ROMAN ROGOWIECKI: Dzisiaj możesz grać już to, co chcesz. Nie jesteś związany z zespołem Pink Floyd. Czujesz się wyzwolony?

DAVID GILMOUR:
To dobre słowo: „wyzwolony”. Nie wiem, czy to tylko ja tego oczekiwałem, czy oczekiwali też tego inni ludzie, ale teraz mogę myśleć inaczej niż kiedyś o muzyce Pink Floyd. Teraz to jest mój koncert i mogę robić co chcę. To wspaniałe i naprawdę się tym cieszę. To pozwala mi momentami na swoiste ryzyko artystyczne i szukanie nowych rozwiązań. Mogę robić wszystko po swojemu i to jest wspaniałe.

Bawisz się swoją wolnością?

Tak.

W Wenecji zagrałeś w pierwszej części koncertu cały nowy album „On An Island”, choć zmieniłeś nieco kolejność piosenek. Dlaczego zdecydowałeś się na taki niespotykany w branży krok?

Tak to sobie wymyśliłem, chciałem pokazać całą płytę. Grając już wcześniej ten album w całości, kilka razy zauważyliśmy, że jeśli trochę zmienimy kolejność piosenek, to całość wydaje się też trochę lepsza. Teraz, z tej perspektywy, wydaje mi się, że może taka właśnie powinna być kolejność na płycie.
W sumie zawsze stosowaliśmy taki zabieg w czasach Pink Floyd. Graliśmy na żywo nowy album w pierwszej części, a poprzedni album w drugiej części, bo nasze płyty były z reguły połączone w całość. Z czasem, gdy nowa płyta stawała się coraz bardziej znana i popularna, zdarzało się, że zmienialiśmy kolejność i graliśmy ją w drugiej części. Płyta „On an Island” nie jest typowym tak zwanym koncept- albumem, to inna płyta. Ta płyta ma swój nastrój, płynie w swój sposób, co znaczy, że pasuje, by w całości grać ją na tej trasie.

Podczas jednej z piosenek grasz na saksofonie. Dosyć dziwnie z nim wyglądasz. Jesteśmy przyzwyczajeni, że trzymasz w ręku gitarę...

Uważasz, że dziwnie wyglądam, ale spróbuj sam zagrać na saksofonie. To przerażające!

Dlaczego więc grasz sam, jeśli doskonale wiesz, że skoro zagrałby dla ciebie każdy saksofonista, o jakim byś sobie zamarzył? O co chodzi z tym saksofonem?

Uczę się grać na saksofonie od ponad trzech lat i napisałem numer „Red Sky” na saksofon w moim wykonaniu. Napisałem go tak, by był bardzo prosty i pasował do stylu, w jakim lubię grać na saksofonie. Wprawdzie Dick Parry jest z nami na trasie, ale to byłoby głupie i tchórzliwe, gdybym sam tego nie zagrał. Zwyczajnie pozwalam sobie na jeden numer na saksofonie, by sprawdzić się i podciągnąć w graniu. Zawsze gram znacznie lepiej na próbie, bo zdenerwowanie spina mi trochę usta.

Porozmawiajmy teraz o gitarze. Masz własne, bardzo rozpoznawalne brzmienie. Nie jesteś typem showmana, który szaleje na scenie. Grasz powściągliwie, nie popisujesz się. Skąd ta rezerwa w twojej grze?

Moje ręce nie potrafią tak szaleć. Gdybym umiał grać tak szybko, jak mówisz, to bym tak zrobił.

Żartujesz sobie...

Tak trochę, choć nie do końca. Mam wolne palce. Taki się już urodziłem i choć ćwiczyłem całymi dniami, nie potrafiłem grać szybko, więc dałem sobie z tym spokój. Zadowoliłem się zatem tym, co dostałem od dobrego Boga na górze.

Nadal ćwiczysz, czy tylko analizujesz swoje koncerty?

Nie, nie ćwiczę. Brzdąkam codziennie na gitarze w domu, ale to nie jest ćwiczenie. Dla mnie ćwiczeniem jest koncertowanie w trasie.

Czy zamieniłbyś się z kimś na głos, choćby na jeden dzień?

Hm, nie, nie chciałbym zamienić się z nikim na mój głos. Kiedy mój głos jest naprawdę w formie, co nie zdarza się codziennie, to wtedy go uwielbiam.

No tak, ale masz kilka różnych głosów – zachrypnięty na bluesy, słodki i delikatny na ballady. Ile głosów ma w sobie David Gilmour?

A ilu różnych ludzi jest w Davidzie Gilmourze?

No właśnie.

Wszyscy jesteśmy wielowymiarowi.

Zastanawiam się co przeżywasz teraz, śpiewając „Shine On You Crazy Diamond”, wiedząc, że adresat piosenki Syd Barrett niedawno zmarł?

Oczywiście, że jego śmierć odciska teraz inne piętno na tym utworze. Gramy go teraz tak, że śpiewam solo, co sprawia, że to jest bardzo wymowne. Zawsze gdy śpiewałem ten utwór, i śpiewam teraz, to myślę o Sydzie, i teraz to jest jeszcze bardziej wymowne. Straciłem Syda ponad 35 lat temu i byłem zdziwiony, jak bardzo jego śmierć mnie zmartwiła. Straciłem go przecież dawno temu.

Czy śmierć Syda spowodowała, że częściej myślisz o własnym odejściu?

Nie, nie myślę bardziej niż wcześniej.

Twoja filozofia życiowa?

Hm, cokolwiek sprawia, że przeżyjesz kolejny dzień, musi być dla ciebie dobre. Nie mam specjalnej filozofii. Bardziej chodzi o umiejętność, by cieszyć się różnymi rzeczami.

Przed tym wywiadem słuchałem płyty „Dark Side of the Moon” i ona do dzisiaj brzmi fantastycznie, świeżo i na czasie. Też tak ją definiujesz?

To był szczęśliwy traf. Na tej płycie nie słychać żadnych śladów mody czy trendu. Oczywiście, że muzyka broni się sama tak jak i słowa napisane przez Rogera. On wtedy dojrzewał jako tekściarz i to doskonale słychać w jego piosenkach. Kiedy spojrzę na nasze inne płyty, a szczególnie na „Momentary Lapse of Reason” z końca lat 80., kiedy słucham teraz tej płyty, mam ochotę wrócić do studia i zastąpić wiele dźwięków i instrumentów oraz zremiksować całość. Chciałbym pozbyć się tych wszystkich rzeczy, które zostały zrobione na potrzeby rynku tamtych czasów.

Zastanawiam się, dlaczego zarówno w utworach Pink Floyd, jak i w twoich solowych piosenkach nie pada słowo „miłość”. Nigdy nie wspominasz o miłości...

To słowo jest nadużywane, a uczucie zdarza się zbyt rzadko. Uważam, że w muzyce, którą teraz tworzę, jest wiele miłości, ale by to powiedzieć, nie trzeba wcale używać tego słowa. Nie myślałem o tym wcześniej i dopiero ty wywołałeś ten temat.

Jak udało ci się namówić Zbigniewa Preisnera, znanego z ponurych klimatów, do napisania takiej pozytywnej, lżejszej muzyki na płytę „On an Island”?

Spotkałem Zbigniewa wiele lat temu podczas obiadu z przyjaciółmi w Londynie z okazji pisania muzyki filmowej i dobrze się nam rozmawiało. Słuchałem czasami jego kompozycji. Pracując nad płytą „On an Island”, potrzebowałem partii smyczkowych i pomyślałem, że do niego zadzwonię z propozycją. Był nastawiony bardzo entuzjastycznie. Przyjechał do mnie, posłuchał fragmentów muzyki i chciał się tym zająć. Potem ja wpadłem do Krakowa z moją żoną Polly i popracowaliśmy razem. To wyszło niejako samo z siebie. Jemu to przyszło bardzo łatwo, był bardzo otwarty na to, co mówiłem, i miał masę swoich pomysłów. Efekt naszej pracy był tak dobry, że będę z nim współpracował w przyszłości.

Powiedziałeś, że lubisz czasami ryzyko. Czy występ na żywo z orkiestrą w Gdańsku uważasz za ryzykowny? Czy spędza ci to sen z powiek?

Mało spraw spędza mi sen z powiek. Co do ryzykowania, to nie jestem takim ryzykantem, jeśli chodzi o to, co i jak nagrywam, o moją pracę w studiu. Przez ryzykowanie rozumiem bardziej bycie odważnym w pewnych kwestiach dotyczących koncertów i tego, co się dzieje na scenie. Nadal jestem zbyt wielkim perfekcjonistą, gdy nagrywam płyty. Ale próbuję się z tego wyzwolić. Czekam z niecierpliwością na koncert w Gdańsku. Zdaję sobie sprawę z wydarzeń, jakie miały miejsce w tym miejscu i jak kojarzy się ono Polakom.

Słuchając płyty „On An Island”, odnosi się wrażenie, że napisał ją człowiek szczęśliwy. Szczęśliwy artysta to leniwy artysta. Co ty na to?

To prawda – jestem leniwy. To prawda – można powiedzieć, że szczęście i zadowolenie nie stanowiły podstawy powstania wielkich dzieł artystycznych.

Co powiesz o swoim poczuciu humoru, bo w Pink Floyd i na solowych płytach jakoś go nie słychać?

O dziwo, mam poczucie humoru. Jeśli chodzi o dorobek Pink Floyd, to poczucie humoru jakoś się nie przebiło, co jest przykre, bo my wszyscy w Pink Floyd często się śmialiśmy z różnych rzeczy. Roger potrafi być bardzo, ale to bardzo zabawnym facetem i w swoim czasie naprawdę mieliśmy wiele powodów do śmiechu. Ale masz rację, że to się nie przekładało na zawartość naszych płyt.

Co sądzisz na temat gwiazd rocka zaangażowanych w różne akcje charytatywne i politykę. Ty wspierasz różne akcje po cichu, a Bono z U2 jeździ po całym świecie i nawet spotyka się z prezydentem Bushem.

Każdy może robić to, co chce. Jeśli Irlandczycy z naszej branży, Bono i Bob Geldof chcą pomagać ludziom, to ja ich totalnie popieram. Bob jest bardzo bystrym facetem, podobnie zresztą jak Bono. Jeśli ktoś chce tworzyć muzykę pop, która nie ma żadnego specjalnego znaczenia, to mnie się to bardzo podoba. Jeśli ktoś chce w swoją twórczość wplatać wątki polityczne, to rzecz jasna też powinien to zrobić. Z jednym zastrzeżeniem: jeśli przez to muzyka nie potrafi wzruszyć słuchacza, jeśli wkłada się na siłę jakiś przekaz polityczny, to istnieje niebezpieczeństwo, że poniesie się artystyczną klęskę. Wydaje mi się, że głównym celem tworzenia jest sprawianie ludziom przyjemności. Jeśli przy okazji uda się przemycić coś subtelnego, to jest to fantastyczne.

W Wenecji zagrałeś na placu św. Marka, wystąpiłeś też wcześniej na zamku w Austrii, na placu w Monachium. Co spowodowało, że wybrałeś te niespotykane miejsca na koncerty?

W sumie większość koncertów odbyła się w salach koncertowych, które zostały dobrane z wielkim rozmysłem. Teraz mamy lato, jest ładna pogoda, więc pomyśleliśmy o kilku pięknych odkrytych miejscach na koncerty. To jest tak samo dla mojej przyjemności, jak i dla publiczności. Granie w pięknych miejscach dodaje tylko specyficznej atmosfery do tego, co robimy.

Wiem, że tego nie lubisz, ale muszę cię o to spytać. W jakiej sytuacji może dojść do ponownego występu Pink Floyd z Watersem?

Taka reaktywacja nie jest wykluczona. Gdy zaistnieje potrzeba, możemy zagrać na jakiś szczytny cel. Rozmawiamy ze sobą, wszystko jest dobrze. Chodzi tylko o to, że to, co robię teraz, daje mi masę radości. Spełniam się sam. Nikomu nic nie jestem winien. Kiedy ma się 60 lat, należy się troszczyć o samego siebie i należy robić to, co się chce. Trzeba się cieszyć życiem. Współczuję tym, którzy wzdychają do powrotu Pink Floyd i nowych płyt Pink Floyd, ale ja nie chcę tego robić. Cóż więcej mogę powiedzieć (śmiech).


David Gilmour (rocznik 1946) – swoją wielką karierę rozpoczął w zespole Jokers Wild, który opuścił w 1968 r. Wtedy to dostał propozycję od zespołu Pink Floyd. Początkowo występował jako drugi gitarzysta, ale z czasem zastąpił Syda Barretta. Wkrótce na pewien czas zdobył w grupie dominującą pozycję, którą później stracił na rzecz Rogera Watersa. Liderem grupy stał się ponownie po jej reaktywowaniu w 1987 r., już bez udziału Watersa. Melodyjne i lekkie brzmienie gitary Gilmoura było jedną z zasadniczych cech muzyki Pink Floyd. David Gilmour nagrywał także albumy solowe i współpracował z innymi artystami, takimi jak Paul McCartney i Eric Clapton.
W 2003 r. David Gilmour został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego (otrzymując tytuł Komandora tegoż orderu) za zasługi dla muzyki, kultury oraz działalność charytatywną.