Skłamałbym, gdybym powiedział, że wróciłem do teatru.
Ale to nie są projekty, które dadzą aktorowi wielkie pieniądze, nie mówiąc o popularności.
Nie potrzebuję oklasków, zachwytu, popularności. Powiem więcej – kiedy aktor chce
się podobać, chce być atrakcyjny, przestaje być aktorem. Dla mnie ten zawód to osobista, autentyczna wypowiedź człowieka, czyli mnie – Franieczka. A taką możliwość mogę
znaleźć w niezależnych teatrach. Teatr Academia Romana Woźniaka, który istnieje w zaułku warszawskiej Pragi, z maleńką widownią, jest dla mnie ewenementem na skalę światową. Inspiracją
jest malarstwo, zdjęcia artystyczne, a słowo prawie na scenie nie istnieje; spektakl oparty jest bowiem na wycyzelowanym ruchu, geście, perfekcyjnej kompozycji obrazów. Przy ostatniej premierze
bazą do pracy były zdjęcia wybitnego fotografa amerykańskiego Irvinga Penna, podobnie było wcześniej, kiedy wyszliśmy od obrazu Edwarda Hoppera. Takiego teatru nie robi się dla pieniędzy czy
sławy, ale z pasji, z porozumienia wrażliwości. Dla mnie jest on miejscem, w którym można poszukiwać odpowiedzi na wszystkie fundamentalne pytania – kto to jest człowiek, na co go
stać, kto to jest Bóg, co znaczy śmierć, przemijanie, miłość. Ale żeby to się stało, jest potrzebne porozumienie – porozumienie nie tylko na temat tego, jak pracujemy, ale
porozumienie w światopoglądzie.
Tak. Mija już 10 lat, kiedy pracuję bez etatu. Czuję się wolny. Wszystkie role, które gram, są naprawdę duże, ciekawe albo są wielką artystyczną przygodą – mam tak dużo pracy,
że czasem śpię tylko po trzy godziny na dobę. Jak pamiętam swoje doświadczenia z etatem w Łodzi, jeszcze przed wyjazdem za granicę, musiałem grać wszystko i nie zawsze to było ciekawe.
Dziś nie miałbym na to ani siły, ani motywacji.
Tak.
Chodzę na castingi do reklam. Ostatnio policzyłem, że zagrałem aż w 50. Czasem są to głupoty, ale czasem zabawa i sprawdzenie swoich umiejętności.
W jedną kilkusekundową scenę musisz umieć włożyć wszystkie emocje. Skondensować wszystkie środki wyrazu. I umieć się maksymalnie skupić – praca zazwyczaj trwa jeden albo dwa
dni.
Nie przypominam sobie.
Człowiek nie nosi w sobie wszystkiego naraz, bo by pękł. Potrafię to bardzo precyzyjnie rozdzielić.
Myślę, że reklamy nie mają tu nic do rzeczy. Czy gdyby Zbigniew Zapasiewicz zagrał w reklamie, zmieniłoby się jego aktorstwo? To jest wybór, czego w życiu się szuka i czego potrzebuje. A to
się przenosi na scenę i na to, jak uprawia się zawód.
Różnych rzeczy, w tym teatru. A w teatrze – spotkania z ludźmi. Ten moment, kiedy rozpoczynamy ciężką robotę, jest jak początek podróży, na którą się decydujesz – na
trwanie w niej właśnie z tymi konkretnymi ludźmi. Z tego biorą się bardzo głębokie i namiętne relacje – inaczej nie da się stworzyć czegoś prawdziwego. Wtedy wszystko miesza się
w jedno – praca, życie. I to jest coś, co dzieje się 24 godziny na dobę. Nie da się rozdzielić prywatności od tego, co na scenie. To oczywiście jest męczące, ale jest jak
małżeństwo, w którym są momenty wspaniałe, jak i ciche dni. Bycie z ludźmi to jedno. Ale drugie to to, że teatr daje przestrzeń, w której możesz tak naprawdę dogłębnie penetrować i
znaleźć siebie. W życiu nie możesz tak eksperymentować, bo by cię zamknęli.
Podobno jestem specjalistą od świrów (śmiech). Ale muszę powiedzieć, że role takie jak Ferdynand w „Kalimorfie” – facet, który porywa kobiety, próbuje
rozkochać, po czym zabija, nie byłyby możliwe, gdyby nie współpraca z Markiem Kalitą, podobnie poszukującym swojej drogi w teatrze od lat. Tak samo jest w przypadku
„Zbombardowanych” czy „Fernando Krapp napisał do mnie ten list”. To wspólne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czym jest zło, jakie są jego granice, jaka
jest jego natura.
Tym kimś, komu chcesz opowiedzieć o tym, jak widzisz życie.
Myślę, że o miłości… O wieloletnim związku dwojga ludzi, który mimo czasu, przemijania, problemów, skrajnych emocji, zdrad, przemocy wciąż trwa. I o tym, że samo to trwanie razem jest
czymś nadrzędnym.
Michał Siegoczyński, reżyser spektaklu, napisał cały tekst od nowa. Użył do tego języka współczesnego – takiego, jakim się teraz mówi. Rzecz się dzieje w środowisku
korporacyjnym, a konkretniej, w agresywnym środowisku prawniczym. Zmienił się też tytuł, imiona bohaterów. Została esencja – wieczorne spotkanie przy kolacji dwojga par: tej z
wieloletnim stażem i pary narzeczonych. I pytania – co ich łączy, czy się kochają?