Rafał Odrzywałek: "Węże w samolocie" to film klasy B. Co skłoniło pana do pracy przy tym projekcie?
Samuel L. Jackson: Niewątpliwie tytuł. Idea filmu wydaje mi się genialna w swojej prostocie. A kiedy dowiedziałem się, że stanowisko reżysera powierzono Ronny’emu Yu, z którym wcześniej spotkałem się na planie "Formuły", byłem już zupełnie przekonany. Wysłałem e-maila Ronny’emu, zgłaszając mu swoją gotowość do zagrania jakiejkolwiek roli w filmie. On co prawda później zrezygnował, a na jego miejsce przyszedł David Ellis. To właśnie wtedy ostrzegłem wytwórnię, że jeśli nie chcą mieć problemów z kolejnymi zdjęciami, nie powinni pozwolić na dalsze zmiany. W tym zmianę tytułu.

Podobno przed rozpoczęciem zdjęć nie przeczytał pan scenariusza. Dlaczego kino sensacyjne budzi w panu takie zaufanie?
Gdy byłem mały, bardzo lubiłem ten ten typ filmów. Oglądałem je w kinie w każdy weekend, niektóre nawet po trzy razy. A później straszyłem moich przyjaciół. To właśnie cały ja. Lubię grać w filmach, na które sam chętnie bym poszedł. To samo przydarzyło mi się w przypadku "Gwiezdnych wojen". Oczywiście gram też w tych filmach, które - zdaniem moich agentów - pozwolą mi zdobyć jakąś nagrodę. Chcę, dopóki mam czas, zrobić wszystko, co będę mógł. A kiedy odejdę, może ludzie powiedzą: "Wow, on naprawdę był dobry!" albo "Widać, że chciał być dobry, ale mu nie wyszło". Kto to może wiedzieć?

Woli pan pracę w filmach niskobudżetowych czy raczej w wielkich produkcjach jak "Gwiezdne wojny"?
Uwielbiam wielkie produkcje: lepsze pieniądze, lepszy catering. Ogólnie jestem aktorem, który uwielbia uczestniczyć w przedsięwzięciach filmowych, nieważnie jakich. Ale lubię też pracę w spokoju. Trzeba zrozumieć, że wytwórnie filmowe to korporacje, i że większość ludzi, którzy tam pracują, to nie artyści. Nie lubią filmów, lubią pieniądze. No dobra, teraz już nie będę mógł znów pracować w żadnej wytwórni (śmiech).

Czy zdziwiło pana poparcie fanów walczących o zachowanie oryginalnego tytułu filmu "Węże w samolocie"?
Trochę, ale nie jestem pewien, czy całe to zamieszanie było sprowokowane przeze mnie, bo szczerze mówiąc, nie uważam się za "kultowego" aktora. Myślę, że nikt dobrze nie wie, co się stało. Gdyby wytwórnia była tego świadoma, to cały czas używałaby tej formułki. Wyobrażam sobie, że to, co wzbudziło zainteresowanie użytkowników blogów, mogło być kombinacją idei i mojego zaangażowania. Równie dobrze mogła to być kombinacja dobrego tytułu i tysiąca innych spraw. W sumie to zabawne, że widzowie mogą dzięki internetowi wybrać tytuł filmu do nich adresowanego. Przy okazji mieli również możliwość tworzenia alternatywnych filmów i plakatów. To, co najbardziej mnie uderzyło, to ilość rzeczy, jakie można narysować na plakacie, używając jedynie mojego wizerunku i węża.

Pojawił się jakiś problem z gadami w czasie kręcenia?
Tak naprawdę nie miałem z nimi żadnego kontaktu w czasie trwania zdjęć. Przykro mi zawieść widzów, ale wydaje mi się, że dotknąłem węża pierwszy raz w czasie sesji na okładkę jakiegoś magazynu. Nie mam problemów, nie mam fobii, ani nic w tym rodzaju, jednak moi agenci wymogli w kontrakcie klauzulę, która mówiła, że węże nie mogły się do mnie zbliżać na mniej niż siedem metrów. Choć na planie było ponad 400 węży, te, które otaczały mnie i Juliannę Margulies (odtwórczynię głównej roli żeńskiej - przyp.red.), były stworzone dzięki grafice komputerowej.