Leszek Gnoiński: W wielu miejscach można było przeczytać, że Buldog to nowy projekt Kazika. Jak jest naprawdę?
Kazik Staszewski: Nie jest to mój projekt, pojawiłem się w nim gościnnie i podporządkowałem władzy jedynego dyktatora i człowieka odpowiedzialnego za wszystko w tym zespole, czyli mojego menedżera i zarazem najbliższego przyjaciela Piotra Wieteski. Na płycie grają trzy osoby z Kultu z połowy lat 80.: ja, Piotrek Wieteska i Jacek Szymoniak. Myślę, że gdyby tamten skład się utrzymał, Kult grałby taką właśnie muzykę. Jestem zadowolony zarówno z tego, co wniosłem, jak i z etapu końcowego. Ta płyta bardzo poprawia mi humor.

Do dawnego Kultu nawiązuje "Piosenką młodych wioślarzy".
Jeszcze nigdy tak szybko nie śpiewałem. Ale na tej płycie jest więcej dobrych piosenek, choć był to ciężki okres walki z moją psyche. Na szczęście problemy minęły. Wydaje się, że pogłoski o moim skończeniu się, które wciąż pojawiają się w prasie i na internetowym forum Kultu, są przedwczesne.

Z Piotrkiem Wieteską już grałeś w zespole Poland w 1979 roku. Czym był tamten zespół?
Był pierwszą grupą muzyczną, która wyciągnęła mnie z marazmu młodzieńczego. Byliśmy punkowcami, a było to niezwykle atrakcyjne, bo nie trzeba było umieć grać. Gdyby nie zjawisko i kultura punk, to pewnie dziś byłbym sfrustrowanym urzędnikiem ledwie wiążącym koniec z końcem. Mieliśmy po prostu szczęście, że pojawił się punk rock. Chociaż po latach, jak już zacząłem lepiej słyszeć muzykę i ją rozumieć, okazało się, że tacy floydzi, których uważaliśmy w tamtych czasach za wirtuozów, na początku też nie umieli grać. W czasie koncertów puszczali przezrocza i to pasowało publiczności upalonej haszem. Od muzyków jazzowych też dzieliła ich przepaść umiejętności. Wtedy wydawało nam się, że "Dark Side of the Moon" jest dla nas nieosiągalną wirtuozerią, a to tylko dobrze zrealizowana płyta. Oni siedzieli w studiu dwa lata. W takich warunkach to prawie każdy by coś dobrego nagrał.

Kult w przyszłym roku skończy ćwierć wieku. Jak zmieniała się pozycja zespołu przez te wszystkie lata?
Andrzej Stasiuk powiedział kiedyś, że każdy młody mężczyzna chce grać w kapeli, a on został pisarzem tylko dlatego, że mu się do żadnej nie udało dostać. I jest w tym trochę prawdy, bo muzyka w młodym wieku jest niezwykle mocno biorącym za bary sposobem na komunikowanie się ze światem i odbieranie go. Słowo śpiewane działa dużo mocniej niż słowo mówione. Dziś już nie jesteśmy zespołem młodzieżowym, choć, paradoksalnie, wróciliśmy na tę samą stronę barykady, po której byliśmy kiedyś. Po jednej są te wszystkie Dody i Mandaryny, po drugiej my, Voo Voo, Dżem czy Indios Bravos. Praktycznie nie istniejemy w oficjalnych mediach, ale ludzie nam ufają, mamy swoją publiczność, z którą komunikujemy się pomimo tych wszystkich barier. Po tamtej stronie barykady świętuje się sprzedaż złotej płyty, której próg obniżono do 15 tysięcy, a mało kto wie, że ostatniej płyty Kultu "Poligono industrial" sprzedało się 80 tysięcy.

Co znaczył ten zespół dla ciebie kiedyś, a co znaczy teraz, po tylu latach i sukcesach?
Czasami bywało gorzej i wyobrażałem sobie, że jedynym powodem istnienia tego zespołu jest moja odpowiedzialność za te kilkanaście osób z nim związanych. Ostatnio znów dotarło do mnie, że Kult jest wartością, której w żadnym przypadku nie należy burzyć. Mam w nim najbliższych kolegów, z wieloma znam się od dawien dawna. Iskrzą czasami jakieś konflikty, ale nie wyobrażam sobie, abym mógł znielubić kogoś z nich. Przyzwyczaiłem się do nich, zrozumiałem, że trzeba zaakceptować takimi, jakimi są. Prawdopodobnie ja też jestem przez nich akceptowany z całym asortymentem moich wad i zalet. Ale wiem też, że Kult nie istniałby beze mnie.

Jednak od początku lat 90. postanowiłeś działać też na swoje konto. Dlaczego?
Projekt solowy wziął się stąd, że w Kulcie byłem kompletnie osamotniony w swoich upodobaniach estetycznych. Rap, którego słucham od 1982 roku, reszcie zespołu kompletnie się nie podobał. Nawet przyniosłem na próbę niemal gotową piosenkę "Jeszcze Polska..." (znalazła się potem na solowej płycie "Spalam się" – przyp. aut), ale została ona pominięta mało chwalebnym milczeniem. Jeszcze wtedy nie byłem za dobrym dyktatorem, nie postawiłem weta i nie przeforsowałem jej. Ale pojawił się Jacek Kufirski z sekwencerem i samplerem. Wszystkie pieniądze wydałem na studio nagraniowe, a potem chodziłem po firmach płytowych, ale nigdzie nie byli zainteresowani. Dopiero Marek Kościkiewicz z Zic-Zaca to wydał. Płyta "Spalam się" okazała się kolosalnym sukcesem. Pech chciał, że trafiła na rozkwit piractwa kasetowego w Polsce, na które pozwalało nieprzygotowane na zmiany prawo. Podobno sprzedało się kilkaset tysięcy sztuk, ja pieniądze zobaczyłem za jakieś 70 tysięcy. Do tej płyty Kościkiewicz wymyślił to nieszczęsne hasło "Pierwszy raper Europy Wschodniej". Po drugiej płycie – "Spalaj się" współpraca z Kufirskim skończyła się. Od tego czasu jest to drugi tor mojej działalności. Prowadzę go jednoosobowo i ewentualnie zapraszam ludzi do współpracy. Wciąż inspiruję się i tworzę, jak w hip-hopie, ale moja muzyka hip-hopem nie jest, bo i dużo śpiewam, i nagrywam normalne rockowe piosenki.

A część z nich zacząłeś grać w stworzonym przez siebie niemal heavymetalowym zespole. Mówię tu o Kaziku Na Żywo.
To był pomysł Burzy i Kwiatka. Radykalnie przerobiliśmy kilka piosenek ze "Spalam się" i pojechaliśmy w trasę koncertową. Na początku waliły tłumy, bo wszyscy myśleli, że piosenki ze "Spalam się" będą brzmieć tak jak na płycie. W pewnym momencie telewizja pokazała nasz koncert i wtedy lud zobaczył, że to jakaś niemal heavymetalowa rzeźnia, a nie hip-hop i przypływ publiczności skończył się jak ręką odjął. Była zabawna sytuacja, bo organizatorzy nie mogli pojąć, dlaczego tak się dzieje. Byli przekonani, że to oni coś źle robią. To była ewidentnie nasza wina, więc rozpadliśmy się.

Ale nie na długo.
Po roku znów się spotkaliśmy i nagraliśmy płytę "Na żywo, ale w studio", której do dziś chętnie słucham. Ale nadal nie było chęci na działalność koncertową, więc się umówiliśmy, że jak będzie okazja zagrać coś bardzo dobrze płatnego, to zagramy. Zdarzyło się kilka koncertów, ale dopiero po dołączeniu Litzy ten zespół zaczął brzmieć i wyglądać. Litza to postać sceniczna, której nikt nie doskoczy w tym kraju, nie dość, że gra przecudownie, to jeszcze świetnie się rusza, a wszystko to jest w pełni naturalne. I ludzie zaczęli przychodzić na koncerty.

Jednak trzy lata temu postanowiłeś rozwiązać KNŻ. Dlaczego?
Nie dawałem rady fizycznie. Niektóre koncerty kończyłem w stanie kompletnego wyczerpania. Koncerty Kultu są dłuższe, ale gramy wolne piosenki, przy których można się pobujać, oszukać trochę publiczność i odpocząć. Na koncertach KNŻ takich możliwości nie było. Poza tym nie widziałem drogi, którą ten zespół miałby iść, nie chciałem kolejnych płyt w tej samej estetyce. Jestem przekonany, że była to drużyna, która nie miała sobie równych na koncertach, i to nie tylko w Polsce. Wszystkie te Linkin Parki, RATM, Biohazardy czy Helmety grały po godzinę dwadzieścia z bisami, my prawie dwie i pół godziny. Dopiero po koncercie Kraftwerk przyszedł mi pomysł, żeby na koncertach muzykę odtwarzać z komputera. Nie byłby to playback, każdy by zrobił parę wersji swoich partii instrumentalnych i odtworzył bez instrumentów. Zgłosiłem się z tym pomysłem do chłopaków, ale entuzjazmu nie było.

Kult, Kazik oraz KNŻ to projekty działające i wydające płyty dość regularnie. Jednak miałeś kilka krótszych przygód otwierających ci drzwi ku nowym doznaniom. Chyba najważniejszy był udział w sesji bydgoskiego jassowego zespołu Arhythmic Perfection.
Tak. Krytyk muzyczny Rafał Księżyk przyniósł mi kiedyś płytę związanej z bydgoskim klubem Mózg grupy Trytony. Była dla mnie wielkim odkryciem i powiedziałem o tym w wywiadzie. Po jakiś czasie muzycy tej grupy zgłosili się do mnie i zaproponowali współpracę. Mimo wielkich oporów, bo posiadam wiele kompleksów na tle mojego warsztatu muzycznego, pojechałem. Okazało się, że był to początek kolosalnej zmiany w moim postrzeganiu muzyki. Wspaniale nam się współpracowało, muzyka powstawała w czasie rzeczywistym, magnetofon cały czas był włączony i nagraliśmy z szesnaście godzin muzyki. Przed sesją spoglądałem na muzykę, jak na telewizor czarno-biały, po sesji – jak na kolorowy. Do tamtego czasu jedyny sposób tworzenia, jaki znałem, to było układanie zwrotek i refrenów, z których kleiło się piosenkę. W Mózgu okazało się, że muzyka może powstawać na gorąco i być tworem plastycznym, kształtowanym podczas grania. Do tej pory tak pracuję. Solowe płyty "Czterdziesty pierwszy" i "Los się musi odmienić" powstały w ten sposób w całości, siadałem do zajęć, kompletnie nie wiedząc, co się wydarzy. Dlatego czasami jest mi ciężko dogadać się z muzykami Kultu, bo oni wszystko tworzą po staremu.

Ważnym elementem twoich ostatnich dokonań był udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, gdzie przedstawiłeś piosenki najpierw Kurta Weilla, a potem Toma Waitsa.
Najpierw odmówiłem, bo nie chciałem śpiewać tekstów tłumaczonych przez kogoś obcego. Zmieniłem zdanie, gdy je przeczytałem. Romek Kołakowski, ówczesny dyrektor festiwalu i tłumacz tych tekstów, jest jedyną osobą, oczywiście poza mną i moim tatą, którego teksty wykonuję i nie czuję dyskomfortu. Ale nie identyfikuje się z nimi. O wiele większe pokrewieństwo czuję z tym, co pisał mój tata. Myśleliśmy o tryptyku, ja chciałem na zakończenie nagrać pieśni Brella, on – Wysockiego. Romek przestał być dyrektorem festiwalu i na razie nasze drogi się rozjechały.

Zostały jeszcze El Dupa i Yugoton. Który ważniejszy?
El Dupa tworzyłem z ludźmi dwadzieścia lat młodszymi. Gra w tym zespole dodała mi młodzieńczej energii, o której już zapomniałem. A Yugoton? W latach 80. jugosłowiański punk rock był dla mnie niemal równie ważny co zachodni. Mój udział w tym projekcie traktuję trochę jak zlecenie. Ale żałuję, bo potem okazało się, że firma, dla której to nagrałem, bierze w ZAIKS-ie połowę kasy za mój tekst do "Malczików"! To łajdactwo! Ciekawe, kto tak ładnie ze mną współpracował, bo nic nie pamiętam.