W weekendowym wydaniu DZIENNIKA ukazały się dwa bardzo interesujące teksty. Pierwszy z nich, Jadwigi Staniszkis, zatytułowany "Pluralizm i władza", zaczyna się od przypomnienia słów Robespierre’a, który zanim jeszcze padł ofiarą własnej rewolucji, gwałtownie zaatakował intelektualistów, że zbyt są samodzielni myślowo i wobec tego nieprzewidywalni. Postawił natomiast na lud, którym łatwo sterować, albowiem jego instynkt nie jest zapośredniczony przez rozum. W dalszym ciągu pani profesor krytycznie analizuje mechanizmy władzy obowiązujące dziś i kończy swój esej porównaniem Jarosława Kaczyńskiego do Adama Michnika, twierdząc, że dzisiejszy sposób sprawowania władzy polega na samorzutnym określaniu kryteriów kto i dlaczego jest winny.

Tej niezwykle trafnej diagnozie towarzyszy — niby zwierciadlane odbicie — artykuł Magdaleny Miecznickiej pod wyrazistym tytułem "Krytykę literacką zżera konformizm". Autorka zdaje się odwracać początek artykułu Jadwigi Staniszkis. Powiada mianowicie, że intelektualiści w Polsce wcale nie są tak bardzo niezależni, jak im się wydaje, albowiem kierują się instynktem stadnym, którego główną cechą jest tchórzostwo. Z tego powodu bardzo łatwo nimi manipulować, albowiem nie wyrażają własnych przekonań, lecz zdania własnej grupy, która nie toleruje osobności. Z tego powodu krytyka przestała być niezależna, do czego sama zresztą się przyznaje. Gdy natomiast jakiś krytyk zacznie mówić własnym głosem, wówczas zostanie zaszczuty przez serwilistycznych krytyków, którzy — w obawie o swoje przywileje — nazwą go oszołomem.

Autorka zaczęła swój wywód, powołując się na pytanie Juliana Kornhausera o niezależność krytyki, zadane podczas konferencji na temat współczesnej krytyki zorganizowanej przez prof. Martę Wykę kilkanaście dni temu. Szkoda, że z powodu swych dziennikarskich obowiązków nie dotrwała do końca konferencji. Usłyszałaby wówczas ton zdecydowanie różniący się od tego, który sprowokował ją do postawienia tak radykalnej diagnozy. Usłyszałaby na przykład Tomasza Burka, uznanego przez nią za jednego z najważniejszych i najbardziej niezależnych krytyków polskich, mówiącego, że odrodzenie krytyki jest możliwe tylko wtedy, gdy "odrzucimy odrzucenie", to znaczy wtedy, gdy odrzucimy nowoczesność, która zniszczyła Boga, wartości, ład, człowieka i w końcu samą krytykę. Krytyka, dowodził Tomasz Burek, musi być krytyką budującą, to znaczy przywracającą utracony porządek w świecie upadłym. Taka też zresztą powinna być literatura, z czego wynikałoby, że krytyk czyta tę tylko literaturę, która odpowiada jego światopoglądowi i odwrotnie: jego światopogląd może jedynie przeglądać się w dziełach napisanych przez pokrewne dusze. Co wykracza poza tę zbieżność, jest z góry skazane na porażkę.

Magadalena Miecznicka zezłościła się na to, że krytycy przyznają się do zależności. Ma rację niewątpliwą, gdy wytyka krytykom ideologiczne uzasadnienie własnej niesamodzielności, gdy zarzuca im, że publicznie przemilczają to, co wygadują w rozmowach prywatnych. Zgadzam się z nią w tym punkcie całkowicie, bo i nie ma o co stołów przewracać, gdyż wystarczyłoby zwyczajne przypomnienie krytykom elementarnych powinności. Zgódźmy się jednak także, że istnieją dwa rodzaje zależności. Tomasz Burek jest krytykiem niezależnym, bo nikt nie mówi mu, co ma pisać i nikt nie wpływa na jego sądy, które są jasne i łatwo rozpoznawalne. Ale jest przecież krytykiem jak najbardziej zależnym, gdy określa normy, jakie powinna spełnić krytyka, by była krytyką prawdziwą. Normy te nie mają nic wspólnego z literaturą jako taką i zależą wyłącznie od tego, jakiemu światopoglądowi hołduje krytyk. Jeśli jest — jak Burek — antynowoczesny, to każdy tekst nowoczesny będzie tekstem złym (co więcej: rozsiewającym zło, albowiem Burek chętnie łączy krytykę literacką z uwagami o moralności) i nic tu nie pomoże wołanie o obiektywne kryteria, bo założenia światopoglądowe Burka jasno określają, co jest dobre, a co złe, zanim jeszcze krytyk książkę przeczyta, a nawet zanim pisarz książkę napisze. W tym sensie Burek, owszem, jest niezależny, ale z drugiej strony jego zależność od przyjętego światopoglądu jest tak wielka, że nie jest on w stanie czytać literatury, która by ów światopogląd w jakikolwiek sposób podmywała, czy wpędzała w stan nieoczywistości.

Czy mówiąc to, a więc pokazując uwikłanie krytyki nieuwikłanej, rozmywam — jak chciałaby autorka — obiektywnie istniejące kryteria ocen? Moim zdaniem rozmywa je przede wszystkim Burek, gdy uzależnia swoje oceny od swojego — przecież nie przez wszystkich przyjmowanego — światopoglądu. Ale tu pojawia się kluczowe pytanie: czy może to robić, czy nie? Otóż uważam, że może, ba!, uważam, że w ogóle nie jest w stanie robić inaczej, pod jednym tylko warunkiem: niech nie stara się przekonać wszystkich, że ma wyłączną rację, ale mówi śmiało, że ma rację ledwie cząstkową, nieuniwersalną, swoją własną, Burkowatą, do której przylgną chętnie jego admiratorzy, choć odrzuci ona jego nieprzyjaciół.

Kiedy pada tak sformułowana kwestia, oponenci natychmiast strzelają z grubej broni. Jak to, krzyczą wniebogłosy, jeśli wszystko uzależnimy od własnego światopoglądu, to wpadniemy w koleiny postmodernistycznego relatywizmu i nic nam nie zostanie z kultury dóbr wspólnych. Jak broniłbym Tomasza Burka przed takimi zarzutami? Ano na dwa sposoby. Po pierwsze, zgodnie z zaleceniami Miecznickiej, polecałbym trwanie przy swojej jednostkowości i wyrazistości krytycznego idiomu. Po drugie, wbrew zaleceniom Miecznickiej, polecałbym trwanie przy własnym środowisku, do którego — tak naprawdę — adresowana jest krytyka. Proszę mi pokazać, kiedy ktoś o mocnym światopoglądzie X przekonał kogoś o równie mocnym światopoglądzie Y do swoich racji? Czy Irzykowski przekonał Boya? Albo Witkacego? Witkacy Irzykowskiego znosił tylko dopóty, dopóki ten o nim książki nie napisał. A Kijowski? Poczytajmy "Dziennik" Kijowskiego, ile tam frustracji i świadectw niezrozumienia innych racji!

Te dwie cechy dyskursu krytycznego — osobność i zakorzenienie — doskonale się uzupełniają, bo jeśli w ogóle możemy się porozumieć między sobą, to tylko dlatego, że znajdujemy sprzymierzeńców we wspólnej sprawie, jaką jest literatura. Ale krytyka jest przecież wypowiedzią jednostkową, więc niech będzie w niej słychać głos poszczególnych krytyków. Głos Burka jest wyraźny, nie przeczę, ale nie jest to głos, który mi mówi coś ciekawego o literaturze, wręcz przeciwnie: dla mnie jest skrajnie przewidywalny, ale to właśnie — stałość poglądów — dla innych może być jego największą zaletą. Mówi natomiast ten wyrazisty głos dużo o tęsknotach krytyka, o jego potrzebach, o jego rozczarowaniach, które nie są wprawdzie moimi tęsknotami czy rozczarowaniami, ale rozumiem, że są ludzie, którzy z esejów Burka dowiadują się czegoś o sobie. Czy więc zgadzam się z tym, co Burek mówi o świecie? Nie. Z Burkiem zgodzi się ten tylko, kto przyjmie te same co on założenia na temat świata. Z Burkiem zgodzi się tylko inny antynowoczesny, ktoś z jego środowiska, ktoś kto myśli o świecie podobnie jak on. Nie mamy się co oszukiwać, że jest inaczej. Gdy jednak przyjmiemy takie założenia, to nie będziemy musieli sobie skakać do gardeł, gdy tylko się okaże, że stoją za nami odmienne ideologie.

Czy to może dziwić? Bynajmniej. Piszę to po to, by pokazać, że zarówno zależność krytyki, jak jej środowiskowość mają dwa oblicza. Jedno dość płaskie i prymitywne, drugie nieco głębsze i bardziej wyrafinowane. Magdalena Miecznicka piętnuje to pierwsze, twierdząc, że w krytyce literackiej panuje dziś środowiskowy konformizm. Nie padają jednak żadne nazwiska, choć wiadomo, że to ona jest bohaterką tego artykułu, jako jedyna sprawiedliwa we współczesnej krytyce, która miała odwagę skrytykować nową książkę Olgi Tokarczuk, a przy okazji krytyka, który Tokarczuk pochwalił (och, jak serwilistycznym i tchórzliwym krytykiem jest Przemysław Czapliński!). Ten prywatny punkt widzenia nieco osłabia argument, z którym chętnie bym się zgodził, gdyby nie to, że dokładnie te same zarzuty, które Miecznicka stawia — powiedzmy to tak — krytyce "lewicowej", można postawić DZIENNIKOWI. Środowisko dyktuje kryteria oceny? Jak oceniać to, że gazeta drukuje trzy sążniste eseje na temat książki wydanej przez jej wiceszefa, anonsując ją jako wielkie wydarzenie literackie? To nie jest greps środowiskowy? Czy redakcja nie chce powiedzieć, że oto mamy własnego, świetnego autora, na wypadek, gdyby ktoś sądził inaczej? Czyż i tutaj nie moglibyśmy doszukać się ilustracji tezy autorki, że "intelektualiści łączą się w środowiska i tworzą mechanizmy zafałszowania rzeczywistości, bo nie są przekonani o własnej sile"? Czy dyskusja, która niedawno odbyła się w redakcji DZIENNIKA na temat prozy, nie była klasycznym przykładem kółka wzajemnej adoracji, kiedy to Antoni Libera chwalił WL za kapitalny wybór tekstów, wśród których znalazł się — oczywiście przez przypadek — i jego tekst? Nie mówię tego po to, żeby DZIENNIK odsądzać od czci i wiary, lecz po to, żeby powiedzieć, że środowiskowość krytyki nie tak łatwo zlikwidować. Jak zresztą miałoby to wyglądać? Nie bardzo wiem. Krytycy nie piszą w próżni, są ludźmi jak wszyscy, przyjaźnią się z pisarzami, pracują w rozmaitych redakcjach, są uwikłani w rozmaite, czasem nie najszczęśliwsze układy i należy w wydawaniu wyroków na ich służalczość mieć troszkę więcej wyrozumiałości. Powiem szczerze: gdyby mój przyjaciel napisał złą książkę, to powiedziałbym mu to prywatnie, ale nie leciałbym do redakcji, żeby powiedzieć to głośno urbi et orbi. Tak już chyba jest i kiedy ktoś chce być krytykiem całkiem niezależnym, to skazać się musi na dobrowolną samotność w świecie literatury, a więc jego świecie. Nie wiem, czy kogoś na taki śmiały gest stać.

Argumenty wytaczane przez Miecznicką mają taką postać, że albo dotyczą całej krytyki ("wszyscy" to, "wszyscy" tamto) i wtedy także i jej pozycji, albo tylko pewnej części krytyki, a wtedy ona jest jedyną sprawiedliwą na tym łez padole. Retoryka jej tekstu niedwuznacznie sugeruje, że niechętnie dzieliłaby los tchórzy w kuluarach, uginających swe słabe kręgosłupy pod wpływem niemoralnych sił drukujących w pismach katolickich. Są krytycy wolni i odważni —Stanisław Brzozowski, Tomasz Burek, Magdalena Miecznicka, by ograniczyć się do kilku nazwisk — i krytycy partyjni, których można wynająć za parę groszy, by sprawili krwawą rzeź politycznym oponentom, albo krytycy, którzy za nic nie powiedzą otwarcie tego, co myślą.

Chcę powiedzieć tyle: zgadzam się z Magdaleną Miecznicką co do tego, że krytyk, który szuka uzasadnienia swoich własnych sądów w środowisku, a nie w sobie samym, jest beznadziejnym krytykiem. Zgadzam się także z tym, że życie literackie w Polsce pełne jest serwilizmu i tchórzostwa. Nie zgadzam się jednak z tym, że ideałem, do którego powinniśmy dążyć, jest krytyk bezwzględny, chlastający publicznie wszystko to, co niedobre. Powiem więcej: jeśli autorka uważa, że pisząc takie rzeczy w DZIENNIKU, nie korzysta z parasola ochronnego, który ją tak uwiera u innych krytyków, to się bardzo, ale to bardzo myli. Gdy jednak zostawi Tokarczuk na boku i napisze, że Herling-Grudziński albo Mackiewicz to pisarze średniej klasy, wówczas zacznę gorąco kibicować jej niezależności.