A po co człowiekowi wyzwania? Tak to traktuję. Jestem człowiekiem twórczym, mam swoją ambicję. Chcę zmienić opinię o Syrenie. Mam na etatach ponad 70 osób, z czego mniej więcej 25 w zespole artystycznym. Oni też mają swoje ambicje i marzenia. Jest w nich potencjał.
Właśnie niekoniecznie w szerokim. Przez pierwszy okres mojej pracy nie widzę w repertuarze miejsca dla fars ani dla rewii. Rozrywka – tak, ale na takim poziomie, który zadowoli
inteligenta. Człowieka, który ma swoje wymagania, chce być zaskakiwany. Bywa w Teatrze Narodowym, wcześniej odwiedzał świetny Teatr Studio Jerzego Grzegorzewskiego, ogląda w kinie wybrane
filmy. To ma być taki teatr, jaki sam chciałbym odwiedzać. Przeczytałem w życiu parę książek, widziałem kilka filmów, spotkałem się z wybitnym artystą Jerzym Grzegorzewskim. Przez 23
lata grzałem się w jego świetle, a to nie mogło zostać bez wpływu na to, co robię i jaki jestem. Dlatego w moim teatrze będzie miejsce na recital charyzmatycznego artysty, który jak Marek
Grechuta stanie na tle kurtyny w świetle punktowca i przez dwie godziny będzie napełniał nas światłem. Zobaczyłbym multimedialny pokaz tańca współczesnego, dlatego zaprosiłem zespół
Mateusza Polita do Teatru Syrena. Obejrzałbym klasyczną komedię kryminalną, więc ją wyreżyserowałem. Agatha Christie ma zapewnić właśnie taką rozrywkę. Znajdzie się u nas też miejsce
na jubileusz wydawnictwa Znak. Chcę, żeby odwiedzali nas ludzie, którzy tu jeszcze nigdy nie przyszli.
Rewii nie będzie, ale w to miejsce proponujemy zagadkę kryminalną, a więc zamiana jest chyba do zaakceptowania. Nie mam sygnałów, żeby zawiedziona publiczność nagle zaczęła się czuć
tutaj nieswojo. Mimo że zdjąłem z repertuaru kilka tytułów.
Zależy mi na tym, żeby nie stracić wiernej publiczności Teatru Syrena, ale liczę też, że pojawią się nowi widzowie, którzy będą mi sekundować.
Myślę poważnie o uruchomieniu małej sceny. Być może się uda. Gdybym ją miał, kabaret w klimacie Dudka czy Owcy znalazłby tam wymarzone miejsce. Dziś takich kabaretów i podobnych miejsc
nie ma. Gdyby udało się wskrzesić taką tradycję, byłbym szczęśliwy. A jeśli chodzi o profil teatru – nie będzie tu „Miss Sajgon” ani
„Kotów”, bo one są gdzie indziej. Ale widzę w repertuarze spektakl, który połączyłby najlepsze cechy „Chicago”, „Moulin Rouge” i
„Vabanku”. Przyszedłby pan coś takiego?
Pracuję nad takim projektem. On miałby wyznaczać poziom rozrywki w Teatrze Syrena.
Nie chodzi o znudzenie, to byłoby zbyt banalne. Poczułem, że w moje życie zawodowe wdarła się rutyna, że jestem na jałowym biegu. Gdy Grzegorzewski dostał propozycję przejścia do Teatru
Narodowego, poprosił o radę Zbyszka Zamachowskiego i mnie, podobnie jak innych przyjaciół. W pierwszym odruchu mu to odradzaliśmy – jego Teatr Studio prosperował fantastycznie.
Decyzję podjął sam, czego nie żałuję, bo zagrałem w Teatrze Narodowym wspaniałe role w jego wielkich przedstawieniach. Teraz gdy sam zastanawiałem się, czy tu przyjść, wiem, co on musiał
czuć, o czym myślał. Mógłbym pozostać w Teatrze Narodowym, ale strata Grzegorzewskiego była dojmująca. Nawet Jacques Lassalle w „Tartuffie”, nawet Kazimierz Kutz w
„Śmierci komiwojażera”, choć pracowali wspaniale, nie potrafili wypełnić tej pustki. Zabrakło mi ojca duchowego i ten brak będę odczuwał do końca. Dlatego pomyślałem,
że tę rutynę może przerwać taka przygoda. Bo to jest przygoda. Traktuję ten stan tymczasowo.
To, co pan mówił o uczciwości, mnie przejęło. To może też był powód, który kazał mi zmienić coś w swoim życiu. Miałem wrażenie, że nie jestem do końca uczciwy wobec siebie i
publiczności. Po odejściu Grzegorzewskiego nie byłem chyba całym sobą w projektach, choć brałem w nich udział. Posługiwałem się dobrze znanymi środkami, nie musiałem szukać w sobie
nowych sposobów budowania ról, porozumienia z widzami. A u Grzegorzewskiego zawsze było całopalenie. Tak pracował Marek Walczewski, tego mnie uczył w łódzkiej szkole Michał Pawlicki. Ofiara
była całkowita. Zamienialiśmy się w popiół, żeby odrodzić się w nową jakość – tak było u mojego mistrza. A potem tego zabrakło, więc odszedłem bez wielkiego żalu. Gdybym
mógł dalej pracować z Jerzym, na pewno by do tego nie doszło. Teatr to rodzaj ofiary, wszyscy się w niej przeglądamy i dostajemy oczyszczenie. Za każdym razem owa ofiara powinna dziać się od
nowa, bez powielania, odtwarzania. Tego w teatrze szukam.
Nie zostałem zmuszony do nowych poszukiwań. Budowałem ze znanych mi dobrze klocków.
Można być głuchym na czyjąś wyobraźnię. Ci, co opowiadali te brednie, byli na teatr Grzegorzewskiego obojętni i o to, myślę, są biedniejsi. Nie dostrzec geniuszu w tym, co tworzył Jerzy
Grzegorzewski, to znak, że ktoś jest pozbawiony bardzo ważnej struny. Kwestionowanie podmiotowości aktora w jego przedstawieniach może też przyjść do głowy ludziom, którzy nie mieli okazji
się z nim spotkać, nie rozumieli światów, jakie tworzył. Chociaż zdarzało się, że nawet po spotkaniu nie dochodziło do skrzyżowania dróg. Ja jestem szczęściarzem. Mogłem poznawać jego
i jego świat. To była przygoda, do końca życia jej nie zapomnę.
W sensie dosłownym nie. Nie da się naśladować Grzegorzewskiego, bo to byłoby śmieszne. Myślę o swoim autorskim przedstawieniu, nie miałoby nic wspólnego z powielaniem go. Gdybym je
zrealizował, byłoby w nim chyba wiele mnie z tamtego świata. Tak pracuję, nie cieszą mnie banały ani oczywistości. Gdyby mi się to udało zrobić… Nie za szybko, bo byłby to rodzaj pychy.
Świat z tego spektaklu mógłby być odblaskiem tamtych czasów i tamtych fascynacji. Bo Grzegorzewski nauczył mnie mieć w teatrze wątpliwości. Patrzyłem, jak się wspaniale uzupełniali z
Markiem Walczewskim. W „Powolnym ciemnieniu malowideł” porozumiewali się na poziomie niedostępnym dla innych, my ich nie doganialiśmy. Czułem coś podobnego, pracując nad
„Hamletem” Stanisława Wyspiańskiego. Był taki moment, kiedy rozmawiałem z Jerzym, a inni nas nie rozumieli – chwila szczęścia.
Coś w tym jest. W rolach Hamleta i Fiora są cytaty z Grzegorzewskiego – jego przygarbienie, gesty, zagubienie we własnym świecie. Użyłem ich na własną rękę, a on nie protestował.
Musiał wiedzieć; nigdy nie mówił, że się nie zgadza. Wracam jednak do Walczewskiego. Abstrakcję miał za credo w swoim aktorstwie. Ludzi, z którymi współpracuję albo chciałbym
współpracować, będę namawiał na taki humor, takie wyczucie absurdu. To rozwija aktora i daje frajdę publiczności, bo wtedy ona wie, że czegoś się od niej wymaga. Ja chcę wymagać.
Oczywiście. Warunek jest jeden – najwyższy poziom aktorstwa i inscenizacji. W przeciwnym razie nie należy go wystawiać, jest zbyt wymagający.
Trafił pan idealnie, chciałbym połączyć w jedno te wzorce. Obaj są moimi idolami. Huebner jak nikt dbał, żeby rozwijał się jego zespół. Dostosowywał propozycje do umiejętności i
możliwości aktorów, każdego obserwował i o każdego się troszczył. A każdy aktor jest inny, tak tworzy się prawdziwy zespół. Dzisiaj prawdziwe zespoły zanikły. Chciałbym stworzyć
zespół w Syrenie, dla aktora nie ma nic lepszego niż to, gdy czuje się „zaopiekowany”. Doświadczyłem tego z Grzegorzewskim. Był inny niż Huebner, ale też o nas dbał,
też się o nas troszczył. Troska jest najważniejsza. Artysta musi funkcjonować w indywidualnym toku. Indywidualność to podstawowy warunek kreacji. Jeżeli uda mi się zacytować Huebnera i
Grzegorzewskiego w moim dyrektorowaniu, będę szczęśliwy.
Raczej nie. Dyrektor naczelny okrada z czasu dyrektora artystycznego. Muszę to przerwać, do premiery „Łupu” zamykam więc dyrektora naczelnego w klatce i zajmuję się tylko
sprawami artystycznymi. Ale nie chcę też, żeby aktor okradał naczelnego i artystycznego, więc w początkowym okresie nie przewiduję siebie na scenie. Wolę zadbać o zespół i repertuar.
Wywołać w ludziach ciekawość tego teatru. Niech sprawdzą, co tu się dzieje.
(Śmiech)
Wszystko we mnie jest. Jestem dorosłym facetem, czuję odpowiedzialność. Tak, dostałem zabawkę, ale na pewno nie mogę sobie pozwolić na niefrasobliwość.