PIOTR STELMACH: Album „Songs from the Labyrinth” daje ci okazję, by promować klasykę i uczyć jej. Jak się czujesz, stając się po ponad 30 latach ponownie nauczycielem?
STING: Myślę, że nie ma nic interesującego w nauczaniu jako takim. Mówię to, mimo że sam zarabiałem w ten sposób na życie. Nauczyciel powinien być entuzjastą. Kochasz coś, więc jesteś do tego nastawiony entuzjastycznie, a twój entuzjazm udziela się innym. Jest iskierką inspirującą ludzi, by doskonalili się sami. Teraz jest podobnie. Jestem zainspirowany t muzyką i pełen zapału do tego, co robię. Na koncertach wspólnie z Edinem Karamazowem wykonuję ją tak dobrze, jak tylko potrafię. Nie edukuję ludzi, a jedynie pokazuję im mój własny entuzjazm – nic więcej. Oni mogą się uczyć lub nie. Moim zadaniem nie jest nauczanie, słuchacze muszą zrobić to sami. Takie granie sprawia mi przyjemność, a jednocześnie doskonalę się w byciu muzykiem. Zresztą działam w ten sposób od samego początku.

Przebyłeś drogę od „Roxanne” do renesansu. Który z tych etapów był dla ciebie trudniejszy?
Moim celem zawsze było stworzenie z własnego głosu rodzaju podpisu. Chciałem, żeby był rozpoznawalny. Chciałem, żeby każdy, kto mnie usłyszy, wiedział, kto śpiewa. To klucz do mojego sukcesu, klucz do sukcesu wszystkich piosenkarzy. Gdy słyszysz Roda Stewarta, wiesz, że to on. Gdy słyszysz Tony’ego Bennetta, też wiesz, że to on. To samo z Jamesem Taylorem. Ten podpis idzie za mną nawet w przypadku Dowlanda – to po prostu brzmi jak Sting.

Pamiętasz dzień, w którym Dominic Miller sprezentował ci lutnię?
Nie oczekiwałem od niego prezentu. Pracujemy ze sobą ponad 16 lat i pewnego dnia w podziękowaniu za wspólną pracę Dominic postanowił coś mi podarować. Była to lutnia, a ja nie umiałem na niej grać. To wyjątkowy, bardzo kunsztownie wykonany instrument. Zapewne wiele czasu zabrało jego zrobienie i chyba drogo kosztował. Byłem bardzo wzruszony i wdzięczny za taki prezent. To właśnie na tej lutni zagrał wczoraj Edin. Moje dłonie okazały się niestety zbyt duże dla tego egzemplarza. Lutnia jednak zaintrygowała mnie i sprawiłem sobie nieco większy instrument, żeby móc go swobodnie obsługiwać. Podarunek od Dominika był pewnego rodzaju początkiem, gdy znów spotkałem się z Edinem i rozmawialiśmy o tym, co moglibyśmy wspólnie stworzyć. Rezultatem jest album i koncerty, ale tak naprawdę wszystko opiera się na przyjaźni, logicznej kontynuacji i dobrej zabawie.

Czy lutnista Edin Karamazow był dobrym nauczycielem tego instrumentu?
On nie był nauczycielem. To nie o to chodzi. Edin zainspirował mnie do nauki gry na tym instrumencie. Obserwowałem jego grę i starałem się to pojąć, ale nie siedział ze mną i nie mówił mi, bym robił to czy tamto. Dawał mi jedynie przykład, wzorzec. A to znakomity sposób.

Podczas koncertu dało się zaobserwować jego niezwykłe podejście do instrumentu. Można to wręcz nazwać rodzajem związku. Czy podobnie było podczas sesji?
Cieszę się, że nie ma go teraz w pokoju (śmiech). To człowiek z innej epoki! Wydaje się, że to ktoś z czasów starych lutni, urodzony po to, by na nich grać. Absolutnie poważny, fanatyczny, ekscentryczny, cudowny muzyk. Bez reszty oddany procesowi twórczemu i zupełnie niezainteresowany, by ów proces odbywał się w zwykły, normalny sposób. To, co robi Edin, musi być inne! Nazwałbym go Jimim Hendriksem lutni. Dzięki niemu naprawdę poczułem, że chcę brać w tym udział, że chcę, by odróżniało się to od tego, co robiłem dotychczas.

Spotykamy się w mieście, które dla polskich fanów muzyki i dziennikarzy jest miejscem częstych, niekiedy bardzo interesujących pielgrzymek. Jaki wpływ miał na ciebie Berlin?
Przyjeżdżałem tu przez wiele lat. Gdy wzniesiono mur, przyciągało mnie „podglądactwo”. Za każdym razem byłem podekscytowany ideą muru w środku metropolii. Patrzyłem na ziemię niczyją, na wieże, na to dziwne miasto na wschodzie – było to trudne do opisania uczucie. Dziś wstydzę się tego „podglądactwa”, ale życie z drugiej strony barykady wyzwalało we mnie ogromną ciekawość. Kiedy zniknął mur, fascynującym zjawiskiem było dla mnie obserwowanie procesu spajania się tych dwóch światów. Zresztą ten proces wciąż trwa – w całej wschodniej Europie, także w Polsce. Wyjście z totalitaryzmu i wejście w dziwny świat społeczeństwa kapitalistycznego jest trudne i twórcze zarazem. Efektem tych przeobrażeń mogą być prawdziwe dzieła sztuki, które przecież powstały także w czasach sowieckich – mam tu na myśli wspaniałe powieści, wiersze i muzykę. To bardzo interesujący paradoks, że w okresie politycznych opresji rodzi się wielka sztuka. Nie wiem natomiast, co staje się, gdy owa presja znika i czy wtedy wciąż istnieje potrzeba tworzenia przeróżnych dzieł. Berlin zawsze był i wciąż jest ekscytującym miastem pełnym historii – dobrej i złej. Lubię tu być. Publiczność podczas naszego koncertu była bardzo inteligentna. Ci ludzie słuchali uważnie muzyki i chcieli być częścią tego procesu. Wszystko odbyło się bardzo nieformalnie, słuchacze się uśmiechali. Nie miałem wrażenia, że to koncert muzyki klasycznej, w trakcie którego trzeba być poważnym. Dla mnie muzyka klasyczna jest zbyt odległa, postawiona na zbyt wysokim piedestale, zbyt elitarna. Szczerze mówiąc, mogła by być bardziej proletariacka.

A jak zapamiętałeś Warszawę?
Ostatnio grałem tam na wielkim, darmowym koncercie w parku. Nie wiem, ile osób wzięło w nim udział, pewnie pół Polski (śmiech). Nie mogłem zobaczyć końca tłumu i przepraszam, jeśli koniec tłumu nie mógł zobaczyć mnie. Było fantastycznie! Wspaniale jest wracać do Polski.

Czy nie uważasz, że dobrym pomysłem byłby wasz występ przed rodziną królewską?
To bardzo interesujący pomysł. Rzeczywiście, w zeszłym tygodniu dostaliśmy telefon i zostaliśmy zaproszeni do pałacu Buckingham. Bardzo lubię rodzinę królewską, ale sam jestem zaprzysięgłym republikaninem – i to nie chodzi mi o wspieranie republikanów, jak to robią Amerykanie. Po prostu uważam, że ustrój republikański przydałby nam się bardziej niż monarchia. Mimo to szczerze lubię naszą rodzinę królewską, doceniam ją, lubię jej towarzystwo, znam ją osobiście.