Najpierw "Clean" Oliviera Assayasa, teraz "Zakochany Paryż". Skąd ten francuski etap w pana karierze?
Nick Nolte: Zawsze chciałem pracować z francuskimi reżyserami, kręcić filmy we Francji. Francuzi mają wyjątkowe podejście do kina, które bardzo mi odpowiada – nie zapomnieli, że to forma sztuki.

Ostatnio częściej można pana zobaczyć w produkcjach europejskich niż w amerykańskich.
15 lat temu postanowiłem związać się z kinem niezależnym. Hollywood coraz bardziej zawęża krąg odbiorców, do których adresuje swoje produkcje. Większość filmów jest kręcona z myślą o publiczności w przedziale wiekowym od 12 do 18 lat.  Nie mam nic przeciwko takim filmom, ale one po prostu mnie nie interesują. 28 razy odmówiłem Jerry’emu Bruckheimerowi (producent specjalizujący się w filmach akcji – przyp.red.). Kino europejskie to w dużej mierze kino artystyczne, poszukujące, eksperymentujące – i to mi odpowiada.

Nie tęskni pan za Hollywood?
Nie. Tu wciąż panuje tzw. star-system. Zbyt dużo wagi przywiązuje się do komfortu i wygody. Nigdy nie zapomnę, jak kręciłem w Kansas film z Julie Christie. Plan był gdzieś na głębokiej prowincji. Jednak wokół niego wyrosło luksusowe miasteczko przyczep. Były garderoby na kółkach, w których można mieszkać. Była sala treningowa. Nawet niania dzieci jednego z producentów miała swoją luksusową przyczepę! Porzebowałem trzech dni, żeby dojść ze swojej garderoby na plan (śmiech). Przecież to paranoja. Co to ma wspólnego z procesem twórczym? 

Woli pan kino czy teatr?
Niedawno wróciłem na scenę i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo mi tego brakowało. W teatrze aktor nie jest sam. Czuje i widzi reakcje widza na swoją grę. Ta wymiana emocji jest dla mnie ogromnie satysfakcjonująca. Można ją porównać do koncertu muzycznego. Z tym, że w przypadku muzyków komunikacja z publicznością jest głębsza, bo muzyka to język uniwersalny. Zazdroszczę tego muzykom.

A co najbardziej podoba się panu w filmach?
Lubię pierwszy dzień na planie. Kiedy już skończymy etap prób i zaczynają się zdjęcia. Kiedy pierwszego dnia zdjęciowego, po raz pierwszy wychodzę z mojej garderoby, wtedy czuję się naprawdę dobrze. Wiem, że muszę skoncentrować się tylko na jednym – jak najlepiej wywiązać się ze swojej pracy. To wyzwalające uczucie, choć niektórzy aktorzy go nienawidzą. Bo ta świadomość potrafi być jednocześnie paraliżująca – nie możesz nawalić!

Pana kariera miała burzliwy przebieg...
Mówi się, że za sukces trzeba zapłacić. Coś o tym wiem. Ja na pewno zapłaciłem. Piłem i ćpałem. Zacząłem pić jako bardzo młody człowiek. Z początku dawało mi to ogromnego kopa. Alkohol łączyłem z prochami. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas igrałem ze śmiercią. Dziś już jestem czysty. Nie piję i nie biorę narkotyków. A doświadczenia z tamtego etapu życia wykorzystuję przy moich kolejnych rolach.

Nazywają pana szaleńcem.
Bo nim jestem (śmiech). Jako dziecko byłem chorobliwie nieśmiały. Aktorstwo było dla mnie ratunkiem. Inaczej naprawdę straciłbym rozum. Jestem bezgranicznie oddany mojej pracy. Podporządkowuję jej całe moje życie. Dla niektórych może to być absurdalne. Ale taki jestem i lubię otaczać się ludźmi, którzy myślą podobnie. Lubię pracować z reżyserami i scenarzystami, którzy nie boją się zarwać nocy, żeby przeanalizować wszystkie możliwe pomysły i rozwizania.

W "Zakochanym Paryżu" gra pan z Ludivine Sagnier. W swojej karierze partnerował pan najpiękniejszym i najzdolniejszym aktorkom. Którą z nich wspomina pan najcieplej?
Trudno powiedzieć. Grałem z tyloma wspaniałymi aktorkami – Umą Thurman, Julią Christie, Maggie Cheung, Jennifer Connelly, Sharon Stone... Z Ludivine grało mi się świetnie. Lubię pracować z europejskimi aktorkami. Jest w nich taka szczególna wrażliwość, romantyczność, jakich nie znajduję nigdzie indziej.

A pana ulubiony film?
Nie oglądam filmów. Żadnych – ani swoich, ani cudzych. Jestem jak przysłowiowy szewc, których bez butów chodzi.

Często powtarza pan, że już się pan niczego nie boi.
To wpływ śmierci rodziców. Ona mnie zmieniła. Każdego zmienia. Nagle nie ma już nikogo pomiędzy tobą a nią. Teraz ty jesteś następny w kolejce i masz tego pełną, bolesną świadomość. Nie boję się śmierci, bo widziałem, jak umiera moja matka. Wiem, jak to się odbywa, więc się już nie boję. Niczego się nie boję.

Nick Nolte (ur. 1941) – jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów Hollywood. Karierę rozpoczął na początku lat 70., grając epizodyczne role w filmach kinowych i serialach telewizyjnych. Dwukrotnie był nominowany do Oscara za role w filmach "Książę przypływów" i "Prywatne piekło". Zagrał m.in. w "Pożegnaniu z królem", "48 godzinach", "Nieugiętych" i "Jeffersonie w Paryżu".