Gmeranie w wyrze gmeraniu w trumnie tylko pozornie nierówne; owszem, są różnice, przeważają podobieństwa. Różnice widać nie tylko w różnorodnych celach kipiszu: cel doraźny (choć niepozbawiony uniwersalnej perspektywy) w przypadku Marcinkiewicza, cel historyczny (choć nie pozbawiony politycznej doraźności) w przypadku Generała. Różnice widać też w postawie samych badanych.

Na wszelki wypadek podkreślam: ani mi w głowie jakieś niesmaczne żarty wynikające to z łączenia, to z rozdzielania żywego ze zmarłym. Po pierwsze: kto tu bardziej żyje, nie jest powiedziane; w końcu o Sikorskim da się nie tylko z czułostkowym patriotyzmem powiedzieć, że jest „wiecznie żywy” – można też o nim całkiem serio i z chłodną rzeczowością powiedzieć: że im częściej i głębiej do jego trumny się zagląda, tym mniej jest on zmarły.

Po drugie grzebanie z kolei w wyrze Marcinkiewicza niechybnie miało na celu uczynienie zeń politycznego, a może nawet publicznego trupa, być może były w tym elementy samobójcze lub bezwiednie samobójcze, tak czy tak utrupienie w tym wypadku raczej się nie udało, choć do końca nie wiadomo, czy ekstatyk z Gorzowa nadal żyje.

Po trzecie wreszcie utożsamianie nieboszczyka z żywym jest stare i zgrane jak świat, ma odwieczną tradycję literacką, w sposób oczywisty do tej tradycji nawiązuję. W końcu łatwo wyobrazić sobie Kazimierza Marcinkiewicza, jak do trumny Generała podchodzi, zdejmuje kaszkiet i odzywa się w te znane każdemu dziecku, a ułożone przez Jana Andrzeja Morsztyna słowa:

"Leżysz zabity i ja też zabity,
Ty strzałą śmierci, ja strzałą miłości;
Ty krwie, ja w sobie nie mam rumianości,
Ty jawne świece, ja mam płomień skryty
Tyś na twarzy suknem żałobnym nakryty
Jam zawarł zmysły w okropnej ciemności;
Ty masz związane ręce, ja wolności
Zbywszy, mam rozum łańcuchem powity.
Ty jednak milczysz, a mój język kwili (…)

Z braku miejsca i z racji powszechnej znajomości tego sonetu nie przytaczam go w całości, daję jednak obszerny fragment; przyjemnie uprzytomnić sobie, że uboga i urągliwie traktowana literatura polska ma w swoich zasobach utwory do tego stopnia klasyczne i do tego stopnia uniwersalne, iż nawet tabloidalno-polityczno-obyczajowa współczesność jest w nich z proroczą precyzją ujęta.

Z tym większą precyzją, że i podstawowe zdawać by się mogło różnice – różnice pomiędzy kwileniem Marcinkiewicza a milczeniem Generała, pomiędzy naturalną biernością jednego a desperacką aktywnością drugiego również do jednakich tragizmów wiodą.

Jak się ma do czynienia z zajadłymi penetratorami, ani trumienna bierność nie ocali, ani życiowa przedsiębiorczość nie przyniesie wytchnienia. Martwy Generał, choć zachowywał się w trumnie pasywnie, choć - w przeciwieństwie do Marcinkiewicza - nie nawiązywał współpracy z grzebiącymi w nim ciekawskimi, niczego nie zyskał, wszystko stracił.

Człowiekowi - jak się zdaje - nawet, a może zwłaszcza w trumnie przysługuje prawo do niejakiej prywatności, Sikorski został tego zupełnie pozbawiony. Wpierw w imię wyższej prawdy historycznej szkielet jego został do gaci obnażony, następnie każda kosteczka do ostatniego strzępu DNA została prześwietlona. I nie koniec na tym. Wcale nie koniec.

Cóż to bowiem za werdykt, że Generał nie został zamordowany? Cóż to za konkluzja, że nie ma na szczątkach śladów otrucia, uduszenia czy postrzału? Brak śladów oznacza, że nic się nie zdarzyło? Brak śladów oznacza, że nie było sprawcy, który by je pozostawił? Że niczego nie popełniono? Od kiedy obowiązują takie normy i takie - pożal się Boże - zasady? Chyba od nigdy! Brak śladów oznacza jedno i tylko jedno: ślady zostały usunięte. Były, ale się zmyły. Jakby śladów nie usunięto – byłyby. To, że ich nie ma, ewidentnie dowodzi, że były. Były, ale zadbano o ich wyczyszczenie. Generał Sikorski został zastrzelony, otruty lub uduszony w taki sposób, że ślad nie pozostał. Być może skrytobójcy użyli sztyletu – wyniki badań nie wspominają o takiej ewentualności – i cios był tak celny, że na żebrach najmniejszego uszczerbku? A długa szpila od damskiego kapelusza? A biało na czarnym ustalona drzazga daglezji w czaszce? Może drewniany, ale niebywałej twardości nóż do papieru został użyty? Terroryści w samolotach, które potem w WTC uderzały, podobnego oręża używali - może zabójca Generała był prekursorem takiej techniki? Dziesiątki, jak nie setki, innych sposobów? Przecież nawet dziś, w dobie jakże czułych aparatur i metod wykrywczych, nie da się – nieraz nawet nazajutrz po zabójstwie - stwierdzić definitywnej przyczyny, cóż dopiero po kilkudziesięciu latach.

Słowem, należy ekshumować Generała aż do skutku. Buraki trzeba gotować tak długo, aż zbieleją. Dogrywka ma trwać tak długo, aż wygrają nasi. Szczątki Generała należy badać tak długo, aż się okaże, że zabili go – najlepiej – Sowieci. Tymczasowe rozstrzygnięcie, że zginął w wyniku katastrofy liberatora, należy uznać – właśnie – za na wskroś chwilowe. Badania przyczyn katastrofy – owszem – pozostawiają pewną nadzieję, iż był to jednak zamach. Niechże wyniki badań szczątków Generała będą ostrzeżeniem i zachętą dla badaczy szczątków samolotu! Nie wolno im ustawać! Mają analizować tak długo, aż wyjdzie, co ma wyjść.*

Sytuacja byłego premiera jest identyczna: będzie tropiony tak długo, aż się okaże, co ma się okazać. Co się mianowicie okaże, tego – szczerze mówiąc – za dokładnie nie wiem, coś się jednak okaże. Na razie pozostają nauki i morały. Główny morał jest odwieczny: na współpracy zawsze wychodzi się gorzej. Marcinkiewicz w przeciwieństwie do Generała podjął współpracę z własnymi penetratorami – wyszedł na tej współpracy katastrofalnie. („Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze; Tyś jak lód, jam w piekielnej śrzeżodze”). Tym katastrofalniej i tym bardziej groteskowo, że jak sam twierdzi: podjął współpracę celem jej zakończenia. Jest to otóż szalenie kobieca (przespałam się z nim, żeby wreszcie to skończyć) strategia. Kobiecość natury pięknego Kaza wiele tłumaczy, mnie osobiście czyni go – mówię to z śmiertelną powagą – bliskim. Nie przepadałem za nim, gdy był premierem, bo choć od reszty PiS-u różnił się jak dzień od nocy, za dużo błaznował, za dużo dawał jakichś mniej lub bardziej kabaretowych występów – teraz rozumiem: miał typowo kobiece – jak by to Bronio Maj powiedział - parcie na estradę.

Zdarzyła się miłość - każda miłość domaga się publiczności. Miłość mężczyzny 50-letniego domaga się ogromnej publiczności. Miłość 50-latka do kobiety z nieco późniejszego pokolenia domaga się gigantycznej publiczności. Miłość 50-latka do pięknej i mądrej kobiety z nieco późniejszego pokolenia domaga się publiczności globalnej. Miłość 50-latka z parciem na estradę może zabić każdą miłość. Miłość 50-latka, który był premierem i ma parcie na estradę, może pół okolicy obrócić w popiół. „Ja się nie mogę, stawszy się żywiołem/wiecznych mych ogniów rozsypać popiołem”. Mężczyzna 50-letni - że z lekka samego siebie sparafrazuję - może na skutek gorączki uczuciowej oszaleć, a nawet umrzeć - zgłupieć nie śmie.

Ale rozumiem i z serca kibicuję. Rozumiem wszystko dobrze. Rozumiem na przykład, że pewne rzeczy ogłasza się publicznie, też celem popalenia mostów. Rozumiem, że świętą zasadę "nie dać się złapać", nie tylko nieraz się łamie, ale łamie się ją z rozkoszą. Rozumiem wszystko, ale jednak wysyłania jakichś fotografii do gazet nie rozumiem. Wspierać rewidentów własnego wyra? Pomagać podglądaczom? Troszczyć się o ich komfort? To jest przecież ściśle tak, jakby Generał z grobu powstał i wyrażał jedyną ochotę: by mianowicie zrobiono mu wreszcie porządną sekcję.