Justyna Kobus: Rozmawiamy w berlińskiej galerii, gdzie w ramach festiwalu Berlinale prezentowana jest znana już na świecie pańska wystawa video-artu zatytułowana „Krew poety”. Video-art nie jest formą wypowiedzi powszechnie znaną. A już na pewno nie jest nią ta w pańskim wydaniu.
Lech Majewski: To prawda, to praca na na wskroś nowatorska i to pod wieloma względami. Klasyczny video-art zwykle jest pojedynczy i monotematyczny, nie tak rozbudowany jak moja wystawa, na którą składają się aż 33 obrazy. One mają oczywiście wspólną symbolikę, powtarzają się w nich pewne archetypy i postaci, co wzbogaca strukturę narracyjną całości. Dlatego porównuję moją pracę do „Ogrodu o rozwidlających się ścieżkach” Louisa Borgesa – oglądając ją, każdy buduje własny sposób interpretacji. Zresztą najbardziej mi zależało na tym, by dzieło tworzyło nieskończoną liczbę opowieści, przez każdego odczytywanych inaczej. To taka nielinearna, otwarta narracja... Widz może zacząć oglądać wystawę w dowolnym punkcie, a i tak dotrze do sedna, jeśli będzie czuł tego potrzebę.

Nie podsuwa pan oglądającym żadnych interpretacyjnych tropów?
Absolutnie żadnych poza tymi, które widoczne są w samym obrazie, dodatkowo wzbogaconym o ścieżkę dźwiękową, choć pozbawioną dialogu. Gdy prezentowałem to po raz pierwszy w nowojorskim Museum of Modern Art, ktoś spytał mnie, dlaczego nie ma tu w ogóle słów, dialogów. I nagle ktoś inny ze zdziwieniem oświadczył: „Jak to nie ma? Przecież tam jest mnóstwo dialogów!”. Po chwili okazało sie, że słyszała je spora cześć osób, wywiązała się dyskusja między tymi, którzy zapewniali, że przecież w ogóle ich nie ma, i tymi, którzy je słyszeli. Oczywiście, ci pierwsi mieli rację, ale zaintrygowało mnie to, dlaczego tak wiele osób je słyszało. I uzmysłowiłem sobie, że dialogi były w nich, że oglądając obraz i słuchając dźwięków, prowadzili dialog sami ze sobą. Stąd przekonanie, że on w samym dziele też istnieje. To była najciekawsza reakcja, z jaką miałem do czynienia w związku z wystawą. Co ciekawe – ta reakcja powtórzyła się wielokrotnie. Między innymi w Atlasie Sztuki, który zaprezentował ją jako pierwszy w Polsce.

Wspomniał pan o wystawie w nowojorskim Museum of Modern Art. Zaprezentować się w MoMa to marzenie każdego artysty...
Miałem to szczęście, że muzeum zaproponowało mi retrospektywę moich prac, jeszcze w ubiegłym roku. To było niezwykłe wyróżnienie, jako że okazałem się najmłodszym twórcą, któremu zrobiono tam indywidualną retrospektywę jeszcze za życia – zwykle organizuje się je artystom już po śmierci, gdy w grę wchodzi zamknięty już twórczy dorobek. Mój kurator zaproponował mi wówczas, bym uhonorował ten fakt i tak powstała „Krew poety”, którą planowałem jako cztery video-arty, a rozrosła się o 29 następnych. To właśnie wystawie w MoMA zawdzięczam już rozpoczęty „Lech Majewski Tour”, czyli podróż „Krwi poety” po największych muzeach Ameryki i Kanady. Ale ponieważ jesteśmy na festiwalu filmowym, powinienem chyba powiedzieć, że również na zamówienie Museum of Modern Art z video-artów stworzyłem 1,5 godzinna wersję filmową. Nosi tytuł „Szklane usta”, a na polskie ekrany wejdzie już niebawem, bo 12 kwietnia.

Oglądając pańskie video-arty myślałam, że jest tu wszystko to, co towarzyszy pańskiej twórczości. Wrażliwy bohater, chłonący świat wszystkimi zmysłami, wrażliwy więc cierpiący, którego boli życie... Tak jest w „Wojaczku”, w „Basquiacie”...
Pewnie dlatego, że zwykle bohaterami mojej twórczości są artyści – w „Angelusie” malarze. „Ogród rozkoszy ziemskich” to z kolei obraz Boscha interpretowany przez kobietę, znawczynię sztuki, w „Wojaczku” mamy nadwrażliwego poetę, „Pokój saren” też właściwie jest o poecie... To moje autorskie kino zawsze dotyczy sztuki. Projekty, w które jestem zaangażowany też mają podobnego, wspólnego bohatera –młody, bez skóry, czy raczej z odartą skórą...

...a więc cierpiący. Dokładnie taki, jak w prezentowanych video-artach, gdzie lęki i urojenia nie dają bohaterowi spokoju.
To nie urojenia, ale wspomnienia i ich mitologizacja. Jak mówi Oscar Wilde: „Pamiętamy to, co się nie wydarzyło i co nie mogło się nigdy wydarzyć”. Nasze umysły, a zwłaszcza bolesne traumy podkręcają i przerysowują rzeczywistość. Jeśli ktoś dotkliwie nas skrzywdzi, to gdy wyobrażamy sobie jakąś sytuację w przyszłości, będzie ona zdeformowana. Ja to nazywam „cross section”, czyli przekrój, rodzaj złożonej wiwisekcji psyche mojego bohatera. Tak naprawdę jest ona zbudowana w niewielkim stopniu z rzeczywistości, bardziej z naszego indywidualnego sposobu jej filtracji. Ona może być pozytywna, wtedy zaczynamy pewne sytuacje „przeróżawiać”, i odwrotnie, jeśli coś nas bardzo zraniło, zaczynamy przekręcać obraz świata w tę ciemniejszą stronę.

Poeta, malarz, reżyser teatralny i filmowy... Które z tych wcieleń jest panu najbliższe?
Zawsze przede wszystkim byłem malarzem i poetą, także w moich filmach. W „Krwi poety” wykorzystałem oba te źródła twórczości. Malarstwo pozwala mi intensyfikować obraz filmowy, poezja z kolei uczy skrótu myślowego, metafory, zamiast długich, sąnistych, łopatologicznych dialogów. Zwykle jestem szczęśliwy, gdy udaje mi się zmusić widza do główkowania. Zawsze zresztą w kinie męczyła mnie ta jego nadmierna „literatura”. Oczywiście ta w wydaniu Tarkowskiego albo Bunuela to co innego... Ale dziś kino staje się telenowelą i to mnie przeraża. Marzy mi się robienie kina uwolnionego od ciężaru dialogu. Słowo ogranicza obraz, bo wymusza dosłowność. Pewnie, że tzw. elitarna sztuka jaką sam uprawiam, to nie jest łatwy kawałek chleba. Ale nie narzekam, bo moja twórczość – z pozoru skazana na wąską widownię – gdzieś tam podróżuje po świecie i jest chętnie oglądana. I to nie tylko w tak elitarnych miejscach, jak na uniwersycie w Harvardzie, Yale czy w Washington National Galery... Ale pokazują ją również stacje telewizyjne.