Najnowsze dzieło Davida Lyncha "INLAND EMPIRE" było jedną z najbardziej oczekiwanych premier weneckiego festiwalu. I, podobnie jak poprzednie filmy reżysera, diametralnie podzieliło publiczność. Powstały dwa obozy: niepoprawnych entuzjastów, którzy zaraz po zakończeniu seansu bezapelacyjnie okrzyknęli film kolejnym lynchowskim arcydziełem, i sceptyków, którzy idą w zaparte, twierdząc, że film jest niczym więcej jak tylko sprytnym recyclingiem wielokrotnie już wykorzystanych przez Lyncha motywów. Po pokazie prasowym gromkie brawa przeplatały się z okrzykami "Lynch, weź przestań!". Jedno jest pewne: "INLAND EMPIRE", podobnie jak "Zagubiona Autostrada" czy "Mulholland Drive", to zagadka, do której trudno znaleźć klucz po jednokrotnym obejrzeniu. Nam reżyser opowiedział o kulisach powstawania tego owianego dotąd tajemnicą projektu, nazywanego w kuluarach festiwalu w Wenecji polskim filmem Lyncha.

EWELINA KUSTRA: Dlaczego wiele osób z uporem maniaka twierdzi, że "INLAND EMPIRE" powstało najpierw jako projekt na pana stronie internetowej? Ja tam nic takiego nie widziałam. Coś mi umknęło?
DAVID LYNCH: Widzę, że przyszła pora na oficjalny komunikat. Etiuda "Green Room in Łódź" nigdy nie trafiła na moją stronę internetową. Ale pewnie w związku z tym, że strona jest płatna, część osób po prostu zgaduje, co na niej jest (śmiech).
Wszystko zaczęło się od mojego przypadkowego spotkania z Laurą Dern. W Los Angeles mieszkamy w tej samej okolicy i często na siebie wpadamy. Podczas jednego z takich spotkań powiedziała mi, że chciałaby wziąć udział w jakimś eksperymentalnym przedsięwzięciu. Uznałem, że to dobry moment, żeby się z nia podzielić tym, co od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie. Powiedziała: wchodzę w to. Zgodziła się grać bez jednej linijki scenariusza, nie wiedząc nawet kim będzie jej bohaterka. To było jak zielone światło.

"INLAND EMPIRE" to region w południowej Kalifornii. Czy kręcił pan ten film w Łodzi, a nie w USA wyłącznie ze względu na kwestie finansowe?
Wręcz przeciwnie, tym razem, w przypadku filmu "INLAND EMPIRE", forsa prawie nie wchodziła w grę. Mam na myśli fakt, że moja wieloletnia współpraca ze studiem Canal Plus układa się bardzo dobrze, więc nie boją się powierzać mi swoich pieniędzy. Po drugie, film był śmiesznie tani, bo kręciłem go kamerą z ręki, w technice wideo. I choć pracowaliśmy nad nim blisko trzy lata, mogliśmy do woli powtarzać każde ujęcie, nie stresując się, że właśnie zmarnowaliśmy kolejny, kosztowny metr cennej taśmy, z którego ktoś nas będzie rozliczał. Na wideo mogliśmy nagrywać wszystko, próby, powtórki, przygotowania. I potem wybierać z nich to, co najlepsze.

Więc dlaczego właśnie Łódź? Trudno powiedzieć, żeby to było najpiękniejsze miasto w Polsce.
Śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z najbrzydszych miejsc, jakie widziałem. Po raz pierwszy przyjechałem do Łodzi w 2000 roku na Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage. Trudno o gorszą scenerię: plucha i błoto ze śniegu sięgające kolan, bo festiwal odbywa się przecież na początku grudnia. Zaprzyjaźniłem się wtedy z "łódzkim gangiem", jak nazywam organizatorów festiwalu. To od nich dowiedziałem się, że Łódź w latach swojej świetności była europejską stolicą tekstyliów. To dzięki nim poznałem opuszczone, czasem zdewastowane fabryki. I zakochałem się w tych ruinach, szarych, jakby spowitych w permanentnym mroku, do których światło przebijało się z trudnością, jak przez grubą, aksamitną kotarę. Nieoczekiwanie znalazłem coś, czego szukałem przez lata. Grzechem byłoby z tego odkrycia nie skorzystać.

Polskich aktorów, których pan zatrudnił, też pan znalazł mimochodem?
Podobnie jak fabryki, dzięki znajomościom (śmiech). Jedliśmy pewnego dnia śniadanie podczas festiwalu Camerimage. Był z nami Peter Lucas, który na co dzień mieszka w Pasadenie. W Polsce pomagał swoim przyjaciołom przy organizacji festiwalu, zresztą mimo, że od lat mieszka w Stanach wszyscy nazywamy go Piotrek. Popatrzyłem na niego i wymamrotałem: to będzie filmowy mąż Laury Dern. Tak zdobyłem pierwszego aktora z polskimi korzeniami do obsady. Wtedy wieczorem napisałem jedną ze scen "INLAND EMPIRE", do której przeczytania Marek Żydowicz, organizator Camerimage, zaprosił kilku aktorów z Łodzi i z Warszawy. Przyjechali, przeczytali, nakręciliśmy coś na próbę. A o 10 wieczorem już piliśmy czerwone wino, żeby uczcić początek naszej współpracy. Krzysztof Majchrzak to ukształtowany, świetny aktor. O Karolinie Gruszce nie umiem mówić inaczej jak w samych superlatywach.

Skoro tak pan ceni ich umiejętności to dlaczego na konferencji prasowej podczas festiwalu nie był pan sobie w stanie przypomnieć ich nazwisk?
Jestem reżyserem, a nie lingwistą. W tym się sprawdzam i niech tak pozostanie.