Amerykanie bali się, że z ekranu padną tezy w rodzaju tych, jakimi reżyser zaszokował w dokumentalnym filmie "Comandante" poświęconym Fidelowi Castro. Nawet dla lewicującego Hollywood kubański dyktator jako Dobry Ojciec Narodu to było zbyt wiele. Znany z lewackich poglądów Stone, być może najzdolniejszy polityczny manipulator w historii kina, po 11 września obarczał prezydenta Busha i partię republikańską winą za dramat tysięcy ludzi.

Zgodnie z bliską mu spiskową teorią dziejów, całemu złu tego świata winna była przecież amerykańska prawica, z hasłami o narodowej dumie, tradycyjnych wartościach i Bogu.

Dlatego "World Trade Center" - najnowszy film Stone'a - jest dla widzów ogromnym zaskoczeniem. Reżyser nakręcił film, w którym na piedestał wyniósł to, co zwykle wyszydzał. Stworzył pean na cześć rodziny jako ostoi w sytuacji zagrożenia, a także wiary w Boga jako źródła siły. Można przeżyć szok, widząc, jak obnoszący się dotychczas z ateizmem reżyser każe żołnierzowi, wyruszającemu ratować zasypanych pod gruzami WTC, ogłosić swoją misję Bogu i światu w kościele pod krzyżem.