Krytyka, jak każda twórczość, jest zawsze osobistą odpowiedzią na to, czego nie rozumiemy. Jest podjęciem wyzwania rzucanego nam przez dzieła nowe i nieznane, a przez to niepokojące. Podstawową sytuacją poznawczą, a może nawet bardziej – egzystencjalną – od której zaczyna się krytyka, jest więc nierozumienie. Tym właśnie krytyka różni się od literaturoznawstwa, które jest (powinno być) sprawozdaniem z posiadanej wiedzy.


Gdy uprawiamy krytykę, udzielamy literaturze odpowiedzi osobistej, w której ten osobisty charakter sądu jest jedyną wartością niedającą się kwestionować. Tymczasem literaturoznawstwo – jako dziedzinę nauki – można dość łatwo opisać bez wymieniania nazwisk poszczególnych literaturoznawców. Ostatecznie jest bez znaczenia, kto poklasyfikował typy narracji, motywy, symbole czy gatunki, systemy wersyfikacyjne czy rodzaje intertekstualności, kto ponazywał epoki czy pokolenia literackie. A krytyki bez krytyków nie ma. Nie ma krytyki bez osoby, podmiotu, bez konkretnych ludzi. Bez ich wrażliwości i pasji, bez ich wizji świata i talentów, bez ich osobowości i aksjologii, bez ich idei i bez ich własnych postulatów – słowem bez ich prób rozumienia, a zarazem ich sporu ze światem, który prowadzą wyłącznie na własny rachunek (a nie na rachunek jakiejś wiedzy).


Najwybitniejsi polscy krytycy pierwszej połowy XX wieku: Brzozowski, Irzykowski czy Fryde nie byli wykładowcami uniwersyteckimi. Krytyka była dla nich przygodą intelektualną, twórczością, pasją, powinnością, wyzwaniem świata, który mówił do nich utworami pisarzy. Nie była więc gotową wiedzą i nie była żadną teorią. Dokładnie to samo można powiedzieć o wielkiej krytyce wybitnych pisarzy: o krytyce uprawianej przez Witkacego, Nałkowską, Gombrowicza, Schulza, Wata, Przybosia, Peipera czy Ważyka. Co prawda, w latach 30. wybitni krytycy stają się też wykładowcami uniwersyteckimi (przykładem Kazimierz Wyka), ale w niczym nie wpłynęło to na status uprawianej przez nich krytyki. Jej celami były nieodmiennie: próba zrozumienia w pisarzu człowieka, a w literaturze i poprzez nią – zrozumienia świata i współczesnej kultury.


Sytuacja radykalnie zmieniła się w Polsce po 1945 r. W odpowiedzi na dewiacje krytyki marksistowskiej (a także wcześniejsze odmiany krytyki impresjonistyczno-asocjacyjnej) literaturoznawcy w Polsce zaadoptowali anglosaskie i francuskie znaczenie terminu „krytyka”. A krytyka w znaczeniu angielskiego literary criticism to nie krytyka w tym znaczeniu, w jakim ją potocznie rozumiemy – lecz badania literackie. Zmienił się więc paradygmat krytyki, jej cele, narzędzia, a także ambicje krytyków. W rezultacie powstały w Polsce znakomite studia literaturoznawcze, wielkie dzieła badawcze, których autorzy nazywali siebie – i byli nazywani – krytykami. Krytyk stał się synonimem uniwersyteckiego badacza, zwłaszcza badacza literatury współczesnej i teoretyka. Co prawda, istniała równocześnie kontynuacja wielkiej krytyki przedwojennej w pisarstwie Wyki i jego uczniów: Błońskiego, Flaszena, Kijowskiego, Kwiatkowskiego, ale też Sandauera, Łukasiewicza, Falkiewicza, Piwińskiej, Przybylskiego, Bieńkowskiego, Burka (wszystkich nie wymienię), a na emigracji Herlinga-Grudzińskiego, Konstantego Jeleńskiego czy Tymona Terleckiego. Równocześnie pojawili się też badacze perfekcyjnie rozróżniający swoje role badaczy i krytyków – przykładem Balcerzan, Ziomek czy Sławiński. Jednak także i oni zaczęli z czasem funkcjonować jako uniwersyteccy wykładowcy, ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. Tak więc krytykę, której naturalnym miejscem była kiedyś redakcja pisma literackiego i kawiarnia, zaczęła zastępować – co prawda wówczas jeszcze powoli – krytyka akademicka rozliczana i oceniana przed radami wydziałów, instytutów czy państwowymi organami weryfikującymi stopnie naukowe.


Jesteśmy dzisiaj świadkami konsekwencji procesów rozpoczętych kilkadziesiąt lat temu. Dla wielu pracowników uniwersyteckich, uprawiających krytykę w zastępstwie badań literaturoznawczych, zrozumienie w literaturze świata, a w pisarzu człowieka przestało być stawką w tej grze. Wiedza zdobywana na uniwersytecki stopień systematycznie wypierała krytyczny spór o kształt kultury współczesnej, by dziś – na szczęście nie wszędzie – zacząć udawać, że sama jest krytyką.
A więc dzisiaj w Polsce (jak zresztą niemal na całym świecie!) krytyka rozsiadła się na uniwersytetach, a skutkiem tej akademickiej profesjonalizacji i etatyzacji stało się systematyczne zacieranie granicy pomiędzy krytyką a wiedzą (czyli nauką). Nie chodzi mi o status zawodowy, lecz – by tak rzec – o konsekwencje duchowe i pisarskie. Krytyka przestała być indywidualną grą z nieznanym, opisem dramatu własnego niezrozumienia, ekspresją osobowości, pasją zmieniania świata (w literaturze) czy zapisem namiętności czytania. Stała się dyskursem prowadzonym w imieniu jakiejś wiedzy: poetyki, teorii, historii literatury, socjologii, filozofii i tak dalej. Krytycy – a właściwie uniwersyteccy badacze literatury współczesnej (lub odwrotnie), uzbrojeni dziś w akademickie teorie (na stopień) opisują, klasyfikują, sumują, analizują, etc. etc. I gdy literatura zgadza się im w rachunkach, to wynoszą pisarzy pod niebiosa, ponieważ ich utwory dokładnie pasują do ich teorii. Ale gdy jest odwrotnie, pisarz jest bez szans. Zostaje albo przemilczany, albo zrugany, że nie zna najnowszych koncepcji języka, konwencji literatury, filozofii człowieka czy teorii kultury.


Sztukę interpretacji zaczęło więc zastępować besserwisserstwo (po 1945 r. nie po raz pierwszy…), a hermeneutyczny dialog z pisarzem i jego dziełem – seminaryjne rozprawki i biurokratyczne klasyfikacje. Zamiast krytyki – jako sztuki indywidualnego sądu i namysłu – czytamy dziś często prostackie aplikacje różnych teorii, tez filozofii czy socjologii do konkretnych tekstów. To, co w literaturze jedyne i niepowtarzalne, stało się ilustracją tego, co ogólne. „Im mądrzej, tym głupiej” – 40 lat temu Gombrowicz ostrzegał przed ekspansją pseudouczonych wywodów we współczesnej humanistyce. W efekcie tego procesu zamiast indywidualnego ryzyka, a bez niego nie ma krytyki, mamy dziś tupot medialnego stada. Ile jest dziś nagród literackich, w którym wielogłowe jury krytyków nie jest w stanie wskazać żadnego nowego nazwiska, które by wcześniej nie było wszystkim znane (niekiedy aż do znudzenia)? Ilu jest tzw. krytyków, którzy nigdy nie wskazali żadnej nowej idei czy wartości w interpretowanych utworach, poświęcając się młóceniu tego, co wcześniej gruntownie już było docenione, rozpoznane, opisane i oswojone? A jeśli dodać do tego koterie środowiskowo-polityczne, w których pisanie o literaturze bywa odmianą publicystyki politycznej, nie ma co się dziwić, że krytyka stała się dziś środowiskową polityką literacką lub służką, by nie rzec, popychlem sił sterującym rynkiem mediów. Nic więc dziwnego, że pytanie o godność krytyki traktowane jest jak pusty dźwięk bełkotliwie artykułowany przez pomyleńców w nieznanym języku.


Tekst Włodzimierza Boleckiego został przygotowany na dyskusję panelową pt. „Znikające cele krytyki” zorganizowaną przez prof. Martę Wykę podczas konferencji krytycznoliterackiej w Janowicach (październik 2006).