Joanna Kijowska: Jest pan dyplomowanym reżyserem, jednak od wielu lat zamiast reżyserią zajmuje się pan produkowaniem filmów, teatrów telewizji i seriali. Boi się pan reżyserować?
Michał Kwieciński*: Czytam dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy i trudno mi w nich znaleźć coś dla siebie. Projekt „Statystów” wydał mi się wyjątkowy. Jestem bardzo zajęty produkcją i scenariusz musi mnie mocno zainspirować, bym odważył się reżyserować. Ma pani rację, że odczuwam lekki strach, kiedy wracam do reżyserii. Jeśli się robi coś raz na pięć lat, to wyzwala się w człowieku lęk. Zastanawiam się, czy dam radę, czy mój warsztat reżyserski podoła wyzwaniu, jakim jest pełnometrażowy film fabularny i czy wreszcie to gatunek filmowy, w którym się będę dobrze czuł. Scenariusz „Statystów” wywarł na mnie tak silne wrażenie, że spróbowałem ten strach pokonać i zrobić film. Pewnie gdybym utrzymywał się tylko z reżyserii, byłbym mniej wybredny i robił dużo więcej filmów. A tak aż trzy lata pracowałem nad scenariuszem „Statystów”. Oczywiście z przerwami. Ten czas pozwolił mi wyjątkowo dobrze przygotować się do zdjęć.

Miał pan chyba dużo łatwiej niż inni reżyserzy, bo nie musiał pan toczyć walk z producentem?
Myli się pani. Miałem nawet kłopoty ze zdobyciem pieniędzy na ten film, bo jako producent potrafię walczyć o pieniądze dla innych, a mam kłopoty z walką o siebie. Hołduję takiej zasadzie, że o siebie – reżysera – nie walczę, tylko czekam na to, co przyniesie los. Mam bardzo wiele problemów jako reżyser i producent jednocześnie. Jeśli już decyduję się na robienie filmu, muszę dawać dobry przykład, udowodnić swoim współpracownikom i współtwórcom, z którymi pracuję od lat, że zmieszczę się w budżecie i skończę film na czas. Muszę nałożyć na siebie – reżysera – wszystkie obostrzenia stosowane wobec innych przeze mnie – producenta. To walka karnawału z postem.

A nie wolałby pan zrobić filmu u innego producenta?
Oczywiście, że bym wolał, ale nigdy nikt mi tego nie zaproponował. To wynika z tego, że w środowisku filmowym nie jestem traktowany jako reżyser, tylko producent. I ten wizerunek trudno jakoś pokonać. Jako reżyser jestem więc zdany sam na siebie.

Podczas festiwalu filmowego w Gdyni „Statyści” zostali nagrodzeni aż siedmiokrotnie, więc chyba ta współpraca reżysera Kwiecińskiego z Kwiecińskim producentem była udana?
Była, ale na festiwalu czułem się przede wszystkim reżyserem. Jednak już teraz wszystko wróciło do normy i znowu pracuję wyłącznie jako producent.

„Statyści” są reklamowani jako bardzo śmieszna komedia. Tymczasem zrobił pan film opowiadający o ludzkich dramatach, cierpieniu i poszukiwaniu miłości, jedynie okraszony humorem...
Jeżeli miałbym gatunkowo zaszufladkować „Statystów” to powiedziałbym, że to tragikomedia. To film o miłości, która rodzi się wśród ludzi samotnych, sfrustrowanych, nieudaczników, spragnionych kontaktów z innymi. Ludzie się śmieją na tym filmie, o czym marzyłem, ale mam nadzieję, że oprócz śmiechu budzi się w widzach także odrobina refleksji. Porównuje się mój film do produkcji czeskich czy francuskich w rodzaju „Gusta i guściki”. Jednak chodziło mi o to, żeby stworzyć coś swojego, niepowtarzalnego. Chciałem po swojemu pobawić się trochę z wrażliwością widzów. W bardzo wielu sytuacjach w moim filmie dramatyczne zdarzenia, na przykład śmierć, wydają się bardzo śmieszne. Dopiero kiedy w nie wnikamy, widzimy tragedię. Bohaterowie to stereotypowe postaci: księgowa, prowincjonalny fotograf czy dziewczyna z małego miasteczka, która nie bardzo wie, co ma robić ze swoim życiem. Starałem się ich pokazać jako bardzo wrażliwych, delikatnych ludzi niepotrafiących przyznać się do swoich słabości, swoich problemów... To są bohaterowie naszych czasów.

Ale filmy i ten pana realny i ten chiński, który jest jednym z bohaterów „Statystów” kończą się happy endem. Dlaczego zrobił pan tak, że absolutnie wszystko się dobrze skończyło?
Jestem za happy endami, bo myślę, że kino zostało stworzone po to, żeby wprawiać widzów w dobry nastrój.

Z drugiej strony gra pan nam widzom na nosie, informując już na początku filmu, że Polacy to bardzo smutny naród i dlatego nadają się do zagrania w chińskim filmie...
To nie mój pomysł. Peter Weir szukając statystów do swojego filmu stwierdził, że jesteśmy bardzo smutnym narodem. I ja się z nim zgadzam. Mamy zadziwiającą narodową tendencję do smutku. Z drugiej strony mamy olbrzymie poczucie humoru i potrafimy się wspaniale bawić. Taki polski paradoks.

Nie uważa pan, że pana film jest również o tym, że polscy aktorzy mogą być tylko statystami w zagranicznych produkcjach?
Nie, zupełnie nie. Rzadko jednak zdarzają się takie sytuacje, jak w przypadku Daniela Olbrychskiego, Wojtka Pszoniaka czy Andrzeja Seweryna, którzy odnieśli sukces na Zachodzie. To jest też kwestia znajomości języków.
Z drugiej strony nie robi na mnie żadnego wrażenia fakt, że polski aktor występuje w epizodycznej roli w filmie Petera Greenawaya. Ważne, czy dobrze zagrał, czy tak sobie.

Czy miał pan komfort, realizując „Statystów”?
Tak, byliśmy w Koninie przez półtora miesiąca. Skoszarowałem tam wszystkich i nie pozwalałem opuszczać planu zdjęciowego. Chciałem, żebyśmy pracowali w skupieniu. Moi aktorzy mieli luksus, mogli się skupić na swoich postaciach, a nie myśleć o tym, że wieczorem grają spektakl w teatrze, a nocą mają zdjęcia do serialu. Są tego rezultaty: Anna Romantowska i Krzysztof Kiersznowski zostali przez gdyńskie jury uznani za najlepszych aktorów drugoplanowych.

„Statyści” zaledwie wczoraj weszli do kin w całej Polsce, ale pan już wydaje się nie zajmować swoim filmem. Jest pan producentem filmu Wajdy o Katyniu, ogromnego przedsięwzięcia realizacyjnego i zarazem obrazu, który jest niejako sprawą narodową. Czy na panu też spoczywa odpowiedzialność za to, jaki to będzie film?
Jako producent staram się zapewnić wszystkim pracującym przy tym filmie ten komfort, o którym wcześniej mówiłem i w tym sensie jestem odpowiedzialny za ten film. Mogę powiedzieć, że z tego, iż udało nam się wszystko dopiąć na ostatni guzik i zdjęcia, po latach przygotowań, wreszcie ruszyły – jestem prawdziwie dumny. Mam poczucie, że ten film powstaje we wspaniałej atmosferze, z udziałem znakomitych aktorów i wybitnej ekipy, a Andrzej Wajda gwarantuje najwyższy poziom artystyczny tego przedsięwzięcia. To największa produkcja w moim życiu.

Czy dołoży pan starań, by film o Katyniu trafił do kin na świecie?
Tak, właśnie rozglądam się za producentem światowym. Zgłaszają się do mnie dystrybutorzy z całego świata zainteresowani rozpowszechnianiem „Post mortem”. Na razie planujemy polską premierę filmu na 17 września przyszłego roku...


Michał Kwieciński, rocznik 1951, jeden z najważniejszych polskich producentów filmowych, telewizyjnych i teatralnych. Ma na koncie ponad 150 realizacji dla teatru telewizji (jako producent i reżyser). Wyprodukował m.in. „Zemstę” Andrzeja Wajdy. Zrealizował również telenowele („Klan”) i sitcomy („Samo życie”, „Rodzina zastępcza”)