KATARZYNA NOWAKOWSKA: Kiedy po raz pierwszy przeczytałeś „Pachnidło”?
TOM TYKWER*: Przeczytałem tę powieść jako dwudziestolatek, może nieco później niż większość moich rówieśników, ale nie bardzo lubiłem wtedy książki historyczne, znacznie bardziej interesowała mnie współczesność. Kiedy w końcu po nią sięgnąłem, byłem naprawdę pod wrażeniem, ponieważ ta historia wydała mi się niezwykle pierwotna i uniwersalna. Wspaniałe były też niezwykle zmysłowe opisy brudu i smrodu w XVIII-wiecznym życiu codziennym, które wydało mi się też straszliwie pozbawione światła. Chyba to mnie ostatecznie uwiodło: ciemności (śmiech). Przemówiło do mnie również to, że pod pozorami żywego, giętkiego, ironicznego języka Süskind ukrywa bardzo tragiczną historię człowieka, który doświadcza katastroficznej wręcz samotności. Grenouille jest dla mnie bohaterem tragicznym – nie potworem czy mordercą. I na ten aspekt starałem się zwracać uwagę, robiąc film.

Wyobrażasz sobie, jaki powinien być ten idealny zapach spreparowany w powieści przez Grenouille’a? Zapach, dzięki któremu można by uwieść tłumy i zapanować nad nimi?
Nie wiem, naprawdę. A nawet jeśli mam jakieś wyobrażenie, to jak mógłbym opisać coś tak ulotnego, a zarazem złożonego? Nawet Süskind, pisząc o zapachach ucieka w porównania, odsyła nas do rzeczy łatwiej rozpoznawalnych zmysłami wzroku i słuchu. Ten „ostateczny zapach”, który jest w stanie manipulować ludźmi, ma wiele wspólnego z filmem. Bo przecież film też wywołuje w nas emocje, często takie, których byśmy sobie nie życzyli. Zarówno ten zapach, jak i dobry film potrafią uwieść, zaczarować. I to jest ukryte powiązanie między tematem powieści, a moim filmem (śmiech).

Wraz z producentem Berndem Eichingerem napisaliście scenariusz. Ale pomagał wam też przy pracy nad filmową historią Andrew Birkin, prywatnie brat aktorki Jane Birkin. Na czym polegał jego udział?
To niesamowicie otwarty, nieco szalony, bardzo wynalazczy i ciekawy świata człowiek. W czasie pracy nad scenariuszem jego ambicją stało się odtworzenie metod, jakimi posługiwali się XVIII-wieczni perfumiarze, żeby widzowie mogli zobaczyć, jak to naprawdę wyglądało. Przeprowadził wiele badań, mnóstwo czytał, konsultował się z najlepszymi „nosami” i w końcu w swojej domowej lodówce stworzył małe laboratorium, w którym dokonywał przeniesienia zapachów metodą enfleurage wykorzystywaną przez Grenouille’a. Udało mu się nawet, posługując się opisanymi w książce metodami, stworzyć własne perfumy. To było wręcz magiczne.

Zawsze zwracasz dużą uwagę na muzykę w twoich filmach, jesteś przecież muzykiem, komponujesz. Jakie są twoim zdaniem związki między zmysłem wzroku, słuchu i węchu?
Muzyka jest dla mnie rzeczą zupełnie podstawową. Żeby zrozumieć film, jego stronę emocjonalną, konieczna jest odpowiednia ścieżka dźwiękowa. W przypadku „Pachnidła”, gdzie jestem zarówno współscenarzystą i współautorem muzyki, prace nad tymi dwoma filarami filmowej budowli trwały równolegle. Kiedy pisałem skrypt razem z Andrewem Birkinem i Berndem Eichingerem i wpadaliśmy na kolejne pomysły oddające istotę filmu, jednocześnie pisałem muzykę, która pozwoliłaby przekazać widzom ten specyficzny klimat. Wydawało mi się to szczególnie ważne w tym przypadku, bo film opowiada o zapachach, które nie tylko w sferze języka wydają się związane z muzyką. Mówiąc o zapachu, posługujemy się słowami takimi jak ton i nuta. Zapachy komponuje się tak samo jak muzykę – mają też podobny rodzaj powiązania z ludzką pamięcią. Zarówno zapach, jak i muzyka potrafią odesłać nas w przeszłość do jakiegoś konkretnego momentu, z którym są związane. Piosenka cofa nas do licealnych czasów, a jakiś zapach wychwycony przypadkiem potrafi sprawić, że jesteśmy znów w kuchni naszej babci. Często odbywa się to poza sferą naszej świadomości, ale nasz mózg kojarzy dźwięki i zapachy z określonymi emocjami. Te dwie niewidzialne rzeczy – zapach i muzyka – istnieją dla nas i działają na nas o wiele silniej, niż przypuszczamy. Dlatego myśl, która przychodzi do głowy Grenouille’owi „jestem tym, czym pachnę”, powiązanie tożsamości z zapachem jest, przynajmniej dla mnie, bardzo przekonująca.

W „Zakochanym Paryżu”, który gości na ekranach polskich kin, bohater twojej nowelki jest niewidomy, ale świetnie posługuje się innymi zmysłami, Grenouille z „Pachnidła” ma wysoko rozwinięty zmysł węchu... To tylko przypadek, czy interesują cię odmienne formy percepcji?
To zabawne, bo kiedy kręciłem nowelkę do „Zakochanego Paryża”, a było to gdzieś w roku 2002, nie miałem jeszcze pojęcia, że będę ekranizował „Pachnidło”. Sporo czasu zajęła realizacja całości, w końcu film składa się z kilkunastu nowel, dlatego na ekrany kin wchodzi dopiero teraz, ale akurat moja część powstała dawno temu. Dopiero później spotkałem producenta Bernda Eichingera i dostałem propozycję reżyserowania „Pachnidła”. Ale zgadzam się, że to dość zastanawiający zbieg okoliczności. Sam sobie to uświadomiłem niedawno: dwa filmy o ludziach, którzy w bardzo specyficzny sposób doświadczają świata za pomocą zmysłów, obaj dotknięci niepełnosprawnością, obaj próbują zrozumieć, jak działa miłość. Może Thomas, niewidomy chłopiec, jest młodszym bratem Grenouille’a. Nieco mniej niepokojącym (śmiech).

Czy Melchior Beslon, odtwórca roli Thomasa, naprawdę jest niewidomy, czy tylko gra?
Praca z nim była niezwykłym doświadczeniem, bo on naprawdę jest niewidomy. Jest przy tym prawdziwym kinomaniakiem, namiętnie chodzi do kina i na podstawie pozawzrokowych wrażeń potrafi dokonywać niebywale głębokich analiz dzieła filmowego. Może to jest też tak, że robię filmy o ludziach dotkniętych niepełnosprawnością, ułomnością fizyczną, bądź mentalną, bo się po prostu z nimi identyfikuję. Chyba wszyscy, kiedy budzimy się rano, czujemy się dość wadliwi, niedoskonali. Dopiero potem jakoś się „uładniamy”, zakładamy maski i wychodzimy do ludzi... Ale szczęśliwi jesteśmy tylko wtedy, gdy ktoś kocha nas w całej naszej brzydocie, głupocie, nieciekawości. I to jest właśnie to, czego brakuje bohaterowi „Pachnidła” – może istnieć tylko poprzez maski. Taki, jak jest naprawdę, nie istnieje dla innych ludzi.

* Tom Tykwer (ur. 1965) – niemiecki reżyser, scenarzysta, muzyk. Filmem fascynował się już jako nastolatek, w wieku 14 lat pracował w kinie jako bileter. Na początku lat 90. kręcił filmy krótkometrażowe. Uznanie zyskał po nakręceniu sensacyjnego dramatu „Biegnij Lola, biegnij” (1998) z Franką Potente w roli tytułowej. Potente zagrała także w jego kolejnym dziele, nakręconej w jego rodzinnym mieście Wuppertalu „Księżniczce i wojowniku”. W 2002 powstało „Niebo”, film z Cate Blanchett w roli głównej na podstawie scenariusza Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza