PIOTR STELMACH: Muzykę Duran Duran utożsamia się od samego początku z ruchem new romantic. Moim zdaniem niesłusznie. Jesteście jednym z pierwszych zespołów dla mas, który odważył się grać biały funk. Zgodzicie się z tą opinią?
SIMON LE BON: Jak najbardziej! Szczerze mówiąc, mieliśmy i cały czas mamy powyżej dziurek w nosie wciskania nas w szufladkę new romantic. Wygląda na to, że większość dziennikarzy uparła się, żeby tak opisywać naszą muzykę. To pójście na łatwiznę. Masz rację, graliśmy biały funk. Zresztą na tej samej zasadzie twórczość The Rolling Stones można nazwać białym bluesem. Oni idealnie wpasowali się w swój czas i miejsce. W latach 60. byli ogromnie ważną częścią rockowej psychodelii, ale robili swoje. Podobnie było z nami. Zaistnieliśmy w zupełnie innych czasach, tłumacząc inną muzykę na swój własny język.
ROGER TAYLOR: Zrobiliśmy chyba niezły użytek z całej masy wykonawców, których hity królowały w latach 70. na tanecznych parkietach. Jeśli uważnie wsłuchasz się w brzmieniowe smaczki, odkryjesz, że nasza wczesna twórczość to czysty funk, tyle tylko że zagrany przez białych Angoli (śmiech).

A co z punk rockiem? Przecież na nim się wychowaliście.
R.T.: Punk to nasze główne źródło inspiracji. Raz, że słuchaliśmy takiej muzyki, dwa, że zadziałała tu zasada „zrób to sam”. Zespoły punkowe udowodniły, że każdy młodziak może założyć kapelę i pisać piosenki.
S.LB.: Poza tym punk pokazał, że muzyka może prowokować i w bardzo śmiały sposób zmuszać do myślenia, do zmiany swojego życia. Wcześniej coś takiego było nie do pomyślenia. Prowokacja nie odbywała się tak brawurowo i na taką skalę. Muzyka służyła głównie do zabawy, była milutka i cieplutka. Tych samych wykonawców mogli słuchać wszyscy w rodzinie, od dzieci po babcie. Punk rock zmienił te zwyczaje. Duran Duran nie był wprawdzie obrazoburczy, nie przenosił do muzyki aż tyle frustracji, ale tworzył równie spontanicznie. Możesz to usłyszeć w takich kawałkach, jak: „Careless Memories” i „Friends of Mine”. Nie było tam może ekstremy, ale był ten punkowy pazur i młodzieńczy bunt.

A skoro już jesteśmy przy dziwnych opiniach na wasz temat, znalazłem niedawno w Internecie wspomnienia jednego z fanów, który uparcie twierdzi, że „Is There Something I Should Know” to najbardziej seksowny utwór w karierze Duran Duran. Co wy na to?
S.LB.: Cóż, dla każdego każda piosenka może być jakaś. Przed chwilą ktoś podszedł do mnie i zapytał, czy zagramy w Warszawie „Want You More”, bo to jego ulubiony kawałek. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że to może być czyjaś ulubiona piosenka. Ale – jak sam widzisz – każda znajdzie swojego adoratora. Z tego czy innego powodu. I nie wiem, dlaczego „Is There Something I Should Know” ma być tą najbardziej seksowną? Może przez swój gniew? To naprawdę gniewny numer. Gniewny takim paranoicznym gniewem (śmiech).

Moim faworytem jest z kolei „Come Undone”. To chyba najbardziej surrealistyczny tekst, jaki napisałeś.
S.LB.: Ten kawałek jest prawie idealnie tym, czym powinna być piosenka miłosna. Opowiada o wieloletnim związku. Napisałem go na urodziny mojej żony, przypadają 29 października. Zgadzam się, to jest utwór surrealistyczny, ale to dlatego, że takie właśnie uczucia noszę w sobie. To emocje, które kierują mnie aż na skraj przepaści, a właściwie poza nią.

Dwukrotnie występowaliście w ramach akcji Live Aid, w 1985 i 2005 roku. Jaka była zasadnicza różnica między tymi koncertami?
S.LB.: To oczywiste, że 20 lat temu takie wydarzenie było czymś zupełnie nowym. Nikt inny wcześniej nie porwał się na tak potężny koncert. Nigdy wcześniej na tak masową skalę, z tak wielkim przekazem i z tak wyraźnie zaznaczonym społecznym celem nie zorganizował takiego show. Później takich imprez były setki, ale od Live Aid wszystko się zaczęło.
R.T.: Pamiętam, jak Bob Geldof przyszedł do naszego studia (nagrywaliśmy wtedy w Paryżu) i zdradził się z pomysłem Word for Africa. Wydaje mi się, że byliśmy pierwszą grupą, którą przekonał do wzięcia udziału w tej akcji.
S.LB.: Krzyknął w pewnym momencie z tym swoim charakterystycznym akcentem: – Jesteście, do cholery, największym zespołem na świecie! Musicie to zrobić! Musicie!

Minęło ponad 25 lat od wydania debiutanckiego albumu Duran Duran. Przez ten czas powstało i zakończyło działalność mnóstwo muzycznych projektów. Która z młodych grup jest według was godna uwagi?
R.T.: Na pewno The Killers. Mają świetne melodie i znakomitego wokalistę!

Kiedy usłyszałem po raz pierwszy ich piosenkę „Smile like You Mean It”, skojarzyła mi się błyskawicznie z waszymi przebojami. To taka młodsza siostra „Save a Prayer”, nieprawdaż?
R.T.: Młodsza i dzięki temu bardzo atrakcyjna. W sumie, całkiem fajna laska (śmiech).
S.LB.: Jest mnóstwo nowych kapel, które uwielbiam. Na przykład Bloc Party, mają szaleńcze brzmienie! Lubię też Editors. Zresztą dziś nie ma tygodnia, żeby nie pojawił się jakiś nowy zespół. I dlatego wszystkie kapele, o których mówimy, w zasadzie nie są już nowe. Były nimi pół roku czy rok temu, ale dziś to już żadna nowość.

Wszyscy muzycy Duran Duran są ojcami. Nie chodzi wam po głowie współpraca artystyczna z waszymi dziećmi? Coś na zasadzie duetów pokoleniowych?
S.LB.: Mogę odpowiadać tylko za siebie. Nie ma mowy! Nigdy nie brałem tego pod uwagę. Moja córka wprawdzie uwielbia Duran Duran, ale nigdy nie myśleliśmy o zrobieniu czegoś wspólnie. Ona kocha tatę, tata kocha ją i to jest najważniejsze. To najlepsza, najbardziej klasyczna wspłpraca, jaką sobie wyobrażam.