu z każdym kadrem. Nie ma to wszystko, oczywiście, większego sensu, poza czystą radością z oglądania niczym nieskrępowanej, bezpretensjonalnej destrukcji.
Co ciekawe, na podstawie tego mocno niepokornego albumu powstał całkiem łagodny – i raczej schematyczny – serial animowany. Millerowi się podobał, ale po dwóch sezonach został zdjęty z anteny.