Wprawdzie reklamuje ją hasło: „The Beatles, jakich nie słyszeliście!”, ale znalazły się na niej żelazne przeboje czwórki z Liverpoolu – 36 wielkich hitów od „I Want Hold on Your Hand” i „Yesterday”, przez „Eleanor Rigby”, „Strawberry Fields Forever”, „I’m the Walurs” i „Lucy in the Sky of Diamonds”, po „Get Back”, „Helter Skleter” i „All You Need Is Love”.

Rozmowa z sir George’em i Gilesem Martinami, producentami płyty „LOVE”.


PIOTR STELMACH: „Miłość”, która występuje w tytule płyty, nierozerwalnie kojarzy się z The Beatles. Jak muzycy rozumieli to słowo?
SIR GEORGE MARTIN: Miłość była podstawową wartością w twórczości bitelsów. Ujawniała się w wielu ich utworach, choćby „All You Need Is Love”. Zresztą było całe mnóstwo ich piosenek z miłością w tekście. Dziś to słowo jest frazesem, ponieważ występuje w zbyt wielu popowych piosenkach. W przypadku bitelsów było inaczej – od kiedy w 1962 roku zacząłem z nimi pracować, zawsze byłem świadomy wielkiego uczucia pomiędzy tymi czterema chłopakami. Zawsze się kochali. The Beatles nigdy nie robili nic dla pieniędzy. Oczywiście mieli ich mnóstwo, ale tworzyli dla muzyki i z miłości do siebie nawzajem. Doświadczyłem tego uczucia, przebywając z nimi w studiu, i dlatego uważam, że słowo „love” to doskonały tytuł dla tej płyty.

Czy po wszystkich latach spędzonych z bitelsami ich muzyka stanowi dla pana jakąś tajemnicę?
Sir George Martin: Gdy kilka lat temu pracowałem nad albumem „Anthology” bitelsów, przestudiowałem cały zbiór utworów grupy. I kiedy poproszono mnie o stworzenie muzyki do przedstawienia „Love”, znów zrobiliśmy to samo, ale tym razem bardzo pomocny był mój syn. Giles ma świeże spojrzenie na ich twórczość. Musiał poznać ich muzykę tak dobrze jak ja, a nawet lepiej. Siedzieliśmy razem nad taśmami przez pół roku i w kółko słuchaliśmy tych nagrań. Słuchając muzyki bitelsów, za każdym razem odkrywa się nowe, fascynujące dźwięki. Tym razem też było podobnie. W każdym utworze, w każdej ścieżce kryją się niespodzianki. Słuchając „LOVE”, ludzie czują tę świeżość. Często zwracają uwagę na fragmenty, których nie pamiętali. Słuchają od nowa całej dyskografii bitelsów, po to, by odkryć ich na nowo.

„Anthology” przełamało tabu. Dzięki tej kompilacji można było wreszcie usłyszeć piosenki w ich pierwotnym brzmieniu. W tych nowych wersjach w pewien sposób wynaleźliście zupełnie nowy wzór na czwórkę z Liverpoolu. To wprawdzie już nieco inna muzyka, a jednak wciąż bardzo w stylu The Beatles.
GILES MARTIN: Pierwszą zasadą, którą kierowaliśmy się podczas pracy, było delikatne podejście do muzyki bitelsów. Nie mieliśmy zamiaru popisywać się talentem i możliwościami technicznymi. Naszym zamiarem było przyjęcie roli medium dla ich pomysłów i brzmienia. Efektem jest ten album, który powstał na podstawie materiału z nieprzetworzonych taśm. Dzięki temu brzmienie zespołu jest fantastyczne. W żadnym wypadku nie brzmi staro, a przecież ta muzyka została nagrana 40 lat temu! Zmiany, których dokonaliśmy, polegają na przykład na poprawieniu słyszalności perkusji Ringo. Nie zmieniliśmy jego sposobu gry, to wciąż on! Z kolei w „Something” podkreśliliśmy linię basu Paula McCartneya. Reszta wciąż jest taka sama. Ten album to rodzaj hołdu, jaki składamy bitelsom i temu, co stworzyli. Dla nas są oni wciąż czteroosobowym, dobrze grającym zespołem. Na „LOVE” stworzyliśmy „technologię widzenia”. Gdy słyszysz naszą nową wersję „Come Together”, wydaje ci się, że widzisz ich grających razem w studiu. The Beatles stworzyli naprawdę dobre brzmienie.

Fascynujący w ich muzyce jest sposób, w jaki łączyli wszystkie swoje pomysły. Jak wy z kolei wpadliście na połączenie różnych utworów w taką całość?
GILES MARTIN: Głównie metodą prób i błędów. Pamiętam, że siedziałem w wannie i myślałem o „Being for the Benefit of Mr Kite” przechodzącym w „I Want You (She’s So Heavy)”. Zadzwoniłem do taty z prośbą o radę. Chciałem, żeby perkusja Ringo w „Goodnight” była sama. Próbowałem wstawić smyczki na koniec „Glass Onion”, ale brzmiały trochę przerażająco – sprawiły, że cały utwór zabrzmiał jak soundtrack z horroru. Partie smyczków z kilku utworów ustawiliśmy według odpowiedniej tonacji i sprawdziliśmy, jak to brzmi. Tak wyglądała praca – ja próbowałem wszystko poukładać, a tata był producentem i dawał mi wskazówki, np.: „Spróbuj powtórzyć pierwszy wers, nie zostawiaj go tak, jak jest”. Robiłem to i wszystko wychodziło.