HUBERT MUSIAŁ: Niedawno mówił mi pan, że czuje się pan muzykiem spełnionym. Czy po entuzjastycznie przyjętym tournée po Stanach Zjednoczonych i świetnych recenzjach płyty "Lontano" od "Down Beatu” po "New York Timesa” i brytyjskiego "Guardiana” coś się zmieniło?
TOMASZ STAŃKO: Nic podobnego.

Czemu więc zgodził się pan wziąć na siebie ciężar sprawowania funkcji dyrektora artystycznego bielskiej Jazzowej Jesieni? To zupełnie inna materia niż komponowanie.
Paradoksalnie nie tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Uzmysłowiła mi to wystawa, którą przed kilku laty widziałem w Tate Gallery. Obrazy Cezanne’a wyeksponowano na niej na takich samych prawach, co nowoczesne instalacje wideo. I wszystko znakomicie ze sobą korespondowało. Uzmysłowiło mi to, że sztuką są nie tylko same eksponaty, ale także ich dobór i sposób zestawienia. Że kurator jako autor kompozycji również jest twórcą. Sprawowanie pieczy nad merytoryką festiwalu pozwoliło mi poczuć się nie tylko muzykiem jazzowym, ale artystą.

Mam uwierzyć, że wspomnienie wystawy wystarczyło, by przyjął pan ofertę dyrektora Bielskiego Centrum Kultury Władysława Szczotki?
Wystarczyć nie wystarczyło, ale kiedy uświadomiłem sobie, że według podobnych zasad działa również mój wydawca Manfred Eicher, śmielej podszedłem do tego wyzwania. Prowadzona przez niego wytwórnia płytowa ECM jest bowiem rodzajem estetycznego manifestu. Jej katalog można porównać do olbrzymiego klejnotu, w którym są precyzyjnie dobrane i obsadzone poszczególne płyty. Obok diamentów, jakimi niewątpliwie są albumy Keitha Jarretta czy Chicka Corei, jest tam też miejsce dla wielu mniejszych, choć równie pięknych kamieni. To kompozycja Eichera. Bielska Jesień jest moją.

Czemu więc poszedł pan na łatwiznę i wykorzystał pan kamienie z klejnotu Eichera?
Nie widzę w tym nic zdrożnego. Po prostu pierwszym pomysłem, jaki mi się nasunął, było przyjęcie jako mianownika estetyki ECM. Wydało mi się to naturalne, oczywiste i najprostsze. Z jednej strony bowiem jest to w tym momencie materia najbliższa mi artystycznie, z drugiej zaś mogę liczyć na pomoc z firmy w kwestii kontaktu z wykonawcami. Reszta jest dziełem moim i przypadku.

Przypadku?
Staram się tworzyć program festiwalu tak, jakbym komponował. Mogę zbudować utwór wokół septymy albo septymy pomniejszonej – zależnie od tego, które współbrzmienie wpadło mi najpierw do głowy. Podobnie było z wykonawcami: ot, choćby kto jest wolny na początku grudnia albo kto pierwszy wpadł mi do głowy.

Zatem kameralny charakter festiwalu, który uderza, kiedy spojrzy się na program bielskiej Jesieni, jest konsekwencją pana obecnych zainteresowań kameralistyką?
Tylko w pewnym sensie, bo przewagę kameralnych składów teoretycznie wymusiły realia sali bielskiego Domu Muzyki. Paradoksalnie jednak, coś, co miało mnie ograniczyć, dodatkowo mnie zmotywowało. Jak pan zauważył, kameralistyka, podobnie jak różnorodność muzyczna, zawsze były mi bliskie. Dlatego tegoroczna Jazzowa Jesień w Bielsku będzie bardziej kameralna od ubiegłorocznej edycji.


Gwiazdy Bielskiej Jesieni oczami Tomasza Stańki

Czwartek 30.11
Enrico Rava i Stefano Bollani (Włochy)
Zawsze miałem sentyment do trębaczy. Stąd też obecność na Jesieni jednego z największych wirtuozów europejskiej trąbki, Enrica Ravy. W Bielsku wystąpi on w pięknym, kameralnym projekcie z pianistą Stefanem Bollanim. To prawdziwa jazzowa perła.
Nik Bärtsch’s Ronin (Szwajcaria)
Szwajcarski pianista Nik Bärtsch i prowadzony przez niego zespół Ronin nie są na razie bardzo znani w Polsce. Warto jednak zwrócić uwagę na tę liryczną muzykę, określaną mianem zen funk.

Piątek 1.12
Jack DeJohnette Trio i Gary Peacock (USA)
W kategoriach małego sukcesu traktuję to, że w osobnych projektach pojawi się też sekcja rytmiczna Keitha Jarretta, z którą miałem przyjemność grać w latach 80. Najpierw usłyszymy nową, międzynarodową odsłonę Jack DeJohnette Trio ze znakomitym amerykańskim basistą Jeromem Harrisem i afrykańskim griotem Foday Musa Suso, a potem wspólny projekt Gary’ego Peacocka, mój i Marcina Wasilewskiego, w ramach którego podczas bielskiego festiwalu będę kontynuował moje poszukiwania bez perkusji.

Sobota 2.12
Savina Yannatou i Primavera en Salonico (Grecja)
Ozdobą festiwalu będą Greczynka Savina Yannatou i jej przepiękna world music, w której spotykają się tradycje greckie, korsykańskie, włoskie, sycylijskie, galicyjskie, palestyńskie, bułgarskie, albańskie, armeńskie, mołdawskie i ukraińskie.