Magdalena Miecznicka: Porozmawiajmy o współczesnym – powiedzmy po 1989 roku – parnasie w literaturze, krytyce i literaturoznawstwie. Jest pan znany jako czytelnik, który od przedwojnia śledzi wszystko, co się ukazuje.
Henryk Markiewicz: Przecenia pani moje oczytanie, zwłaszcza gdy chodzi o to, co dzieje się w literaturze w ostatnich latach. Z dwóch względów: podaż książek stała się tak wielka, że trudno wchłonąć wszystko, co zasługuje na przeczytanie. Po drugie: moje możliwości percepcyjne kurczą się z wiekiem i ograniczają się do tego, co wiąże się z moimi bezpośrednimi zainteresowaniami. Dlatego wyróżnienie w tej produkcji tego, co posiada szczególnie trwałą i wysoką wartość, jest dla mnie trudne i prawdę mówiąc – przekracza moje kompetencje. Wszelka taka próba musi być zresztą siłą rzeczy subiektywna i ułomna.

Ale prowadzi pan stałą rubrykę "Camera obscura" w piśmie "Dekada literacka", gdzie wytyka pan błędy w bieżących publikacjach. Już po tej rubryce widać, że jednak dużo pan czyta.
"Camera obscura" dotyczy jednak nie zjawisk pozytywnych, ale negatywnych.

To może rozmowę o współczesnym parnasie trzeba by zacząć od rozmowy o antyparnasie, o zjawiskach, które obniżają poziom literatury.
Trudno tu generalizować, i zreszt nie ma powodu, żeby wystawiać literaturze negatywne cenzurki. Wręcz przeciwnie, poziom sprawności techniki pisarskiej podniósł się w ostatnich latach. Proszę wziąć pod uwagę książki typu rozrywkowego, na przykład te pisane przez panią Katarzynę Grocholę.

To w literaturze popularnej. A w literaturze pretendującej do miana wysokiej? Czy w ostatnich latach pojawiło się coś, co można wpisać do kanonu ?
Bardzo trudno na bieżąco takie wyroki, a raczej prognozy wypowiadać. Wiele nowości entuzjastycznie przyjmowanych rychło ulega degradacji i przepada w niepamięci. Myśląc o naszej rozmowie, zajrzałem do książki Leona Pomirowskiego „Nowa literatura w nowej Polsce”, wydanej w roku 1933, gdzie w zakończeniu podaje on propozycje listy lektur szkolnych z zakresu literatury współczesnej. Co zaleca? Kadena Bandrowskiego „Miasto mojej matki” i „W cieniu zapomnianej olszyny”, Zofii Nałkowskiej „Niedobrą miłość”, Ferdynanda Goetla „Z dnia na dzień”, Marii Dąbrowskiej „Ludzie stamtąd” i „Noce i dnie”, Juliana Wołoszynowskiego „Rok 1863”, Leona Kruczkowskiego „Kordiana i chama” i Gustawa Morcinka „Wyrąbany chodnik”. Dziś znacznej części tych utworów nie znają nawet studenci polonistyki. Takie nominacje do kanonu tytułów współczesnych szybko się dezaktualizują. Ale skoro pani nalega… Jeżeli chodzi o okres po 1989 roku, stosunkowo łatwo wymienić takie nazwiska z dziedziny poezji. Znajdą się tu z całą pewnością Miłosz, Różewicz, Herbert i Szymborska.

A z młodszych?
Być może Zagajewski. Jest jeszcze kilka innych nazwisk, których „kanoniczna” przyszłość jest możliwa. Trzeba zresztą pamiętać, że kanon nie tylko zmienia się z upływem czasu, ale i w tym czasie występuje w zmiennych granicach. Inny kanon obowiązuje czytelnika o wykształceniu podstawowym, inny np. intelektualistę, a jeszcze inny kogoś, kto ma się zajmować zawodowo literaturą. W każdej z tych kategorii rozróżnić też trzeba kanon minimalny i kanon maksymalny.

Czy istnieją jacyś poeci i jakieś nurty, którzy zrewolucjonizowali nasze postrzeganie dzisiejszego świata?
Nie umiałbym takich wymienić. Można natomiast wymienić takich, którzy zrewolucjonizowali pojmowanie poezji – u nas przede wszystkim Różewicz i Białoszewski.

A z prozy?
To znacznie trudniej mi ocenić, zapewne i dlatego, że moje oczytanie jest słabe, a gusta dość staroświeckie. Z książek, które zrobiły na mnie duże wrażenie, mogę wymienić „Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego, „Weisera Dawidka” Pawła Huelle, „Madame” Antoniego Libery i „Gnój” Wojciecha Kuczoka. Pociągały mnie w tych bardzo różnych przecież powieściach umiejętności narracyjne autorów, odkrywczość psychologiczno-obyczajowych obserwacji. Jeśli chodzi o Chwina, jestem pełen podziwu dla jego wirtuozerii stylistycznej, ale miałem problemy ze scaleniem „Hanemanna” w sensowną całość, dlatego bym się wahał. To samo dotyczy Pilcha. Na pewno to także świetny stylista, ale w jego książkach nie znajduję jakiegoś głębokiego przesłania. Do wielu utalentowanych pisarzy współczesnych mógłbym odnieść taką oto anegdotę: wspominała mi kiedyś Zofia Starowieyska-Morstinowa, jak to Tuwim jej powiedział: „Pani myśli, że ja jestem gorszym poetą od Słowackiego? Nie, tylko ja nie mam nic do powiedzenia”. Oczywiście, jest to tylko bon mot, którego nie należy brać dosłownie – ani w stosunku do Tuwima, ani w stosunku do wymienionych tu pisarzy.

To jest chyba duży problem współczesnej literatury, że są ludzie bardzo sprawni językowo, ale nie wiadomo, co chcą powiedzieć.
Tą wypowiedzią podniosła mnie pani trochę na duchu; może moje opinie nie są tylko rezultatem starczego skostnienia.... Kiedy czytałem nominacje do Nike, z powieści znalazłem tam „Lubiewo” Witkowskiego, „Pawia królowej” Masłowskiej, „Warunek” Rylskiego, „Wszystkie języki świata” Mentzla. Przypomniałem sobie wtedy nowości powieściowe z 1935 roku, a to dlatego, że był to pierwszy rok, w którym zacząłem czytać prozę „dla dorosłych”. Ukazały się wówczas „Granica” Zofii Nałkowskiej, „Cudzoziemka” Marii Kuncewiczowej, „Sól ziemi” Wittlina, „Wędrówka Joanny” Ewy Szelburg-Zarembiny, „Dziewczęta z Nowolipek” Poli Gojawiczyńskiej i „Krzyżowcy” Zofii Kossak. Niech pani porówna te dwie listy, ciężar gatunkowy wymienionych w nich powieści. Co prawda nie zdążyłem przeczytać „Warunku”, o którym recenzenci wyrażają się entuzjastycznie. Książkę Mentzla przeczytałem z uznaniem dla inteligencji i daru obserwacyjnego autora, to prawda, ale to jednak literatura lżejszego kalibru. Jeśli chodzi o Witkowskiego – nie lubię naturalistycznego taplania się w rozmaitych przypadkach życiowych. U Masłowskiej jest bardzo pomysłowa i dowcipna zabawa językowa, ale… Nie bardzo wiem, co ona ma do powiedzenia.

A na ile to jest nowatorskie? Niektórym wydaje się, że to bardzo rewolucyjne, ale jak sobie przypomnimy, że Białoszewski, Nowa Fala już robili to samo: łapali rzeczywistość społeczną w języku?
Proza literacka zawsze łapała rzeczywistość społeczną w języku. Czynił to Prus, Tetmajer, Zegadłowicz (tak!)... Masłowską chwalą wszyscy za jej słuch językowy. Ja nie potrafię go ocenić, bo nie znam slangu, który ona ponoć świetnie imituje. Czasem wydaje mi się jednak, że to nie imitacja, lecz tylko fantazja literacka na kanwie tego slangu, co zresztą wartości jej nie ujmuje. A swoją drogą – wolałbym, by w prozie było mniej „łapania” języka potocznego, więcej polszczyzny wzorowej, jak kiedyś była nią proza Sienkiewicza, Dąbrowskiej, Boya...

Czy istnieją gatunki, które lepiej się rozwijają?
Niedobory prozy fabularnej są równoważone przez wiele cennych i czytelniczo atrakcyjnych książek typu pamiętnikarskiego, jak np. „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier, jak „Kartki z dziennika” Chwina, „Zuchwalstwa samoświadomości” Balcerzana. Książki Abramowa-Newerlego, którego ja się czepiałem za błędy faktograficzne, także są świetnie napisane. Czytam to wszystko z ogromnym zainteresowaniem i satysfakcją. Można by tu wymienić także „Z głowy” Janusza Głowackiego oraz książki wielu innych znakomitych autorów – choćby Marka Nowakowskiego czy Michała Głowińskiego. A także przypomnieć repertuar podróżniczy – książki Stasiuka czy Mariusza Wilka; mnie one osobiście mniej interesują, ale mają wielu entuzjastycznych czytelników.

Jako badacz literatury zajmował się pan już wszystkim, m.in. literaturą i historią. Czy literatura po ’89 roku dała sobie radę z pokazaniem tego, co się wydarzyło w naszej historii w ostatnich dziesięcioleciach, szczególnie po przełomie?
Raczej nie. Może proza fabularna już się w tej chwili do tego nie nadaje? Ja co prawda sądzę inaczej, ale może to jest związane z moim konserwatyzmem. Może funkcję pokazywania, co się dzieje w naszym społeczeństwie, w naszej historii, przejęła eseistyka, reportaż, wywiad? Czy powieści panoramicznej o PRL nie zastępują wywiady pani Torańskiej? A na przykład powieści Janusza Krasińskiego pozostawiły mi wrażenie prozy kryptodokumentalnej, nieprzekształconej dostatecznie w literackie dzieło sztuki.

A z pisarzy młodszych, poza Masłowską i Witkowskim? Czytał pan Shutego, Sieniewicza?
Czytałem. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia.

Mówi pan, że literatura nie odzwierciedla już świata społecznego. Ale kiedy pojawiają się książki, które choćby marnie pokazują rzeczywistość społeczną – jak na przykład życie w korporacji u Shutego – to ludzie się na nie rzucają. Widać jakieś zapotrzebowanie jest.
Tak, widać jakieś jest. Ale w moim odczuciu dobry reportaż też by całą sprawę wystarczająco oświetlił.

Ale w reportażu nie można ująć pewnych rzeczy, które tylko literatura ujmuje.
Na pewno. Ale czy u Shutego są te rzeczy?

Nie. A u kogoś jeszcze są?
Nie wiem. Są książki, na przykład Cezarego Michalskiego, które zajmują się głębiej problemami współczesności. Część z nich nawet przeczytałem, ale wyleciały mi z głowy, i to przemawia przeciw tym książkom. Ale może świadczy to tylko o mojej słabnącej już pamięci. Problemy egzystencjalne występują w nowej książce Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli”. Tyle tylko, że nie potrafię jakoś tej książki rozgryźć. Ale skoro Dariusz Nowacki też przyznaje, że nie potrafi, to sobie nie robię wyrzutów.

Napisał pan o pozytywistach, że byli ostatnimi, którzy umieli robić dobrą literaturę z dobrych uczuć. A teraz już się to nie zdarza?
Nie, dzisiaj literatura patrzy bardzo pesymistycznie i na charakter człowieka, i na jego los. Takie są przemiany światopoglądowe. Czy pani potrafiłaby wskazać jakiegoś wielkiego myśliciela optymistę?

Ja bym na to inaczej spojrzała. Istnieje bardzo silny, emancypacyjny nurt myślowy, przejawiający się m.in. pod postacią różnych ruchów polityczno-społecznych, lecz docierający także do literatury. Mam na myśli ruchy: feministyczny, gejowski i wszystkie inne, których zadaniem jest wyzwolenie człowieka. Ja myślę, że te ruchy są raczej optymistyczne, jeśli chodzi o człowieka: zakładają, że jest on godny wyzwolenia i że wolność go uszczęśliwi. Houellebecq, Jelinek, a także Gombrowicz, jeśli są obrażeni na świat, to po to, żeby narzucić mu swoje ja. Czy w Polsce dostrzega pan podobny nurt?
Nie znam wybitnych, a zarazem optymistycznych osiągnięć literackich ruchu feministycznego czy gejowskiego. Z tego zaś, że Gombrowicz, Houellebecq czy Jelinek usiłują narzucić światu swoje ja, nie wynika, że są optymistami. A co do owego nurtu optymistycznego, to nasuwa mi się tylko nazwisko Olgi Tokarczuk.

Dzisiaj kanony ustanawia przede wszystkim prasa. Czy w ocenie często kieruje się pan względami pozaliterackimi, komercyjnymi albo ideologicznymi? Nie nazwałbym tego kanonami: są to raczej krótkoterminowe rankingi. A co do owych względów pozaliterackich: kiedy czytam „Tygodnik Powszechny” czy „Rzeczpospolitą” oraz „Gazetę Wyborczą”, odnoszę wrażenie, że faworyzują pisarzy bliskich sobie ideologicznie i politycznie. A książki równej wartości, które pochodzą spoza tego kręgu, nie są w nich odnotowane. Nie przypominam sobie w tych pismach recenzji nowych książek np. Zbigniewa Domina (bardzo ciekawa powieść o syberyjskich zesłańcach), Aleksandra Krawczuka, Piotra Kuncewicza. Julian Kawalec obchodził niedawno 90-lecie urodzin; w prasie nie znalazłem o tym najmniejszej wzmianki.

Dlaczego skończyły się dyskusje literackie? Kiedy czytamy „Programy i dyskusje literackie okresu Młodej Polski” i „Programy i dyskusje literackie okresu pozytywizmu”, widzimy prawdziwe starcia ideowe wokół literatury. Dziś wszelkie dyskusje natychmiast zamieniają się w walki o tle polityczno-środowiskowym. Dlaczego?
Jedną z przyczyn jest zapewne zanik grup literackich. Stąd brak dyskusji programowych. Natomiast od czasu do czasu toczy się dyskusje o kondycji literatury współczesnej, zazwyczaj w pesymistycznym nastroju, np. ostatnia dyskusja o „literaturce” w „Tygodniku Powszechnym”.

Czy w dzisiejszym życiu kulturalnym w ogóle funkcjonuje coś takiego jak kanon współczesnej literatury polskiej?
Pojęcie kanonu wiąże się zazwyczaj z wyborem pewnych utworów z przeszłości, którym przypisuje się najwyższe wartości, i z tego względu postuluje się lub zaleca ich znajomość określonej grupie odbiorców. Stąd też ryzykowne jest mówienie o kanonie literatury współczesnej, bo hierarchie są tu zmienne i sporne, autorytety różnią się nieraz diametralnie swymi opiniami, wciąż dochodzą utwory nowe, wypierając dawniejsze. Co najwyżej do pisarzy kanonicznych można zaliczyć pisarzy starszych, „żyjących klasyków” – jak wspomnianych tu już Szymborską, Różewicza, także Konwickiego i Mrożka... W moim odczuciu – dobry to kanon; są to znakomici pisarze, trafnie wybrani.

Czy kanon literatury polskiej poprzednich epok i kanon literatury obcej są dzisiaj przeformułowywane? Przez kogo? Jakie siły, instytucje, etc. tworzą dzisiejszy kanon?
Kanony literackie są proponowane i rozpowszechniane, a w pewnym sensie narzucane przede wszystkim przez instytucje – władze szkolne i uniwersyteckie, wydawnictwa, środki masowego przekazu. Inicjatywa jednak należy do znawców – krytyków i historyków literatury, którzy swoimi ocenami poszczególnych utworów, doborem i hierarchizacją materiału w syntezach literackich, wpływają na zawartość kanonu. Częściowa rewizja kanonu może być dziełem wpływowej jednostki. Ale w postaci eksplicytnego wyliczenia tytułów książek czy nazwisk pisarzy kanon funkcjonuje tylko w edukacyjnych spisach lektur, poradnikach dla czytelników, wykazach tytułów serii wydawniczych anonsowanych swą nazwą jako kolekcje arcydzieł itp. Rzadko natomiast formowany jest wprost (ostatnio uczynił to profesor Jan Prokop na Zjeździe Polonistów w r. 1995). Można go tylko zrekonstruować z określeń wartościujących używanych w pracach krytycznych i historyczno-literackich.

A może istnieje jakiś współczesny ponadnarodowy kanon literacki?
Owszem, pojawiają się próby jego skonstruowania, obejmujące arcydzieła całej literatury wiatowej. Najbardziej znany przykład to książka Harolda Blooma „The Western Canon” (1994). W USA wywołują one jednak wiele sprzeciwów jako „rasistowskie, patriarchalne, heteroseksualne”.

Porozmawiajmy o krytyce literackiej. Co pan powie na często dziś powtarzane hasło, że krytyka upadła?
Przestałem się w tym orientować. Pobieżnie śledzę literaturę, skutkiem czego nie potrafię też ocenić trafności sądów krytycznych. Mogę powiedzieć tylko tyle, że kiedy w krytyce szukam pomocy w zrozumieniu współczesnej poezji, to tej pomocy nie znajduję. Mam wrażenie – to nie moje porównanie – że ci krytycy zachowują się jak żaby, które skaczą z jednego liścia na drugi, by przepłynąć staw: wybierają zrozumiałe cytaty, określając je mglistymi uogólnieniami, które można zastosować do różnych poetów, i omijają starannie to, co wymyka się ich rozumieniu.

Ale paru krytyków pan czyta: Śliwińskiego, Czaplińskiego, Nowackiego. To są bardzo znani krytycy. Co pan o nich sądzi w porównaniu z wybitnymi krytykami powojennymi: Puzyną, Kijowskim, Błońskim?
Co o nich sądzę? Może to nie jest sąd o nich, ale raczej o mnie. Kiedy czytałem teksty Kijowskiego, Błońskiego, Puzyny, Flaszena, doskonale ich odróżniałem. Natomiast teraz, gdyby mi pani kazała powiedzieć, czym się różni pisarstwo np. Czaplińskiego od Śliwińskiego, nie umiałbym tego powiedzieć.

Jest taki pogląd, że krytyka stała się nudna, bo uprawiają ją nie krytycy czy pisarze, jak kiedyś, ale poloniści.
Coś w tym jest. Choć można było być polonistą (w znaczeniu: badaczem) i fascynującym krytykiem: na przykład Kazimierz Wyka i Jan Błoński.

Niewielu pisarzy uprawia dziś krytykę. Chcą, żeby pisano o nich, ale sami niechętnie oceniają kolegów po piórze.
Egocentryzm to typowa cecha pisarzy. Przypomina mi się anegdotka związana z jakimś pisarzem, może z Lecem. Spotyka się dwóch literatów i jeden opowiada dużo o sobie. Ale po pewnym czasie się reflektuje i mówi: „Dość już mówienia o mnie, pomówmy o tobie. Jak ci się podobała moja nowa książka?” Czy kiedykolwiek było wielu pisarzy wypowiadających się o innych? W najnowszym okresie najwięcej pisał o innych Iwaszkiewicz.

Za granicą pisarze wzajemnie o sobie piszą. Updike, Barnes, Coetzee, Joyce Carol Oates piszą regularnie recenzje.
Tak, a u nas tego nie ma w ogóle. Nie umiem powiedzieć, skąd się to bierze. Może dlatego, że recenzja jako gatunek wypowiedzi pisarskiej jest nisko ceniona.

I dlatego, że krytycy to u nas badacze literatury, a pomiędzy naukowcami i pisarzami jest przepaść.
Być może. Dawniej historycy literatury używali języka potocznego, metafor, zabiegów beletryzacyjnych. Z czasem język literaturoznawstwa stawał się coraz bardziej naukowy, przez co odsunął się od języka literatury. Skoro krytyka uprawiana jest przez badaczy, to te tendencje personalnie i merytorycznie przeniosły się na teksty krytyczne. A przez to krytyka stała się bardziej naukowa, a mniej literacka.

A przez to nudna?
To jest cena owej naukowości.

Ale cena jest też taka, że coraz mniej ludzi to czyta.
To prawda. Zauważmy jednak, że w dziedzinie samej nauki o literaturze pojawiają się ostatnio symptomy powrotu do literackości. Na przykład u Rymkiewicza. Jako lektura jest to rozkoszne, jako nauka – broń nas Panie Boże, żeby wszyscy mieli tak pisać. Ceną naukowości – według mnie – musi być pewna dyscyplina wykładu, przezroczysty styl.

Ale i tak na Wydziale Polonistyki nie pisze się wcale.
Tak, to jest zjawisko, z jakim i ja się spotkałem w czasach mojej pracy dydaktycznej. Studenci gorzej piszą po studiach niż w momencie, kiedy zdawali maturę.

Jak pan ocenia stan współczesnego literaturoznawstwa polskiego?
Spotykamy się z wielkim zróżnicowaniem poziomów. Czytam prace moich młodszych kolegów wielokrotnie z podziwem dla ich spostrzegawczości interpretacyjnej, erudycji. Weźmy dla przykładu serię „Modernizm w Polsce”, redagowaną przez Włodzimierza Boleckiego i Ryszarda Nycza w Wydawnictwie Universitas. Tam książka w książkę jest wybitna. Ale z drugiej strony pojawiają się ewidentne knoty denerwujące niechlujstwem i błędami faktograficznymi. Martwi też kryzys monografistyki i syntezy historyczno-literackiej – tych gatunków nauki o literaturze, na które jest największe zapotrzebowanie społeczne. Bo nie łudźmy się, że dziesiątki (tak, dziesiątki!) wciąż nowych studiów szczegółowych o Miłoszu czy Herbercie znajdą czytelników poza kręgami znawców.

A jakie nazwiska się wybijają po ’89?
Nie umiałbym scharakteryzować z tego punktu widzenia polonistyki w skali ogólnokrajowej. Najłatwiej mi mówić o środowisku krakowskim, które uważam za jedno z przodujących w Polsce. Tu na czoło wybijają się w teorii literatury nazwiska Ryszarda Nycza i Michała Pawła Markowskiego. A szereg ten można by wydłużyć, dodając Stanisława Balbusa, Teresę Walas, Annę Łebkowską. Jeśli chodzi o badania nad literaturą współczesną, to Jerzy Jarzębski, Aleksander Fiut, Marian Stala są nazwiskami pierwszorzędnymi. Pyta pani o tych, którzy wysunęli się na czoło po ’89, więc nie mówię o Janie Błońskim i innych starszych uczonych. Pomijam też osiągnięcia badaczy wcześniejszych epok literackich. Zrobiono bardzo dużo, jeśli chodzi o przyswojenie dorobku literaturoznawstwa zagranicznego. Myślę o pracach Anny Burzyńskiej, które w sensie informacyjnym są nieocenione. Ale te zainteresowania kieruj się niemal wyłącznie na literaturoznawstwo anglojęzyczne bądź te prace, które zostały przyswojone w Stanach. Tak jakby poza tym nic się w świecie nie działo.

A czy są jakieś szkoły?
Niewątpliwie szkołę taką stworzyła w Krakowie prof. Maria Podraza-Kwiatkowska w zakresie badań nad Młodą Polską. Ale obecna atmosfera nie bardzo sprzyja powstawaniu szkół naukowych, bo istnieje powszechna akceptacja dla pluralizmu metodologicznego. Powoduje to z jednej strony łączenie w myśleniu o literaturze różnych inspiracji, a z drugiej strony indywidualizację: ja szanuję swojego mistrza, ale idę własną drogą. A nawet – jak mówi mi po freudowsku Michał Paweł Markowski: pan jest moim ojcem, więc muszę pana zabić. Nie przeszkadza to oczywiście naszym dobrym stosunkom koleżeńskim.

Chyba także polska szkoła strukturalistyczna miała znaczenie?
Tak, Michał Głowiński i Janusz Sławiński stworzyli ważną i wyrazistą szkołę naukową, dali wszystkim instrumentarium niezbędne w mówieniu o literaturze. Universitas w swoim czasie publikował serię „Klasycy współczesnej humanistyki”. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że Sławiński i Głowiński się w tej serii znaleźli.
Wadą naszego polonistycznego życia jest słabość ruchu recenzenckiego. Albo nie ma recenzji, albo są mało krytyczne. Najbardziej ryzykowne paradoksy mona mnożyć i nie spotka się to z żadną reakcją. Dlaczego? Bo brak jest zgody dotyczącej reguł prawomocności twierdzeń naukowych w naszej dyscyplinie. Drugi powód: wielu z nas obawia się, że dyskusja, a więc i związana z nią krytyka, spowoduje urazę osobistą osób, które lubimy i cenimy (a czasem – jesteśmy od nich zależni...). Wreszcie recenzji nikomu się nie chce pisać, bo to się pod względem prestiżu i pieniędzy nie opłaca.

Czy zawsze było tak mało dyskusji?
Ruch recenzyjny był w okresie międzywojennym znacznie bardziej żywy. Później osłabł. Ta zmiana miała do pewnego stopnia przyczyny natury politycznej. W pierwszych latach powojennych dyskusja to był przede wszystkim atak ze strony marksistów, na który trudno było odpowiedzieć przedstawicielom innych kierunków literaturoznawstwa. Zmuszeni byli do milczenia. Ale po Październiku też mało mieliśmy dyskusji. W r. 1961 pisałem: „Młodsi nie piszą o starszych, eby im się nie narazić, starsi nie piszą o młodszych, żeby ich nie przytłoczyć swym urzędowym autorytetem. Przyjaciele ze sobą nie dyskutują, żeby nie popsuć swej przyjaźni, wrogowie – żeby ich nie posądzono o niechęć osobistą. Marksiści nie dyskutują z niemarksistami, żeby im nie zarzucono ograniczania swobody wypowiedzi naukowej, a niemarksiści nie dyskutują z marksistami, żeby – nie zniechęcić ich do liberalizmu”. Ta otoczka polityczna hamowała krytykę. Ale oczywiście przez cały czas były jakieś polemiki. Ja np. dyskutowałem z Ingardenem, Wyką, Zimandem, Żółkiewskim, Przybylskim, Sławińskim, Markowskim, ale tylko trzej pierwsi zechcieli replikować. Dzisiaj nie ma ograniczeń politycznych, ale inne wymienione przeze mnie przyczyny pozostały. A przede wszystkim pojawił się powszechny permisywizm, który się rozpowszechnił wraz z neopragmatyzmem. Nie ma dobrych i złych interpretacji. Są tylko interpretacje, które zdobyły sobie zwolenników, i takie, którym się to nie udało. Ostatnio znalazłem w artykule Anny Burzyńskiej określenie „osławione kryteria poprawności interpretacyjnej”. Osławione, to znaczy mające złą sławę. W takiej atmosferze odechciewa się dyskusji.

A więc przyczyną spadku jakości naszego życia intelektualnego jest kumoterstwo i ideologia permisywizmu, a w myśli o literaturze nie ma kanonu?
Zakończmy bardziej optymistycznie: kumoterstwo jest określeniem przesadnym, to raczej oportunizm. Permisywizm to uboczny skutek tolerancji; brak kanonów w myśli o literaturze – to konsekwencja pluralizmu metodologicznego. Przynajmniej gdy chodzi o dwa ostatnie zarzuty, można powiedzieć: nie ma dobrego bez złego.