Stanisław Bereś: Hip-hop to świat bylejakości, buntu, krzyku, ekspresji, nienawiści do świata, poczucia wykolegowania. To wszystko jest obecne w twojej powieści „Paw królowej”. Czy to jest też w jakimś stopniu część twojego światopoglądu, wrażliwości społecznej, czy też coś, co tylko pożyczyłaś na jeden raz?
Dorota Masłowska: To jest pożyczka jednorazowa, bo po prostu wyeksploatowałam tę formę dla siebie i nie będę jej już używać. Nie widzę w tym sensu. „Paw królowej” nie jest napisany językiem subkultury, czerpie raczej z ludowości, pieśni ludowej, tekstu rymowanego, melodyjnego. Ta książka nie jest opisem subkultury widzianej przez pryzmat jej języka. Ona bazuje na czym innym: melodyczność tekstu ma charakter ludowy, elementy subkulturowo-hiphopowe to stylowe ozdobniki. Dostrzeganie tylko tych elementów jest powierzchownym potraktowaniem powieści.

Jeżeli przyjdzie do ciebie młody człowiek, który uwielbia hip-hop, i powie: „Dziewczyno, napisałaś książkę moją i mojego pokolenia, środowiska”, odpowiesz mu: „Nie, stary, nie napisałam waszej książki, napisałam swoją”?
Tak właśnie mu powiem (śmiech).

Twoja książka jest strasznym wybuchem emocji, momentami agresji. Może agresywność „Pawia...” bierze się stąd, że przez te dwa lata Dorota Masłowska poczuła na własnej skórze ukąszenia?
W bardzo dużym stopniu wynika z moich doświadczeń. Kiedy wydałam „Wojnę...”, myślałam sobie, że jestem taka mądra i cwana, a tymczasem każde zdanie, które powiedziałam, było przerabiane na dwa zdania pojedyncze dwuwyrazowe. Nieoczekiwanie dla siebie – to było dla mnie szokiem – stałam się jedną z tych bzdur, z których się naigrywałam. Stałam się bzdurą! To był dramat, długo to przeżywałam, miałam przed oczami cały proces przerabiania człowieka na plik papierków, stek bzdur. Kiedy wchodziłam do świata mediów, zupełnie sobie nie zdawałam sprawy, że trwa produkcja mojego wizerunku medialnego, który okazał się równoległy i niezależny od mojej osoby. Nosił to samo imię i nazwisko, natomiast był zupełnie płaski i zupełnie mi obcy. Byłam wtedy osobą totalnie tego nieświadomą. Nie wiedziałam, że jeśli ktoś pisze na mój temat, to nie real jest tu priorytetem, tylko jakieś własne impresje osnute wokół mojej osoby. Nie wiedziałam, czym taka popularność, jaką zdobyłam, grozi. Jakie są jej konsekwencje.
To było jak eksperyment na zwierzętach.

Piotr Bratkowski, rekonstruując te dwa lata, które minęły od czasu wydania „Wojny polsko-ruskiej...”, pisze: „Jak ćma do światła zmierzała na spotkanie nieuchronnej katastrofy”. Ma na myśli m.in. porzucenie studiów psychologicznych, wyjazd do stolicy, wejście w warszawkę, stały felieton w „Przekroju”. Ty jednak musiałaś czuć się w tym jak ryba w wodzie, bo inaczej byś przez dwa lata tam nie była.
Nie sądzę, żebym czuła się tam jak ryba w wodzie. Po prostu weszłam w to środowisko i ono stało się moim. Nie pchałam się tam, bo nie było moim obsesyjnym marzeniem iść na bankiet. To się po prostu naturalnie stało. Nie wymodliłam więc wejścia do warszawki i nie sikałam w majtki przed każdym wyjściem na przyjęcie. Moje życie w naturalny sposób grawitowało w tym kierunku, niezależnie od przedstawiania siebie jako ofiary świata show-biznesu. Chciałam natomiast po prostu opisać proces dotyczący człowieka, w którego życiu działy się takie rzeczy. To była sytuacja ciekawa, artystycznie bardzo inspirująca. Ludzie, którzy w tym siedzą, są już znieczuleni. Ja jestem młoda i znikąd, więc widziałam to dość ostro, zwłaszcza że dotyczyło mnie to bezpośrednio. Nie ukrywam, było to intensywne, wstrząsające przeżycie. Przy tym wszystkim jednak nie pragnęłam akcentować własnego dramatu, ale opisać kuriozalną rzecz, która stała się moim udziałem. To opowieść kogoś, kto jedzie do Afryki i zafascynowany tamtejszym światem zwierząt pisze o nich ze zdziwienia książkę. A tobie wydaje się, że co ja powinnam ze sobą zrobić?

Oczekuję od artysty prawdy. Kiedy staje przed kamerą i krzyczy: „Nie! Mam dość!”, to chcę mu wierzyć, choć przyznam, że mam z tym kłopoty.
Ale ja nie krzyczę tego „nie” po to, żebyś mi uwierzył, tylko dlatego, że to się samo krzyczy. Widziałeś, gdzie ja żyję? Na śmietniku! Sama go sobie wybrałam do życia. Mieszkam na śmietniku, jeżdżę na składaku. Nie chcę, żeby to brzmiało jak poza, ale z zewnątrz, kiedy się patrzy, to jest żałosne życie. Stawiasz mnie w kłopotliwej sytuacji, bo muszę udowadniać, że jestem autentyczna, tymczasem nie piszę niczego z obliczeń „to teraz napiszę to tak”, tylko z autentycznego bólu, przeżycia. Zresztą sam powiedziałeś, że jest w „Pawiu...” furia. I to jest prawda, jest ból i całe poczucie ohydy trzech lat. Miałam podczas pisania tej książki bardzo przyjemne poczucie przekraczania granic własnego mózgu. To niesamowite przeżycie, kiedy rzeczy, które piszę, są mądrzejsze ode mnie. Na co dzień o nich nie wiem, ale w trakcie pisania nagle wyłażą, konkretyzują się. To jest wspaniałe.

No dobrze, zobaczyłaś zwyczaje warszawki, show-biznesu, poznałaś życie niebieskich ptaków i meneli. Żeby te światy rzetelnie opisać, trzeba odrobiny dystansu i chłodu. Ale ty mówisz, że to nie była chłodna obserwacja.
Trudno powiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że mój stosunek do życia można określić jako obserwację uczestniczącą. Na co dzień obsesyjnie powtarzam słowa, patrząc na coś: „ja w to nie wierzę” albo „to niemożliwe”, ponieważ czuję się, jakbym była w Ikei: wokół mnie podstawieni ludzie, wszędzie pełno statystów, którzy z jednej strony wchodzą, z drugiej wychodzą. Z jednej więc strony jestem tu i teraz, ale z drugiej strony wiem, że jednocześnie – będąc wewnątrz tego wszystkiego – jestem też całkowicie na zewnątrz.

W „Wojnie polsko-ruskiej” występuje Masłowska. W „Pawiu królowej” mamy dwa – albo nawet trzy – warianty tej postaci, a przy tym wcale nietrudno odgadnąć, że również inne postacie tej książki mają wiele z ciebie...
Ale co innego miałabym opisywać?

Świat, który widzisz, ludzi, których wymyśliłaś...
Przepraszam, ale świat, który mnie otacza, jest przetwarzany w moim mózgu, istnieje tak naprawdę w nim. Jestem dla siebie głównym źródłem informacji. To, co powiem, nie będzie zbyt odkrywcze, ale widzę świat przez pryzmat własnej osoby – nie mogę nie pisać o sobie. To oczywiste, że piszę o sobie, ponieważ jestem... sobą.

Jeden artysta patrzy na świat i widzi ból, rozpacz, okrucieństwo, nienawiść, cierpienie, brzydotę, inny dostrzega dobro, ciepło, miłość. Wydaje się, że ty należysz do pierwszej grupy.
To dla mnie samej duża zagadka. Pojechałam niedawno do Niemiec po tym, jak napisałam „Pawia...”, a ponieważ niedawno urodziłam dziecko, czułam się jasna, miałam duży ładunek dodatni. Mój tłumacz, Olaf, namówił mnie, żebym przeczytała
publiczności kawałek „Pawia...”. Czytałam go jak tekst obcej osoby, przerażona tym, jak bardzo jest wulgarny, wstrętny, agresywny. Przeczytanie go na głos wydało mi się odrażające, szokujące, bo to nie były moje słowa. Byłam wstrząśnięta nagłą obcością tego tekstu. Dziwiłam się, jak to możliwe. Jestem osobą dość pogodną, w moim życiu jest dużo jasności, radości, ciepła. Nie wiem dlaczego, kiedy piszę, nagle jest całkowity rewers. Może wyrzucam z siebie rzeczy, z których świadomością nie mogę żyć? W tym momencie życia, w którym jestem, nie mam potrzeby pisania o pięknie, odczuwam silną potrzebę wyładowywania ciemnych rzeczy.

Opowiadałaś wcześniej o pocałunku śmierci, który poczułaś na sobie w świecie mediów. Ale to jest ostatecznie świat, którego można ci zazdrościć, do którego sama dążyłaś, bo inaczej nie pisałabyś książek, nie śpiewała z zespołami.
Myślę, że jest tu pewna nieścisłość. Nie piszę książek po to, żeby wejść w świat mass mediów i się tam grzać we fleszach. Te mass media są tylko pośrednikiem między mną a odbiorcą.

Jakie wewnętrzne decyzje podjęłaś po napisaniu książki, która mówi: „Robicie ze mnie kotlet, więc ja wam mówię: nie”?
Nie, ta książka mówi: „Jestem kotletem, jestem kotletem”.

Jaka więc będzie twoja polityka?
Nie będzie, tylko jest od dawna. Moja polityka, oprócz generalnej zmiany stosunku do mediów, przejawia się w tym, jak obecnie żyję – w slumsach, w dużym dystansie wobec tego światka. Jeśli natomiast chodzi o media, jeśli miałabym wygłosić jakieś deklaracje, to już wiem, że na pewno nie zgodzę się na konszachty z czasopismami typu kobiecego.

Chcesz powiedzieć, że to kobiety robią największą krzywdę kobiecie?
Kobiety, tworząc pisma kobiece, same się obrażają, ogłupiają, sprowadzają do roli użytkowniczek pumeksów i najnowszych kremów, osób marzących o szyi takiej albo innej. Bardzo nie chcę być umiejscowiona pomiędzy artykułem o łechtaczkach a zestawieniem kremów obecnych na rynku. Nie zasługuję na to.


Dorota Masłowska, rocznik 1983. Głośną „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” napisała jako 19-latka. Wydana w 2002 r. powieść jest najgłośniejszym debiutem ostatnich lat. Książkę przetłumaczono m.in. na francuski, włoski, niemiecki i holenderski. W zeszłym roku ukazała się druga powieść Masłowskiej „Paw królowej”