Trasa koncertowa, podczas której orkiestra uzupełniona o fortepian i gitarę wykonuje fragmenty ścieżek dźwiękowych z gier wideo, wystartowała w 2005 roku, a w listopadzie 2009 w końcu zawitała do Polski. Miały być trzy koncerty, ale dwa (w Zabrzu i Łodzi) odwołano – nikt nawet nie udawał, że z powodów innych niż słaba sprzedaż biletów. Tymczasem trzy tygodnie wcześniej, gdy VGL grało na Broadwayu, występu słuchał komplet publiczności.

Video Games Live doskonale pokazuje, jak muzyka w grach przez lata ewoluuowała – od popiskiwania z czasów ośmiu bitów, gdy na kartridż konsoli Nintendo Entertainment System nie mieściło się więcej dźwięków, do 2009 roku, gdy ścieżkę dźwiękową do „Call of Duty: Modern Warfare 2” pisze Hans Zimmer, kompozytor nominowany do Oscara m.in. za „Cienką czerwoną linię”, „Rain Mana” i „Gladiatora”, a nagrodzony statuetką Akademii za „Króla lwa”.



Muzyczna fantazja

Koncert zaczął się od utworów bliskich temu, co gospodarz imprezy Tommy Tallarico (sam przez blisko 20 lat komponował do gier, m.in. „Earthworm Jim”, „Pac-Man World” i „Advent Rising”), określił mianem „pik pik pik”. Na telebimie pojawiły się fragmenty klasycznych gier wideo: „Pong” (1972), „Doey Kong” (1981), „Tetris” (1984), „Frogger” (1981) i „Space Invaders” (1978). Proste, ale chwytliwe melodie w orkiestrowej aranżacji robiły wrażenie. Ciepły motyw z „Froggera” czy zawadiacka rosyjska melodia z „Tetrisa” brzmiały, jakby były stworzone po to, by grać je właśnie w orkiestrowej aranżacji.


„Super Mario” też wprawdzie pamięta czasy ośmiu bitów, ale wesoły motyw przewodni tej gry doczekał się już dziesiątek wykonań, bo kolejne gry – łącznie już ponad setka – z wąsatym hydraulikiem powstają do dziś na wszystkie konsole Nintendo. Na VGL doskonale kojarzony utwór wykonał Martin Leung, który zasłynął z... serwisu internetowego YouTube. Wrzucił tam filmik, na którym gra na fortepianie motyw z „Mario” z zawiązanymi oczami, co może szczególnym powodem do dumy nie jest, ale odpowiedni efekt wywołało: Tallarico zaproponował mu współpracę. Martin miał więcej niż szczęście: po wpisaniu „Super Mario Theme” w wyszukiwarkę YouTube’a serwis wyrzuca prawie 40 000 wyników. Polecam wykonanie na okarynie.

Ten sam Martin Leung zagrał kilka motywów z „Final Fantasy” – kultowych japońskich gier fabularnych. Za większość soundtracków do nich odpowiada Nobuo Uematsu, który nie tylko wyspecjalizował się w ilustrowaniu dźwiękiem opowieści o świecie, w którym magia łączy się z techniką (pierwsza gra pochodzi z 1985), ale i zyskał dzięki nim dużą sławę, nawet poza Krajem Kwitnącej Wiśni. Pełne emocji opowieści Uematsu cieszyły muzyczną różnorodnością: od rocka, przez muzykę klasyczną, po elektroniczną. Od niepokojących, psychodelicznych brzmień, w których oszczędne bębny mieszają się z wwiercającym się w głowę krótkim, zapętlonym motywem na pianinie i sporadycznym wrzaskiem skrzypiec po epickie orkiestrowe kawałki z heavymetalową gitarą. Co ciekawe, legendarna, siódma część serii, z której motyw wywołał zdecydowanie największy aplauz publiczności, jako jedna z nielicznych odsłon „Final Fantasy” trafiła też na pecety i w odróżnieniu od wersji PlayStation miała tam ścieżkę dźwiękową w ubogim formacie midi.



Show must go on

Tommy Tallarico to urodzony showman, a warszawski koncert trudno nazwać kameralnym. Podczas grania motywu z „Halo” na scenie pojawił się bohater gry, Master Chief, w pełnej zbroi. Gdy rozbrzmiewała piosenka z „Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty” wyskoczył skradający się człowiek w kartonowym pudełku (scena z gry), a po paru minutach z pudła wyszedł... Tommy. W pewnym momencie gospodarz zaprosił na scenę wylosowaną z publiczności osobę, by zagrała na telebimie w „Space Invaders” korzystając tylko z przycisku strzału a statkiem kierując... biegając po scenie. Komizmu sytuacji dodał fakt, że grającemu, zwróconemu tyłem do publiczności, założono koszulkę ze statkiem kosmicznym na plecach. Przed koncertem z kolei odbył się turniej w „Guitar Hero”, którego zwycięzca zagrał na scenie jeden utwór – a raczej swoją część, bo resztą zajęli się Tallarico i orkiestra.


Ale Tallarico potrafi być też poważny. Przed zagraniem motywu z „Medal of Honor” wspomniał o II wojnie światowej i wyznał, że wybrał utwór ze względu na szacunek dla naszego kraju. I zamiast, jak w innych przypadkach, prezentować fragmenty rozgrywki, na telebimie pojawiły się filmy dokumentalne z tego okresu. Ciekawe doświadczenie, zwłaszcza że utwór był bardziej refleksyjny niż totalnie epicka ścieżka dźwiękowa z nowej części konkurencyjnej serii „Call of Duty”, do której muzykę skomponował wspomniany na wstępie Hans Zimmer. I zdaje się, że skoro przemysł gier prześcignął kino pod względem dochodów, to będzie właśnie kolejny krok w muzyce do gier – bo własnych, wybitnych kompozytorów jak Uematsu interaktywne wideo już się doczekało, licencje na znane utwory Rockstar czy Electronic Arts kupują od dawna. Teraz firmy będą najmować oskarowców, bo wreszcie je stać.

Nie wszystkie piosenki wymagały nowych aranżacji. Motyw z „God of War” był wszakże w oryginale grany przez orkiestrę. Na Torwarze, w wykonaniu z solistką, agresywnie dostojny utwór ostatecznie udowodnił, jak różnorodne potrafią być soundtracki do gier. Dokładnie takie jak same gry wideo – czasem na luzie, czasem przesadnie nadęte, czasem poruszające, ale pozwalające wszystkim chętnym poszerzać muzyczne horyzonty. A przy okazji cieszyć się swoim hobby.