ANITA ZUCHORA („FILM”): Zdecydował się pan zekranizować powieść „S@motność w sieci“ Wiśniewskiego z powodu jej popularności?

WITOLD ADAMEK*: Nie, poczułem, że chciałbym zrobić film według tej książki zaraz po jej przeczytaniu, kiedy jeszcze nikt o niej nie pisał i na pewno nie była aż tak popularna. Zadzwoniłem do wydawnictwa i tam dowiedziałem się, że Wiśniewski jest właśnie w Warszawie – miał wtedy wykład o chemii miłości. Spotkałem się z nim i jeszcze tego samego dnia sfinalizowaliśmy umowę.

Dlaczego?
Wydawało mi się, że to jest świetny materiał dla operatora, który od czasu do czasu jest reżyserem.

Oglądając film czuje się, że zrobił go operator, który przede wszystkim opowiada obrazem. Bohaterowie są bardzo małomówni.
Zależało mi na pokazaniu tej historii o samotności przy użyciu jak najmniejszej liczby słów. Nie wydaje się pani, że w internecie ludziom łatwiej rozmawiać, mówić bardzo prosto rzeczy trudne czy osobiste? Takie otworzenie się podczas realnego spotkania jest dużo trudniejsze. Nagle słowa nie przychodzą tak łatwo. A przecież nie oznacza to braku emocji, często one są nawet zwielokrotnione.

Nie bał się pan, że internetowy romans Wiśniewskiego jest kompletnie niefilmowy?
Miałem świadomość trudności – przecież tam wszystko dzieje się w e-mailach. Ale nie tylko to... książka Wiśniewskiego jest wielowątkowa, dygresyjna, to jest opowieść w opowieści i każdy z jej wątków mógłby być osobnym filmem. Niejeden raz podczas przygotowań do realizacji słyszałem opinie, że to ryzykowna decyzja, ale waśnie ten stopień trudności mnie zdopingował.

Pana bohaterowie dużo milczą, ale cały czas towarzyszy im bardzo wyrazista i intensywna muzyka.
To muzyka norweskiego kompozytora i pianisty jazzowego Ketila Bjornstada. Muszę przyznać, że była dla mnie inspiracją podczas realizacji filmu. Zresztą zawsze, kiedy robię film, najpierw znajduję muzykę. Kompozycje Bjornstada są minimalistyczne, kameralne, ale niezwykle intensywne emocjonalnie. Od razu wydały mi się idealne do opowiedzenia tej historii. Po skończeniu filmu pojechałem z nim do Oslo, by pokazać go Bjornstadowi – film bardzo mu się spodobał.

Świadomie zrealizował pan film uniwersalny, w którym bohaterowie, choć są Polakami, czują się w świecie zupełnie swobodnie, a ich narodowość nie ma żadnego znaczenia?
W pewnym sensie było to naturalne – tacy są bohaterowie powieści Wiśniewskiego. A ja od początku przygotowań do realizacji filmu wiedziałem, że nie ma sensu udawać i kręcić w Polsce scen, które dzieją się gdzieś w świecie. To odebrałoby całej historii wiarygodność. Te miejsca mają swoje znaczenie. Także to, że bohaterów dzieli realna odległość. Warszawa, Berlin, Frankfurt, Paryż czy Nowy Orlean determinują własny nastrój, inne emocje. Postanowiłem zrobić wszystko, by realizować zdjęcia w tych wszystkich miastach.

Ile zatem kosztował film kręcony w tylu miejscach na świecie?
Koszt całej produkcji to 4 mln 800 tys. zł. W każdym filmie najdroższe są dni zdjęciowe... Ja zrobiłem ten film w 45 dni. Podstawą budżetu były pieniądze z telewizji. Dołożył się także Polski Instytut Sztuki Filmowej. W efekcie TVP dostaje miniserial w dwóch 1,5-godzinnych częściach i film fabularny.

Nie jest to wielki budżet, nawet na tle innych polskich filmów. Jak się panu to udało?
Bardzo starannie się przygotowywałem. W czasie dokumentacji zrobiłem blisko siedem tysięcy zdjęć. Dzięki nim dokładnie wiedziałem, w jakich miejscach będę kręcił, gdzie będzie stała kamera, jaki kadr pokażę. Najtrudniejszym wyzwaniem był Nowy Orlean, bo akurat przeszedł tam huragan „Katrina”... ale i to udało nam się sfilmować i wpleść w tę opowieść. Miałem szczęście przy tym filmie współpracować z fantastycznymi kobietami. Bardzo mi pomogły. Do tej pory uważałem, że w ekipie lepiej sprawdzają się mężczyźni, teraz wiem, że to nieprawda.

Sprawdziła się też aktorska para głównych bohaterów: Magdalena Cielecka i Andrzej Chyra. Od razu wiedział pan, że to mają być oni?
Nie dałem się namówić na innych kandydatów do ról Jakuba i Ewy. Cielecka i Chyra to dwójka aktorów używających takich środków wyrazu, które lubię i które fantastycznie przekładają się na obraz. Oni nawet jak nic nie mówią, to tak pięknie grają i tyle potrafią wyrazić...

Jak doszło do tego, że epizod w „S@motności...” zagrała Elżbieta Czyżewska?
Darzę ją wielkim sentymentem – kojarzy mi się z moją młodością i uważam ją za wielką aktorkę. Zawsze żałowałem, że tak nagle znikła z ekranu. Kiedy okazało się, że będziemy kręcić w Nowym Orleanie, natychmiast się z nią skontaktowałem. Najpierw wysłałem jej książkę, potem scenariusz. Była jedną z tych osób, które dziwiły się, że próbuję tę powieść zekranizować. Jej też wydawała się niefilmowa. Ale była zaintrygowana. Myślę, że zgodziła się ze względu na możliwość spotkania na planie z Andrzejem Chyrą.

* Witold Adamek – (ur. 1945) operator, scenarzysta, reżyser. Filmował m.in. „Yesterday”, „Polskie drogi”, „Nadzór”, „Krótki film o miłości” i „Obywatela Piszczyka”. W latach 90. zajął się produkcją (m.in. „Daleko od okna”, „Girl Guide“). Jako reżyser zadebiutował w 1998 r. filmem „Poniedziałek”