Dea Loher
reż. Paweł Miśkiewicz
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Premiera 29 maja
ocena: 4
_____________________________________________________________________________
Potem zaś, nie odżegnując się od wpływów Lupy, . Przez moment zdawało mi się nawet, że za wcześnie. Zdawało mi się, że stracą na tym i kolejne spektakle wielkiego twórcy, a i sam Paweł Miśkiewicz, przez lata pozostając w zamkniętym kręgu jednego artysty, wie o teatrze jeszcze zbyt mało, aby przemówić własnym głosem.
Myliłem się. Pierwszą eksplozją reżyserskiego talentu Miśkiewicza stał się wybitny dyplom krakowskiej PWST ”. Spektakl fascynujący, ukazujący na wielu planach wzajemne przenikanie się tekstów Tadeusza Różewicza, ironiczny, gorzki i nostalgiczny jednocześnie. I pierwszy symptom reżyserskiej strategii młodego twórcy, który odtąd najważniejsze swe przedstawienie opierać będzie na adaptacjach, i to zarówno prozy, jak i pisanych specjalnie dla sceny dramatów. Z „Rajskim ogródkiem” udało się niebywale. Mam pewność, że scenariusz widowiska mógłby i dziś funkcjonować jako samoistna partytura.
Teatr Pawła Miśkiewicza przeżywał potem wzloty i upadki, zawsze jednak mierzył wysoko. Fascynująca była desperacja Klary , gdy uporczywie chciała wyjść poza główny nurt życia, stanąć w poprzek narzucanym przez społeczeństwo powinnościom. Narkotyczny rytm był siłą osadzonego we współczesnych emocjach . Nieco gorzej wypadały krakowskie inscenizacje reżysera – .
Autorski styl Miśkiewicza skrystalizował się – jak sądzę – w spektaklach . Znakomita „ była migawką z marginesu rzeczywistości, próbą złapania w sceniczny kadr chwili ulotnej, z definicji zdarzającej się raz. Adaptacja sytuowała się pomiędzy dyskursem a surową baśnią, mocno stawiając pytanie, co znaczy być mężczyzną, jakie są tego konsekwencje. Oparta na motywach z była zaś przypowieścią o czasie. Miśkiewicz odchodził w niej od tradycyjnie pojmowanej akcji, porozrzucane zdarzenia łącząc z pozoru chaotycznie, a jednak nieprzypadkowo. Publiczność mogła odnieść wrażenie, że znalazła się w pętli. Nie wiedzieliśmy, w którym punkcie opowieści jesteśmy – u jej kresu czy na początku. Jak w życiu.
. Zamiast spektakularnego widowiska pozwalającego szefowi Dramatycznego określić siły i środki dowodzonej przez niego sceny otrzymaliśmy ledwie szkic przedstawienia, które żywi się i napędza własną niegotowością, niepewnością, rozchwianiem. Jest tak, jakby samo dopraszało się określenia, dokąd iść, zaczynać nowe myślenie czy zamykać się w jednej interpretacji. Fabuła traci znaczenie. Przez półtorej godziny oglądamy zmagania bohaterów, połączonych przez tragiczny wypadek, w którym śmierć poniósł mały chłopiec. Reżyser odwraca tu sytuację znaną chociażby z filmów Altmana. Tam pozornie niezależnych od siebie bohaterów łączył finał, tu wszystko zdarzyło się przedtem. Została tylko wspólna, a może całkiem osobna pamięć.
„Całopalenie” rozgrywa się w różnych punktach sceny Dramatycznego obserwowanych przez umieszczonych na kręcącej się obrotówce widzów. Wydaje się, że Paweł Miśkiewicz w swoim teatrze postanowił tym razem utrwalić proces powstawania teatru. To prawda, . Mimo to szkic Miśkiewicza odbieram jako poszerzenie pola walki. I czekam na kolejny krok artysty.