Pisano o nim wówczas jak o gwieździe muzyki popularnej, choć przecież wcale nie zawsze popularną muzykę grywał. Inne jego nagrania, czy to koncerty skrzypcowe Elgara, Mendelssohna czy Sibeliusa, także były nie najmniejszymi sukcesami komercyjnymi, jednak bardziej niż popularności przysporzyły mu estymy wśród znawców i miłośników muzyki klasycznej.


Kiedy zaeksperymentował sobie z muzyką Jimmy’ego Hendriksa i The Doors, krąg krytyków rozrósł się jak supernowa. Nie inaczej było też z oceną jego jazzowych inklinacji. Zresztą czy można tu mówić tylko o inklinacjach, skoro rzeczony odbierał improwizatorskie szlify pod okiem ojca europejskiej wiolinistyki Stephane’a Grapellego? Otrzymał od niego skrzypce, które pod przysięgą obiecał oddać kiedyś innemu obiecującemu młodemu muzykowi. Kennedy chce grać wszystko: muzykę klasyczną, jazz, rocka, a nawet muzykę klezmerską (wspólne nagranie z Kroke Band). Tłumaczył to w jednym z wywiadów: – "W moim życiu przez wiele lat jazz mieszał się z muzyką klasyczną, dlatego ciężko określić mnie jako muzyka takiego czy siakiego... Jestem, jaki jestem, z całym tym moim muzycznym bagażem. Po prostu kocham muzykę i stoję gdzieś pośrodku, nasłuchując jednym uchem tu, drugim tam, usiłując z tego, co usłyszę, stworzyć dobre stereo... "


Z Nigelem Kennedym jazzmanem rzecz wygląda dość nietypowo. Problemem wydaje się nie to, czy gra jazz, czy też nie, ani sposób, w jaki to czyni. Kluczowa wydaje się natomiast miara, jaką przyłożymy, podejmując się oceny. Jeśli zatem zależy nam na czystości konwencji, wierności wielkiej jazzowej tradycji, to zasilimy niechybnie krąg jego adwersarzy, jeśli zaś imponuje nam jego wszechstronność i bezpośredniość komunikacji ze słuchaczami, staniemy się jego fanami.
Nie mam wątpliwości, że swoim niedzielnym występem zdobył kolejnych fanów.