Statystycznemu Kowalskiemu Bełchatów kojarzy się z futurystycznymi kominami pobliskiej elektrowni. Jeśli chodzi o urbanistykę i architekturę, to gród nad Rakówką uchodzi za jedno z najbrzydszych miast w Polsce. Jego znakiem rozpoznawczym są nijakie peerelowskie blokowiska. Ale już niedługo śródmieście Bełchatowa przejdzie metamorfozę, która odmieni jego przygnębiający wizerunek.



Szemrany spacerniak

Bełchatów, plac Narutowicza. Odcięty od reszty miasta ruchliwymi ulicami śródmiejski kwartał robi odpychające wrażenie. Okolony skromnymi dwudziestowiecznymi kamieniczkami z ratuszem, domem kultury i siedzibą straży pożarnej plac to skrzyżowanie zapyziałego spacerniaka z parkingiem i skwerem.

"Choć to serce miasta, to w parku można dostać w twarz nie tylko złym słowem" - mówi Jakub Kowalczyk, kulturoznawca, który pisze pracę o rewitalizacji przestrzeni publicznej w małych miastach. A zdegradowana tkanka urbanistyczna Bełchatowa przechodzi właśnie rewitalizację największą od 1925 roku, czyli od czasu przywrócenia utraconych w XIX wieku praw miejskich. Największa rewolucja czeka plac Narutowicza, który z rozjeżdżanego autami pseudodeptaku ma się stać autentycznym centrum miasta. W okolicy zostanie ograniczony ruch kołowy, a plac zyska nową nawierzchnię. Uporządkowana zostanie zieleń, pojawi się też mała architektura. Remonty i modernizacje czekają należące do miasta nieruchomości. Włodarze zapowiadają też, że przy wynajmie lokali preferować będą najemców prowadzących miastotwórczą działalność. Na parterach kamienic przy przyszłym deptaku mają powstać kafejki, restauracje, księgarnie, sklepiki muzyczne i galerie, a nie banki. Pierwsze efekty przywracanie placu Narutowicza bełchatowianom poznamy już latem.


Agora zamiast topoli

Jak taka rewitalizacja skończyła się w ośrodku co prawda sześć razy większym od Bełchatowa, ale jak na warunki polskie niedużym, można się przekonać w Białymstoku. Miasto, tragicznie doświadczone przez ostatnią wojnę, a potem komunistycznych włodarzy, zatraciło historyczny układ urbanistyczny. Jednym z jego elementów był plac targowy koło barokowego ratusza, czyli dzisiejszy Rynek Kościuszki. We wczesnym PRL w ramach bitwy o handel w miejscu przedwojennych kramów urządzono skwer, obsadzając go m.in. błyskawicznie rozrastającymi się topolami, które nie tylko przysłoniły okoliczną zabudowę, ale dosłownie ją rozsadzały. Korzenie drzewa kruszyły fundamenty zabytkowego klasztoru i kamienic.

W ubiegłym roku rynek przerodził się w miejski plac z prawdziwego zdarzenia. Okolice ratusza przebudowano według koncepcji opracowanej przez Atelier Zetta Zenona Zabagły. Kwartał wyłączono z ruchu samochodowego, umeblowano małą architekturą. Plac obrasta kafejkami i powoli staje się agorą z prawdziwego zdarzenia, miejscem spacerów i plenerowych akcji artystycznych.



Debata o Stalinie bez głowy

Ale najciekawsze było to, co wydarzyło się na etapie opracowywania koncepcji. Forsowane przez magistrat plany przekształcenia Rynku Kościuszki wywołały publiczną debatę o przestrzeni miejskiej i architekturze, jakiej w grodzie nad Białą jeszcze nie było. Spierano się o istniejącą zieleń, o inną lokalizację dla pomnika marszałka Piłsudskiego stojącego na rynku od lat 90. XX wieku. Po rozpoczęciu prac okazało się, że murki na starym skwerze zbudowane są z fragmentów macew (przeniesiono je na kirkut). Robotnicy znaleźli na placu budowy fundamenty starej wagi miejskiej, a w niej posąg Stalina bez głowy, przedwojenne monety i fragmenty wyposażenia starych kamienic.


Dla białostoczan była to okazja do debaty nad wielokulturową tożsamością. Pod naciskiem opinii społecznej konserwator zabytków wpisał do rejestru cały Rynek Kościuszki, który tylko w części jest rekonstrukcją dawnej zabudowy. Większość kamienic jest wariacją na temat historycznej zabudowy, a niektóre noszą emblematy minionej epoki - m.in. socrealistyczne graffiti na fasadach. Taki stosunek do dziedzictwa minionej epoki to ciągle rzadkość.



Przestrzeń przed bitwą

Bełchatów i Białystok to niejedyne, choć może najbardziej niezwykłe, przykłady rewitalizacji w małych ośrodkach. W większości polskich miast trwają prace nad odbudową lub przebudową historycznych centrów. Swoje starówki wznoszą m.in. Głogów, Koszalin, Kołobrzeg, Elbląg, Kostrzyn nad Odrą oraz Żyrardów, który rewitalizuje unikalną w skali Europy osadę przemysłową, powstałą przy XIX-wiecznych zakładach odzieżowych.

Rewitalizacyjny boom przestał być domeną wielkich miast, choć i w tych zatacza coraz większe kręgi (na przykład w stolicy przebudowy doczeka się zapomniany przez warszawiaków, peryferyjny plac Szembeka na Grochowie). Polskie miasta i miasteczka wreszcie próbują zaleczyć rany po wojennych zniszczeniach i absurdalnej polityce urbanistycznej PRL.