Upłynęło ćwierć wieku, odkąd nakręcił pan „Wahadełko” – studium patologii minionego systemu, obsypane mnóstwem nagród. Dlaczego właśnie teraz zdecydował się pan na jego kontynuację?
Filip Bajon: Ten film po latach nabrał symbolicznego charakteru. Może dlatego że miał premierę w nocy z 11 na 12 grudnia 1981 roku? Co było 13., wszyscy dobrze wiemy. Zdążyliśmy więc w ostatnim momencie nie tylko z nakręceniem, ale i z samą premierą „Wahadełka”. A ten film jest przecież bardzo czytelnym oskarżeniem komunistycznego systemu. Zresztą nigdy nie powstałby, gdyby nie „Solidarność”, dzięki której nagle wszyscy w telewizji zrobili się szalenie liberalni, a ja z tego skorzystałem. A czemu teraz do niego wróciłem? Po trosze to zbieg okoliczności. Od dawna szukałem tematu, który pozwoliłby mi opowiedzieć o rzeczywistości, jaka nas otacza. Ten bohater jest oczywiście inny. Tamten był naznaczony piętnem komunizmu, stłamszony przez system. Ten, żyjący w kapitalizmie, to nasz współczesny…

...Bagsik?
- Mniej więcej, choć na mniejszą skalę. Piekielnie inteligentny, szukający swojego miejsca w sprzyjającej cwaniakom kapitalistycznej rzeczywistości. Prototyp takiego bohatera można by wskazać, zerkając za okno. Po ulicy spaceruje wielu takich, którzy potrafili wykorzystać luki w naszym niedoskonałym prawie, by zaistnieć. By mocno stanąć na nogach i przenieść się na wyższy szczebel oddziaływania, na którym już samemu dyktuje się warunki. „Fundacja” to historia pewnej kariery, choć nie zwieńczonej sukcesem. Opowieść o człowieku, który za wszelką cenę chce dotrzeć do elit i to mu się udaje. Taką drogę, z różnymi skutkami, przebyło wielu ludzi. W pewnym momencie nastąpiła przecież słynna wymiana elit... Z jakim skutkiem, widzimy.

Czy mówienie o filmie „Wahadełko II” nie jest nadużyciem? Ten podtytuł zniknął z czołówki.
- To jest „Wahadełko II”, choć może nie taka dosłowna kontynuacja. Ten drugi człon tytułu usunąłem po zastanowieniu, bo nieładnie mi brzmiało: „Fundacja, czyli Wahadełko II”. Ale nawiązanie do tamtego filmu jest oczywiste. „Wahadełko” było opowieścią o dewiacjach komunizmu, ten film jest o dewiacjach miłościwie panującego nam kapitalizmu. To łączy oba filmy. Choć nie tylko, bo podobna jest również sama formuła: dość ironiczna, satyryczna wręcz. W obu opowiadana historia dzieje się na małej przestrzeni, i choć nie jest to identyczna konfiguracja, w obu dotyczy jednej rodziny. W przypadku „Fundacji” zasięg problemu, czy raczej jego „ogląd”, jest jednak znacznie szerszy. Tam akcja działa się w jednym pokoju, tu w kilku różnych miejscach. Uogólniając, tutaj mamy spojrzenie na sytuację z perspektywy mieszkańców całej Polski. Fabuła skupia się wokół mechanizmu pewnego oszustwa, a kluczem do rozumienia jej (zawsze szukam jakiegoś klucza kulturowego) jest Mikołaj Gogol. Cała historia, sposób jej opowiadania, najbliższy jest właśnie jego pisarstwu.

Czyli satyra społeczna na świat ludzi moralnie upośledzonych?
- Dokładnie tak. Tych elementów satyry jest sporo, choć postacie są realistyczne i, mam nadzieję, prawdziwe. To opowieść o braku refleksji moralnej, o całkowitej jej nieobecności w życiu bohaterów. O świecie, w którym wszystko wolno i nic nie jest zabronione. Jeżeli u Gogola Cziczikow kupował „martwe dusze” to tu bohater „kupuje” ofiary wypadków samochodowych. Dorabia się na cudzym nieszczęściu, co jego otoczenie traktuje jako rzecz normalną, niebudzącą żadnych sprzeciwów. Choć przecież on sam orientuje się, że popełnia czyny moralnie drastyczne.

Jednym słowem totalny libertynizm, zmora naszych czasów?
- Właśnie. Ten film mówi też o tym, jakie on niesie z sobą ofiary. O tym, że ci, którzy tworzą ten system, stają się z czasem jego ofiarami. Zakończenie filmu jest dość symboliczne i wieloznaczne. Nie ogranicza się wyłącznie do tej jednej, opowiedzianej w filmie historii. Ufam, że jego wymiar uniwersalny będzie dla widza czytelny.

„Wahadełko” było dramatem, pokazywało bohatera, któremu chory system zrujnował życie, zdrowie, psychikę. W „Fundacji” więcej jest chyba akcentów komediowych.
- To prawda, jest ich w „Fundacji” sporo, ale to także dramat, w każdym razie dla głównego uczestnika przekrętu. Mam też nadzieję, że również swego rodzaju moralitet. I to dość gorzki, bo niedający szans na odkupienie.

W „Wahadełku” główną rolę, dla niego zresztą pisaną, genialnie zagrał Janusz Gajos. Miał być łącznikiem między obydwoma filmami, ale niestety miał inne zobowiązania, gdy zaczęły się zdjęcia.
To prawda. W obu przypadkach pisałem główną rolę z myślą o Gajosie, ale okazało się, że nie da on rady dostosować się do terminu zdjęć, a ja z powodów produkcyjnych nie mogłem czekać. Zresztą to w ogóle cud, że zaczęliśmy ten film. Bałem się, czy producentowi starczy wiary na następnych kilka miesięcy. Poprosiłem więc mojego przyjaciela Janka Nowickiego, by zagrał rolę Małeckiego, co zrobił z przyjemnością i myślę, że nader przekonująco.

Gajos i Nowicki – dwie indywidualności prezentujące kompletnie odmienne aktorstwo. Chyba niemożliwym było zachowanie tego samego charakteru filmu, który planował pan, pisząc główną rolę pod Gajosa?
- Oczywiście, że nie. Reżyser zawsze zresztą musi liczyć się z tym, co do filmu wnosi aktor. Janek Nowicki jest szalenie wyrazistą osobowością i jako aktor, i jako człowiek. On sprzedaje w filmie swój osobisty stosunek do świata…

…zresztą dla wielu kontrowersyjny…
- To prawda. To oczywiście musiało zmienić w jakiś sposób pierwotną wizję filmu. Ale postanowiłem wykorzystać tę siłę Janka i dodałem do filmu wątek o charakterze mefistofelicznym.

Do pańskich filmów zawsze wpychała się polityka. Dziś, gdy nasi politycy codziennie fundują nam tragifarsy, nie kusi pana, by obnażyć je na ekranie? Dziwne, że żaden z filmowców jeszcze tego nie uczynił.
- Zaraz wyjaśnię, dlaczego to nie może się udać. Jesteśmy dziś na etapie wielkiej telenowelizacji naszej polityki. Proszę spojrzeć na historię nieudanej. A co może przebić telenowele? Tylko wielki, epicki film, na jaki nas nie stać. Poza tym on musiałby powstać za pieniądze pozbierane z wielu źródeł, a jedno z najważniejszych jest jak wiadomo piekielnie upolitycznione.

Chyba nawet nie jedno, główni producenci filmowi to przecież u nas Ministerstwo Kultury i telewizja…
- Właśnie. No i teraz jak ktoś bierze się za robienie takiego filmu, momentalnie ma szlaban na kasę. Bo przecież dobrze wiemy, że cenzura wciąż istnieje, tyle że nie mieści się już na Mysiej, ale mamy coś w rodzaju stwardnienia rozsianego – rozsiana jest w wielu różnych miejscach. Nie wierzę więc w to, by taki film mógł powstać. Poza tym nawet gdyby stał się cud, to jak wiadomo, film powstaje około półtora roku, licząc od napisania scenariusza. Zważywszy na tempo wydarzeń – praktycznie co dzień mamy jakieś trzęsienie ziemi, które nokautuje wczorajsze – cała opowieść byłaby kompletnie nieaktualna. Boję się, że widzowie przytłoczeni nadmiarem kolejnych afer i oryginalnych pomysłów rządzących w ogóle nie kojarzyliby już, o czym film opowiada, gdy trafiłby wreszcie na ekrany. Na pocieszenie dodajmy, że telenowelizacja polityki nie dotyczy tylko naszego kraju, ale jest powszechna.

Pana pokolenie skupiało się wokół nurtu nazwanego później kinem moralnego niepokoju. Zgodzi się pan, że młodzi, którzy dziś stawiają pierwsze kroki, nawiązują i formą, i treścią do tamtych filmów?
- To prawda, jest w tych filmach coś z tamtego klimatu, ze sposobu patrzenia na rzeczywistość. Oni kontynuują tę powinność polskiego inteligenta, który stara się zrozumieć świat, w jakim żyje. Ale jest im trudniej niż nam zlokalizować przeciwnika. Myśmy mieli jednego, wyraźnego wroga, teraz, jak mówiłem, mamy do czynienia ze stwardnieniem rozsianym i wróg jest w różnych miejscach, często ukryty.

Stwardnienie rozsiane to przypadłość postępująca błyskawicznie, prowadząca do całkowitego kalectwa! Co gorsza nieuleczalna.
- Cóż, nie ukrywam, że bez szczególnego optymizmu patrzę na rozwój sytuacji. Myślę też, że dzisiejszy świat stał się szalenie trudny do zdefiniowania. Formułki w rodzaju: „demokracja jako forma sprawowania rządów przeżywa kryzys” niewiele wyjaśniają. Rzeczywistość jest wielopiętrowa, dawne czarno-białe podziały na dobro i zło straciły rację bytu. Wszelkie efektownie brzmiące teorie, jak choćby najpopularniejsza, że wszystkiemu winny jest konsumpcyjny tryb życia, są idealne dla rozważań publicystycznych i filozoficznych. Ale nie dla kina. Bo jak je przełożyć na fabularną opowieść? Stąd coraz trudniej robić we współczesnym świecie dobre filmy fabularne, takie, które dotykałyby nurtujących nas kwestii.

Cóż więc pozostaje?
- Rzeczą niezmienną jest kondycja człowieka. I tu widzę pole penetracji dla filmowców, którego media nie ruszają. Świat wewnętrzny człowieka, który niby pozostaje niezmienny od wieków, ale różnie bywa artykułowany w różnych epokach. Tego media nie są w stanie pokazać.

Czyli przyszłość ma kino psychologiczne?
- W pewnym sensie tak, proszę popatrzeć, jakie filmy dziś odnoszą artystyczne sukcesy na świecie. Ale one nigdy oczywiście nie będą sukcesami kasowymi.

Czy media odebrały kinu pole do działania?
- Na pewno je mocno zawęziły. Kiedyś kino dostarczało informacji. Mówiło o sprawach, których nie opisywały gazety. Dziś to się diametralnie zmieniło. Kinu trudno znaleźć takie miejsce, gdzie pozostanie ono świeże. Jedynym takim miejscem jest jeszcze wspomniana penetracja relacji międzyludzkich. Ale i tu jest wielkie niebezpieczeństwo, co widać po tzw. nowej dramaturgii. Bo ona idzie w ekstremalność. Czyli, że jak tworzymy opowieść o rodzinie, to, by było ciekawie, przynajmniej jedna osoba musi tam być molestowana seksualnie. Jak nie jest, fabuła zyskuje miano nudnej. Ostatnio opowiadał mi mój student, jak wygląda rzekomo „drastycznych rozmiarów problem par homoseksualnych”, które chcą adoptować dzieci.

Taką teorię sprzedaje pewna ekstremalna w poglądach na obyczajowość niewielka partia…
- Właśnie. W każdym razie chłopak postanowił zrobić o tym film. Tyle że w ogóle nie mógł znaleźć takiej pary w Polsce, choć szukał namiętnie. „Słuchaj – opowiadał mi potem – to zjawisko wymyślone. Skończyło się na tym, że musiałem namówić pewną parę, zresztą z wielkim trudem, by zagrali mi to”. Ten problem, od początku do końca wymyślony i nadmuchany przez polityków, w ogóle więc nie istnieje. Dlatego też wolałem zrobić film o dwóch skromnych oszustach, jakich pełno wokół nas.

Kiedy premiera „Fundacji”?
- Mam nadzieję, że wkrótce po gdyńskim festiwalu, choć jeszcze nie ustaliliśmy dokładnej daty.



Filip Bajon, rocznik 1947, jest jednym z najciekawszych polskich reżyserów i scenarzystów. Ma na koncie m.in. „Limuzynę Daimler Benz” (1981), „Wahadełko” (1981), „Magnata” (1986), „Saunę” (1992), „Poznań ’56”, „Przedwiośnie” (2001) i „Fundację” (2006).