Potem przyszedł czas "Feels Like Home" - w 2004, sprzedany w 10 milionach egzemplarzy, dzięki któremu miała okazję śpiewać u boku gwiazdy country, Dolly Parton. Po śmiałych i hojnych doświadczeniach z "The Little Willies", grupą country stworzoną przez jej męża i basistę Lee Alexandra, Norah Jones powróciła do formatu, który najlepiej do niej pasuje: ona na pianinie plus zespół akustyczny akompaniujący jej eterycznemu głosowi.

RAFAŁ ODRZYWAŁEK, SILVIANA MARE: Jakie rzeczy oddalają cię i przybliżają do innych dziewczyn, które też komponują i grają na fortepianie, takich jak Diana Krall czy Fiona Apple?
Wszystkie są inne. Ty mówisz Diana Krall, Fiona Apple... Ale są też inne pianistki, jak Alicia Keys. Każda z nich ma inny styl, każda jest wyjątkowa. Nie wiem, czy mamy coś wspólnego. Myślę, że wszystkie czujemy miłość do jakiegoś określonego typu muzyki, choć można by odnaleźć wiele wspólnych wpływów. Myślę, że każda z nas ma swój smak i własne kierunki. Być może jest to właśnie to coś, dzięki czemu jesteśmy interesujące.

Czy można mówić o jakimś odrodzeniu dziewczyn przy fortepianie?
Tak, myślę, że tak. Choć jeśli chodzi o mnie, to lubię od czasu do czasu porzucić fortepian i śpiewać na środku sceny. Zaczęłam trochę grać na gitarze i wydaje mi się to naprawdę wyzwalające i zabawne. Kocham fortepian, ale kiedy gram przed publicznością, fortepian staje się ogromny. Czuję, że się za nim chowam lub coś w tym stylu.

Różnica między tobą a Dianą Krall jest też taka, że ty nie jesteś żoną Elvisa Costello...
Duża różnica! Właśnie urodziły im się bliźnięta. Są tak zakochani, cudownie jest na nich patrzeć. Jestem żoną wielkiego autora piosenek, ale nie jest to Elvis Costello.

Wyobrażasz sobie życie, w którym nie możesz grać na fortepianie?
Tak, kiedyś mieszkałam bez fortepianu i było ciężko. Na studiach, później, kiedy się przeprowadziłam do Nowego Jorku, przez kilka lat nie miałam żadnego, a potem miałam jeden mały.

Gdy komponujesz, gdy robisz projekt swojej kariery, czujesz się osamotniona czy może czujesz wsparcie innych ludzi?
W proces tworzenia płyt włączam wszystkich. Ale jeśli chodzi o moją karierę, staram się nie myśleć o nikim. Lubię zachować kontrolę.

Bliżej ci do muzyka jazzowego czy country?
Żadnego z tych dwóch. Myślę, że jestem po prostu muzykiem. Kocham całą muzykę, ale oba te style mają na mnie duży wpływ. Nie lubię etykietek.

Zwykło się mówić o tobie, jak o osobie zazdrosnej o swoją muzykę. Czy to właśnie dzięki temu udało ci się sprzedać 30 milionów płyt?
Jestem zazdrosna w jednym sensie: chcę wszystko kontrolować. Skoro moim nazwiskiem i wizerunkiem firmuję całe to muzyczne przedsięwzięcie, chcę aby wszystko było moje. Być może popełniam błędy, być może robię rzeczy, które potem mi się nie podobają, ale mimo to chcę, żeby wszystko zależało ode mnie.

A nie pytają cię już o to, jak osiągnęłaś sprzedaż takiej liczby płyt?
No co wy, wszyscy wciąż o to pytają, a tak naprawdę nie jest to coś, co bym wiedziała. A ja nie mam przecież bladego pojęcia, serio.

Co lubisz robić, gdy nie zajmujesz się muzyką?
Zwyczajne rzeczy. To co inni. Kino, wyjście do knajpy ze znajomymi...

Nie myślałaś nigdy, by używać nazwiska męża i występować jako Norah Jones Alexander? Albo Norah Jones Shankar, po ojcu Ravi Shankarze?
Nie zmieniłabym swojego nazwiska, lubię je. Zawsze mi się podobało, jest krótkie.
Dorastałam, będąc Norah Jones. Jest to po prostu nazwisko, które zawsze nosiłam. Poza tym, mój ojciec nie był głównym motorem mojego rozwoju. Teraz jesteśmy w dość bliskich stosunkach, ale pozostanę przy moim nazwisku. Jestem panią własnego życia. Lee Alexander był esencją mojego muzycznego rozwoju już od pierwszej płyty. Jesteśmy razem, bardzo się kochamy. Ale noszenie czyjegoś nazwiska nie jest przecież dowodem miłości.

To prawda, że twoja matka była producentem płyt?
Nie, pracowała jako organizator koncertów, ale tylko kilka lat. W każdym razie kocha muzykę i to, czego nauczyłam się o muzyce, zawdzięczam właśnie matce.

Jaką wartość ma dla ciebie piosenka?
Piosenki to coś pięknego, co prowadzi cię do różnych miejsc. Czasem piosenki mówią ci o tym, co czujesz. Tak więc, kiedy przeżywam to uczucie, dobra piosenka zmusza mnie, bym ją przewinęła i posłuchała raz jeszcze. To ma dla mnie bardzo dużą wartość.

Kiedy się wie, że się ją odnalazło, że to właśnie ta piosenka?
Gdy ci się podoba i chcesz jeszcze raz jej posłuchać, i mówisz sobie: ok, jest całkiem niezła.

A która według ciebie jest najlepsza na twoim najnowszym krążku?
Nie wiem. Mam oczywiście ulubione piosenki, jak "Sinkin' Soon". To bardzo dobry kawałek. Są jeszcze inne jak "Broken" i "Not Too Late", podoba mi się też pierwsza piosenka na płycie ("Wish I Could"), ale ten album jest pewną całością. To trzynaście piosenek, które znakomicie współgrają. Myślę, że jeśli słuchasz go w całości, funkcjonuje bardzo dobrze.