RYSZARD KLIMKO: W latach 80. wszyscy słuchali Trójki. W sobotnie wieczory setki tysięcy ludzi, w tym muzycy, słuchały Listy Przebojów. Pan też jej słuchał?
MAREK JACKOWSKI: Wtedy zdarzało się to często, jeśli to było możliwe w każdą sobotę. W późniejszych latach to moja teściowa prowadziła skrupulatne zapiski i dokładne zestawienia. Jeżeli chciałem się czegokolwiek dowiedzieć, dzwoniłem do niej, bo ona na temat Listy wiedziała wszystko (śmiech).

W takim razie, w jakich okolicznościach zetknął się pan z Listą?
Należy się trochę cofnąć w czasie. Podczas gorącego lata 1980 r. ścisłe kierownictwo Jedynki Polskiego Radia pojechało na wakacje i usłyszeliśmy na antenie listę przebojów w zupełnie odmienionym kształcie. Nazywała się „Studio Gama” i „Szał niebieskich ciał” pojawił się tam na pierwszym miejscu. Zaraz potem pojawiła się Lista i nagle w pierwszym wydaniu na drugim miejscu pojawił się utwór „O!”. Tydzień później byliśmy już na pierwszym miejscu, podobnie jak kilka tygodni później „Paranoja jest goła”, a kto miał na Liście numer jeden, ten był zespołem numer jeden w Polsce! Dzięki temu zestawieniu dosłownie z tygodnia na tydzień koncerty rockowe stały się niesamowicie popularne, a chwilę potem między Perfectem, Maanamem, Lady Pank, Republiką i TSA wybuchła zacięta rywalizacja. Maanam wtedy był w trasie i jeździliśmy po Polsce, grając wyłącznie w ogromnych halach. Półtora roku później, pierwszej wiosny stanu wojennego, koncertów już nie było, a studia nagraniowe zostały spacyfikowane przez ZOMO.

Czy właśnie ze względu na ten sentyment grupa Maanam umieściła na swojej stronie internetowej sekcję poświęconą nie Złotym Płytom, ale miejscom, na jakich się znalazły jej piosenki na Liście Przebojów Programu 3?
Sukcesy na Liście są dla nas ogromną nobilitacją. Maanam nie musi się specjalnie chwalić tym, że sprzedał 15 tys. płyt. Album „Róża” pokrył się przecież wielokrotną Platyną, a „Nocny patrol” czy krążek „O!” sprzedały się w nakładach znacznie wyższych niż te dzisiejsze. Sprawą ważną dla dzisiejszych młodych ludzi jest zaś zwrócenie ich uwagi na Listę Przebojów Marka Niedźwieckiego, który zrobił dla polskiej muzyki rockowej w latach 80. i 90. więcej niż ktokolwiek inny. Lista, jako jedyne zestawienie przebojów słuchane masowo, przyczyniła się do tego, co można nazwać boomem rockowym w latach 80. Przecież wcześniej zespoły rockowe nie mogły być prezentowane w środkach masowego przekazu, ponieważ rację bytu miała tam preferowana, choć nie wyłącznie, oficjalna gierkowska propaganda. Najmilej widziane były piosenki ilustrujące to, że „Polska rośnie w siłę a ludziom się żyje dostatniej”, i że „cała sala śpiewa z nami”. To niemal cud, że Niemen i „Dziwny jest ten świat” był grany i nawet wygrał w Opolu, ale to był super dynamit. Jest zresztą do dzisiaj. Do codzienności muzycznej wystarczyło tylko dołożyć obraz fali z lewej strony na prawą opolskiego amfiteatru, żeby nabrać pewności, że bez Trójkowej Listy młode pokolenie, które miało dość peerelowskiej estradowości i masowości, nie mogłoby usłyszeć całej masy alternatywnych zespołów. Niedźwiecki dokonał prawdziwego wyczynu!

Mam rozumieć, że Marek Niedźwiecki był zatem taką „Siłaczką”, która niosła kaganek oświaty muzycznej pod strzechy?
(śmiech) W pewnym sensie tak. To, co można było zobaczyć na festiwalach w Zielonej Górze, Sopocie czy nawet Opolu nie miało nic wspólnego z kilkunastoletnią młodzieżą, która nienawidziła tzw. estrady i wszystkiego tego, co się z nią wiązało. A nie było MTV, więc polska młodzież nie mogła śledzić tego, co działo się w muzycznym świecie. Niemalże pocztą pantoflową docierały do nas szczątkowe informacje na temat zespołów punkowych. Kto zaś miał trochę pieniędzy lub bogatszych rodziców, sprowadzał płyty z Zachodu. Gdy tylko pojawił się duch prawdziwego, spontanicznego rock and rolla, okazał się, że to jest to, na co wszyscy czekali. Lista zaś była jego tubą, dzięki której potem z Maanamem, Perfectem czy TSA młodzież śpiewała całe teksty piosenek. Widziałem koncert, na którym publiczność chóralnie śpiewała „51” z Markiem Piekarczykiem: „Idąc cmentarną aleją…” aż do samego końca. Dziś ten utwór wzbudziłby chyba niesłychaną grozę we wszystkich radiostacjach, mając tak nieradiowy tekst… (śmiech) Każde pokolenie musi mieć swoją witrynę, platformę czy stację, której słucha. Dla nas Lista Przebojów Programu 3 była okienkiem na świat, które można było sobie otworzyć, posłuchać i… nagrać coś.

A jak w tym wszystkim znajdował się Niedźwiecki?
Marek, nawet jeśli miał poczucie pewnej misji, to z pewnością bez całego tego romantycznego patosu. On jest człowiekiem ogromnego poczucia humoru i wielkich pokładów dobrego, radiowego światła. Myślę też, że to osoba, którą niezwykle trudno przestraszyć. To jego ogromna charyzma sprawiła, że w większości wypadków zapewne nie musiał się nawet dogadywać w różnych kwestiach z decydentami, ponieważ jego istnienie w radiu było sprawą oczywistą. Równie oczywistą była jego Lista i oczywiste było to, że słuchają jej setki tysięcy ludzi.

Na czym więc polega fenomen długowieczności Listy?
Jej fani dorastali razem z nią, a teraz słuchają jej dzieci pierwszych słuchaczy. Fenomen nie jest tu więc określeniem na wyrost. Niektórzy internauci piszą wprawdzie złośliwie o Marku, że jest jakąś skamieliną, że Lista jest sztucznie odgrzewana, ale ja bym się z tym zdecydowanie nie zgodził! Chciałbym wyrazić Markowi głęboką wdzięczność za to, że słuchacze do dziś wiedzą dzięki niemu, co się dzieje na polskiej scenie. Inne radiostacje prezentują wyłącznie muzykę komercyjną, dźwięki nieprzeszkadzające emisji reklam. Lista znów więc spełnia podobną funkcję jak na początku lat 80. Dziś, tak jak 25 lat temu, nie ma innej możliwości usłyszenia na szerokiej antenie tego, co się dzieje poza rynkiem popowym i Lista skutecznie odzwierciedla to, co należy promować i co jest wartościowe. Jest nadal wiarygodna. Proszę mi pokazać ogólnopolską audycję, w której pojawią się zespoły, poczynając od Ścianki, a kończąc na zupełnie undergroundowych projektach. Marek zaś nadal pokazuje dużo prawdziwej muzyki w świecie, który każe traktować przerywniki między reklamami jako prawdziwą muzykę.