Dziennik Gazeta Prawana logo

Powrót do domu Wyspiańskiego

23 listopada 2007, 19:27
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Konrad Swinarski mówił, by Wyspiańskiego sprawdzać nie w słowach, ale w przedstawieniach. Jego wezwania słuchał Jerzy Grzegorzewski. A teraz Maciej Prus zrobił w Teatrze TV znakomite "Wyzwolenie"

To mogą być, to będą dwa niezwykłe wieczory. Warto oglądać "Wyzwolenie" Prusa, zaostrzając apetyt na "Sędziów" Grzegorzewskiego. Dzień po dniu usiąść przed ekranem. Bo w tym nieprzypadkowym zestawieniu rodzi się dwoiste spojrzenie teatru na twórczość autora "Wesela". Rzecz całą aż do ból upraszczając: "Wyzwolenie" to jest Wyspiański - wieszcz, poeta narodu, wyraziciel misji, "Sędziowie" zaś przeczytał jego może najwybitniejszy kontynuator, tworząc spektakl czysty jak łza i rażący niczym uderzenie pioruna. A przy tym skromny, rezygnujący ze spektakularnych efektów, jakby introwertyczny. Warto słuchać, jak w obu przedstawieniach z piekielnie trudnym językiem pisarza zmagają się wybitni aktorzy odległych od siebie pokoleń Piotr Adamczyk jako Konrad w "Wyzwoleniu", Jerzy Trela (Samuel) w "Sędziach". Jak go badają, sprawdzają siłę i brzmienie pojedynczych fraz, a potem układają je w opowieść. Znać namysł nad każdym słowem, próbę dotarcia do istoty. Tak powstaje teatr trafiający w sedno. Jest w tych seansach coś wzruszającego. Oto dzięki TVP Kultura udało się zapisać na taśmie odprysk teatru Jerzego Grzegorzewskiego. Z Wyspiańskim potykał się przez lata, a w czasie swojej dyrekcji chciał z narodowej sceny uczynić dom poety. I właśnie w Narodowym powstał szereg arcydzieł grandes spectacles "Noc listopadowa", "Wesele" oraz wyznania najbardziej intymne, skupione niemal bez reszty na aktorskim przekazie, choćby "Sędziowie", a potem "Hamlet", w którym znalazł się zresztą refleksy "Wyzwolenia".

Wyspiański to była wielka końcówka, koda reżyserii i życia Grzegorzewskiego. Każdy spektakl był pożegnaniem, w każdy wkradało się niepostrzeżenie, a potem władało niepodzielnie przeczucie końca. Dźwięczy mi w uszach głos Wojciecha Malajkata w "Hamlecie" był duńskim księciem, autorem "Studium o Hamlecie" , po trosze pewnie Grzegorzewskim. I jako oni wszyscy mówił "Sam już na wielkiej pustej scenie…", niosąc w tym strach i gorycz rozstania. W "Sędziach", choć o kilka lat wcześniejszych, bo powstałych w 1999 roku, dochodzi do głosu ten sam ton.

W feerii wyrafinowanych plastycznie obrazów Grzegorzewski portretuje stary świat, który odchodzi w przeszłość, a jednocześnie wypada z ram. Łączy portret żydowskiej rodziny, zgodny z wymogami antycznej tragedii, z refleksją autotematyczną, ogarniającą własny teatr i twórczość Wyspiańskiego. Zza zamglonych okien widać zbity w tańcu tłum, raz głośniej, a raz ciszej odzywa się tępa weselna muzyka. Po chwili nie ma wątpliwości tragedia domu starego Samuela rozgrywa się gdzieś niedaleko Bronowic, zaraz przypadkiem mogą odwiedzić go zabłąkani goście Rydla. Światy się przenikają, czysta poezja miesza z brudem zbrodni. Nad wszystkim jednak góruje nuta lamentu starego ojca. Jerzy Trela, niegdyś Konrad z "Wyzwolenia" Swinarskiego, gra jakby skupiał w sobie żal wszystkich ojców świata. W finałowej scenie skargi przeciwko okrutnemu Bogu brzmią łzy i rozpacz. Jeszcze twarda świadomość, że fatum nie da się oszukać.

Grzegorzewski filtrował Wyspiańskiego przez własną wrażliwość poety sceny i malarza. Podejmował zerwany przez starego mistrza wątek, by prowadzić go dalej, już w naszych czasach. Maciej Prus, choć także wiele razy inscenizował dzieła autora "Klątwy", chyba nieco inne ambicje. Jego interesują sprawy narodu przekazywane przez postromantycznego, a może raczej dzisiejszego bohatera. Nie od rzeczy Konrad Adamczyka nosi zieloną kurtkę, podobną do tej, jaką miał grany przez aktora bohater "Wniebowstąpienia" według Konwickiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Wchodzi do teatru jakby przypadkiem, choć w głowie kłębią się myśli. Adamczyk ukazuje Konrada jako kogoś, kto współtworzy obraz Polski, a jednocześnie współczesną Polskę bacznie obserwuje. Taka podwójna rola pozwala mu zadawać za Wyspiańskim najbardziej niewygodne pytania, "zstępować do głębi". Tworzy się z tego, także dzięki kreacji Adamczyka, obraz wrzący od pasji. Bazujący na myśli i słowie Wyspiańskiego spektakl Prusa jest dowodem, że patriotyzmie i narodowym posłannictwie można mówić wprost, nie narażając się na śmieszność.

Nie trzeba przy tym bać się zarzutów o anachronizm inscenizacji. Reżyser prowadzi ją z morderczą konsekwencją jako próbę w teatrze, rozgrywa wśród luster w pustej przestrzeni. Aktorzy grają w strojach niemal prywatnych i ich spór o Polskę brzmi do końca szczerze, bo właśnie niemal prywatnie. Prus zadaje przy tym kłam twierdzeniom o konieczności wulgarnego uwspółcześniania klasyki. Morderczo trudne "Wyzwolenie" gra ze wszystkimi scenami z Maskami, ich kwestie przydzielając wszystkim niemal wykonawcom. Mamy więc coś na kształt wielkiej próby w teatrze emocji i idei. Przywrócenie Wyzwolenia choćby po fatalnej inscenizacji Mikołaja Grabowskiego z krakowskiego Starego Teatru właściwym arcydziełu miarom. Dzięki Prusowi i Grzegorzewskiemu dwiema drogami wracamy do domu Wyspiańskiego. Wielka to satysfakcja i poczucie ulgi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj