Dziennik Gazeta Prawana logo

Autor "Sin City" wykpił tandetę Godzilli

4 lipca 2009, 11:16
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Autor "Sin City" wykpił tandetę Godzilli
Inne
Jeśli macie dość poważnych jak cmentarz o północy scenariuszy Franka Millera, koniecznie musicie sięgnąć po jego komiksy stworzone wspólnie z rysownikiem Geofem Darrowem. Pierwszy z nich, "Hard Boiled", ukazał się na polskim rynku kilka miesięcy temu. Teraz nadszedł czas "Big Guya i Rusty'ego Robochłopca".

p

„Hard Boiled” był destrukcyjną jazdą bez trzymanki, luźno inspirowaną dziełami Philipa K. Dicka opowieścią o poszukiwaniu swojej tożsamości. Bardziej jednak niż ironiczny scenariusz Millera liczyły się w nim precyzyjne ilustracje Darrowa, wręcz eksplodujące krwią, gruzem, wrakami samochodów i odłamkami szkła. „Big Guy...”, utrzymany w podobnej stylistyce graficznej, jest o wiele łagodniejszy. O ile można tak powiedzieć o komiksie, którego .

Zaraz, zaraz... Brzmi znajomo? Oczywiście, bowiem . Z potworem – zmieniającym ludzi (przynajmniej tych, których nie pożre) w podobne mu ohydne monstra – walczy więc początkowo najnowsze dziecko japońskiej myśli technicznej – uroczy Rusty Robochłopiec, który jednak w starciu z potężnym przeciwnikiem nie ma większych szans. Z odsieczą przybywa więc prawomyślny robot Big Guy – nie tylko po to, by pokonać niosącego śmierć jaszczura, ale przede wszystkim, by udowodnić, że bez Ameryki ani rusz... Stalowy przybysz z USA musi więc wziąć sprawy we własne chromowane ręce.

„Big Guy i Rusty Robochłopiec” aż prosi się o polityczną interpretację, ale Miller, który swoim „Powrotem Mrocznego Rycerza” (opowiadającym dzieje podstarzałego Batmana, po latach niebytu stającego ponownie do walki ze złem) wywrócił hierarchię komiksów o zamaskowanych herosach do góry nogami, tym razem zakpił z konwencji na całego. Bohaterowie – nawet drugo- i trzecioplanowi, siejącego zniszczenie jaszczura nie wyłączając – nie mówią, ale przemawiają („Do ostatniego mężczyzny... Do ostatniej kobiety... Będziemy walczyć! A ostatnim oddechem... przeklniemy cię bestio!”), nie chodzą, ale maszerują, wreszcie nie walczą, ale mężnie stawiają czoła.

. Niczym w najlepszym filmie katastroficznym budynki walą się tu w gruzy, w powietrzu fruwają wraki samochodów i pociągów, a akcja nabiera kosmicznego rozpędu z każdym kadrem. Nie ma to wszystko, oczywiście, większego sensu, poza czystą radością z oglądania niczym nieskrępowanej, bezpretensjonalnej destrukcji.

Co ciekawe, na podstawie tego mocno niepokornego albumu powstał całkiem łagodny – i raczej schematyczny – serial animowany. Millerowi się podobał, ale po dwóch sezonach został zdjęty z anteny.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj