Magdalena Łukaszewicz ("Newsweek"): Nie uważa pan, że premiera "Jak to się robi" powinna się odbyć tuż przed ostatnimi wyborami samorządowymi?
Marcel Łoziński: Może byłoby dobrze, gdyby tak się stało, bo być może ktoś przed oddaniem głosu chwilkę dłużej by się namyślił. Ale nie robiłem przecież tego filmu na konkretną chwilę, raczej z ogólnej troski o jakość naszej sceny politycznej.

Ale zdaje pan sobie sprawę, że włoży pan kij w mrowisko polityków i zaszokuje widzów?
Może pani tak to nazwać. Chciałbym, żebyśmy zastanowili się nad tym, kto i jakimi metodami rządzi nami, kim są te gadające głowy występujące w programach telewizyjnych, co tak naprawdę myślą i dlaczego tak często zmieniają poglądy.

Jednak to nie jest tylko film o politykach...
Nie, to film o metodach uwodzenia nas przez polityków, o tym, że nie powinniśmy się dawać gwałcić.

Jednak kiedy spotyka się na swojej drodze Piotra Tymochowicza, specjalistę od kreacji polityków, to chyba trudno uchronić się od manipulacji. Wiele osób dopiero po pana filmie zorientuje się, że jest taki facet – Piotr Tymochowicz – który z każdego może zrobić polityka...
Za każdym politykiem kryje się kreacja. Ale istnieją też politycy uczciwi. Podobnie z kreatorami. Najwybitniejszy europejski specjalista od wizerunku Jacques Seguela, który stał za sukcesem Mitterranda i Jospina, odmówił Kaddafiemu zajęcia się jego wizerunkiem, chociaż ten proponował mu milion dolarów.

A co pan zaproponował Tymochowiczowi kilka lat temu, że ten zgodził się ujawnić sekrety swojej pracy?
Niczego mu nie proponowałem. Przeczytałem reportaż Jacka Hugo-Badera o Tymochowiczu, w którym Tymochowicz twierdził, że z każdego może wykreować polityka, bo polityk to taki sam produkt, jak płyn do płukania protez zębowych. Bardzo mnie to rozbawiło, bo przypomniałem sobie słynną postać Stana Tymińskiego, szarlatana, który w 1991 r. wyeliminował z walki o prezydenturę Tadeusza Mazowieckiego. Zawsze mnie interesowało, jak powstaje takie monstrum. A tu nadarzyła się okazja sfilmowania takiego procesu od początku. Zapytałem Tymochowicza, czy podtrzymuje to, co powiedział w artykule. A on na to, że jak najbardziej, że może to udowodnić, że zrobi casting i wykreuje polityka. Zgodził się, żebyśmy to filmowali. I tak to poszło. Przez trzy i pół roku kręciliśmy proces narodzin polityka.

Film, z którego publiczność, na razie tylko festiwalowa, wychodzi zdziwiona, oburzona i zniesmaczona postawą Tymochowicza i tym, jak się robi politykę w naszym kraju. Czy to prawda, że Tymochowicz chce się bronić, bo uważa, że pana film jest atakiem na niego?
Po obejrzeniu filmu powiedział do mnie: – Pokazałeś prawdę – i dodał: – Ale zrobiłeś ze mnie cynika. A ja na to: – Piotr, pracowałeś na to 15 lat. Myślę, że Tymochowicz jest bardzo zadowolony z tego filmu. Jego filozofia jest następująca: wszystko mi jedno, jak o mnie mówią. Ważne, żeby mówiono i nie przekręcano nazwiska.

Czy czasami nie wstydzi się pan za bohaterów tego filmu, dla których w większości przypadków sława to rzecz najważniejsza?
Tymochowicz żyje ze sprzedaży narzędzia do wytwarzania kłamstw. Zabrnął w konformizm. Przechwala się swoim cynizmem. Gdyby to nie było takie groźne, można by się z tego śmiać. Natomiast inni bohaterowie filmu – 10 osób wybranych w drodze castingu, to ludzie o różnie ustawionych poprzeczkach moralności. Miałem to szczęście, że na ujęciu odeszła pierwsza dziewczyna. Potem powoli odchodzili inni. Proszę pamiętać, że w najmniejszym stopniu nie ingerowałem w działania tych ludzi, niczego nikomu nie sugerowałem. Starałem się po prostu obiektywnie rejestrować to, co się działo.

Miał pan jakieś obawy, przystępując do realizacji tego filmu?
Oczywiście bałem się kilku rzeczy. Przede wszystkim tego, że Tymochowiczowi uda się wykreować zalążek nowej partii i to bardziej populistycznej niż Samoobrona i stworzyć lidera jeszcze bardziej bezwzględnego od Leppera. Radziłem się przyjaciół, pytałem ich, czy powinienem robić ten film. Wszyscy mnie do tego zachęcali. Zdemaskowanie mechanizmów narodzin nowego Tymińskiego wydało mi się największą szansą tego filmu. Rzuciłem się w przygodę bardzo ryzykowną.
Na szczęście dla nas wszystkich Tymochowicz przegrał, bo z jego "programu" wycofali się najbardziej wartościowi zawodnicy. A ten, który został, okazał się przezroczysty, nijaki, zagubiony, ale gotowy na wszystko. Już na samym początku szkolenia mówi, że do władzy gotów jest iść nawet po trupach. A mechanizm zdobywania władzy i trzymania się przy niej został obnażony.

Podobno mamy prawo wiedzieć wszystko, czy w związku z tym nie uważa pan, że "Jak to się robi" będzie odbierany, szczególnie przez młodą publiczność, jako taki Big Brother dla intelektualistów?
W żadnym wypadku. Przecież mój film to antyreality show. Filmowałem rzeczywistość, która sama niestety coraz bardziej przypomina medialny show.

Pytam o tego Big Brothera, bo myślę, że przez tego typu programy przesunęły się granice w filmach dokumentalnych...
Oczywiście, że się przesunęły, tylko że ja w tym przesuwaniu nie biorę udziału. Ono jest dość przerażające. Media chcą włazić w najbardziej intymny zakąteczek naszego życia. A człowiek chce, musi i powinien mieć prawo do własnej tajemnicy.

Kiedy pracuje pan nad filmem, uważa pan na to, by nie skrzywdzić swoich bohaterów, sprawić, "żeby nie bolało"?
Staram się. To przecież Urszulka, bohaterka mojego filmu zatytułowanego "Żeby nie bolało", pierwszy raz powiedziała, abym zrobił tak ten film o niej, "żeby nie bolało"... Kiedy mnie teraz pytają o granice dokumentu, cytuję Urszulkę. Jednak uważam, że "Jak to się robi" powinien zaboleć i to nas wszystkich.