30 lat temu nagrał pan pierwszą płytę dla wytwórni ECM. W materiałach promocyjnych do „Lotano” firma fonograficzna pisze, że wraz z wydaniem najnowszego albumu historia zatoczyła koło. Czy pan też to tak odczuwa?
TOMASZ STAŃKO
: „Balladyna” była dość znanym albumem w świecie jazzowym, dlatego że w czasie, gdy dominował ekspresyjny free jazz, była liryczną płytą free. Przez całe życie moją cechą charakterystyczną było połączenie liryzmu i ekspresji. Na najnowszej płycie aż trzy utwory zostały zaimprowizowane przez cały zespół. W tym sensie „Lontano” stanowi zwieńczenie moich artystycznych poszukiwań. Nawiązuje do moich starych dokonań i kontynuuje je.

I to niekiedy bardzo dosłownie. Na pana najnowszej płycie znalazły się dwie kompozycje, które już pan grywał. Czemu po raz kolejny zinterpretował pan Komedowską „Kattornę” i swoje „Tale”?
- „Tale” to nawiązanie świadome, bo ostatnio coraz częściej wracam do kompozycji z „Balladyny”. Poza tym ta kompozycja siedziała w atmosferze płyty. To ładny utwór i miły do grania. Wracam teraz do tego sposobu pisania, do komponowania opartego na frazie, na linii melodycznej i dopiero z tego wychodzę do dalszej improwizacji. Z kolei o włączeniu „Kattorny” na płytę zadecydował fakt, że to po prostu świetna kompozycja. To sztandar polskiego jazzu. Pamiętam, że kiedy basista Branforda Marsalisa usłyszał ten utwór, spytał mnie, czy to jakiś polski folklor. Powiedział: „Ja to dobrze znam. Urbaniak mi to grał”. Ja i Michał często sięgamy po „Kattornę”. To tak rewelacyjnie napisana kompozycja, że w ogóle się nie starzeje. Za każdym razem znajduję dla niej jakąś nową formułę. Kilka dni temu podczas plenerowego koncertu w Warszawie aranżer Joakim Milder inaczej zapisał partię basu i znów zrobił mi się z tego całkiem nowy utwór (śmiech).

Lideruje pan jednemu z najbardziej wyrazistych zespołów europejskiego jazzu. Tymczasem jeszcze przed wydaniem „Lontano” zapowiedział pan, że będzie to ostatnia płyta, którą nagra pan w tym składzie. Dlaczego zarzyna pan kurę znoszącą złote jajka?
- To nie tak, nie chcę niczego, ani tym bardziej nikogo zarzynać. Chodzi o to, żeby nie stanąć w miejscu. Wszystko musi płynąć, wszystko musi się rozwijać. Każda rzecz ma swój początek, środek i koniec. Na „Lontano” osiągnęliśmy pełnię naszych artystycznych możliwości. Ta płyta stanowi dopełnienie naszego płytowego tryptyku i nawet trudno mi sobie teraz wyobrazić naszą następną płytę. Tym niemniej Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz to znakomici muzycy i zbyt dobrze mi się z nimi gra, żebym miał rezygnować z dalszej współpracy. Na pewno więc będę grywał z nimi osobno. Już w listopadzie, na festiwalu w Bielsku, zagram razem z Garym Peacockiem i Marcinem. Sądzę, że decyzja o zmianie składu będzie miała dobre konsekwencje i dla nich, bo zostaną zmuszeni przez życie do zreorganizowania siebie i gry w innych składach. A i ja na tym skorzystam, bo pozwoli mi to uniknąć rutyny. Gra się świetnie, ale rutyna grozi brakiem dramaturgii i ekspresji, a to by było straszne. Lepiej więc zawczasu o tym pomyśleć.

„Lontano” znaczy „z oddali”. O jaki rodzaj oddalenia panu chodzi?
- Muzyka jest dla mnie sztuką abstrakcyjną. Jej nazewnictwo to rodzaj poetyckiego „odpowiedniego dania rzeczy” tej abstrakcji. W kwestii tytułowania moich albumów sens literacki, który niosą ze sobą słowa, jest dla mnie sprawą drugorzędną i wątpliwym układem odniesienia. Lontano to termin stricte muzyczny i dobrze określa nie tylko charakter muzyki zawartej na płycie i rodzaj ekspresji: granie ciche, jakby z oddalenia, ekspresyjnie, piano, nastrojowo, ale też dotyczy mojego zespołu. Gramy już razem 10 lat. To bardzo długo i bardzo dobrze, bo nie ma nic przyjemniejszego niż granie taki kawał czasu z jednym bandem. Ja i Simple Acoustic Trio przechodziliśmy przez różne etapy naszej współpracy. Z założenia płyta ma nam pozwolić spojrzeć na nie z dystansem.

A czy czasem ten tytuł nie oznacza też zdystansowania się do awangardy i poszukiwań? Czemu nie chciał pan wyważyć jakichś muzycznych drzwi? Nie ma już takich?
- Awangarda jest domeną młodego wieku. To młodzi ludzie buntują się i szukają czegoś nowego. Ja już wiem, że znalezienie w ciągu całego życia choćby ułamka nowego spojrzenia na stare zagadnienia jest wielkim osiągnięciem. Dziś już wiem, że przetwarzanie też może być wspaniałe.

Nie boi się pan, że krytykanci zarzucą panu zbytnią zachowawczość na płycie „Lontano”? I to kolejną zachowawczą w karierze?
- Krytyka ma prawo mówić, co chce, ale ja z tej płyty jestem wyjątkowo zadowolony. Faktycznie „Lontano” jest płytą dość zachowawczą, ale udało mi się na niej zawrzeć moje wszystkie marzenia o sztuce. Całą moją pasję. Mimo że zawsze byłem nowatorem, to zawsze też wiedziałem, że sztuka jest dla ludzi i ideałem jest mieć jak największą publiczność. Dlatego podchodzę z tolerancją do różnych komercyjnych przedsięwzięć. Moim marzeniem jest nagranie takiej płyty, na której każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Niech pan spojrzy na amerykańskie kino komercyjne - największy sukces odnoszą filmy, które są jednocześnie i wartościowe, i ciekawe. Na przykład „Casablanca” Michaela Curtiza sprzedaje się już 40 lat. Staram się więc, by moja płyta dla snobów miała odpowiednią ilość snobizmu, była rasowa, stylowa i by każdy chciał mieć ją na półce.
Jednocześnie chciałbym, by krytycy, którzy mają niesłychanie wyrafinowane podejście do sztuki, mogli zachwycać się moimi wyrafinowanymi rozwiązaniami harmonicznymi, rytmicznymi czy współbrzmieniem fortepianu i perkusji. Innymi słowy moim marzeniem i ideałem sztuki jest płyta, z którą każdy mógłby znaleźć swoją indywidualną więź. Do tego dążę.