Krzysztof Jarosiński: Dlaczego zdecydował się pan być jurorem na Festiwalu Filmów Sportowych?
Daniel Olbrychski: Bo jestem przede wszystkim kibicem sportowym. Kino interesuje mnie w drugiej kolejności. Marzenie, żeby kimkolwiek w życiu być, osiągnąć sukces, narodziło się dzięki sportowi. Mistrzowie sportowi wywarli na mnie ogromne wrażenie. Zostałem aktorem, ale przez całe życie towarzyszył mi sport. Niestety, nigdy nie byłem wierny jednej dyscyplinie. Okazało się jednak, że moja wszechstronna sprawność fizyczna przydaje się właśnie w filmach. Pierwszy raz w moim życiu sport i film połączyły się na początku mojej kariery, bo w 1965 roku, kiedy to zwróciło się do mnie dwóch wybitnych dziennikarzy sportowych: Bohdan Tomaszewski i Jerzy Suszko. Napisali scenariusz filmu "Bokser" i zaproponowali, bym zagrał w nim główną rolę. Wiedziałem, że muszę się przygotować do wykreowania tej postaci i boksować tak jak prawdziwy bokser. Przez pół roku trenowałem wiele godzin każdego dnia. Nadal boksuję, jeżdżę konno i uprawiam szermierkę. Dzięki festiwalowi filmów sportowych znów po latach dwie dziedziny, które tak bardzo kocham, czyli sport i kino, połączyły się w jedno. Od niedawna kręcę serial zatytułowany "Dwie strony medalu", którego akcja toczy się w środowisku sportowym. Gram byłego medalistę olimpijskiego, który marzy o tym, by w małym miasteczku powstała sekcja bokserska.

W jakiej pan jest formie?

Wydaję mi się, że nawet w lepszej niż przed kilkudziesięciu laty. Może się mylę, ale czuję się świetnie. Mam dość radosny stosunek do świata, nie muszę się z nikim ścigać i za wszelką cenę czegoś udowadniać. Wydaje mi się, że moje życie, w sensie zawodowym i osobistym dość mi się udało. Mam radość z tego, że mogę spojrzeć wstecz i powiedzieć: miałem dużo szczęścia, ktoś tam w górze chyba mnie lubi, a ja potrafię umiejętnie z tej sympatii skorzystać. Nie podsumowuję jednak swojego życia. Mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze dużo różnych radości. Definitywnie rzuciłem palenie i alkohol. Czas biegnie bardzo szybko i dlatego nie chciałbym zmarnować tego, co zostało. Wolałbym sprawić sobie i innym coś aktorsko interesującego. A do tego potrzebna jest przecież dobra forma, również fizyczna.

Podobno nie zależy panu na kolejnych rolach, nie zabiega pan o nie. Prawda to?
Nie jest tak do końca. Z wiekiem dostaje się po prostu mniej propozycji. Kiedy byłem młodym aktorem, szybko zwróciłem na siebie uwagę reżyserów polskich i zagranicznych, a co za tym idzie i publiczności. Większość scenariuszy filmowych opowiada o ludziach młodych, a nie o starcach. A publiczność w głównej mierze stanowią ludzie przed trzydziestką. Poza tym w naszym kraju powstaje niewiele ponad 20 filmów rocznie. Aktorów mogących grać główne role jest zdecydowanie więcej.

Może pora więc na to, żeby ktoś napisał rolę specjalnie dla pana?
Może tak, ale wtedy chyba sam musiałbym zostać producentem, jak Clint Eastwood albo Robert De Niro, sam taki film wyreżyserować i sam w nim zagrać. Wiem jednak, że szukanie pieniędzy na takie projekty jest bardzo trudne. Poza tym, żeby zainwestowane pieniądze się zwróciły, film w kinach musiałoby zobaczyć około miliona ludzi. A to już w naszym kraju jest bardzo trudne.

Oj, nie byłoby chyba tak trudno. Jest pan przecież najbardziej rozpoznawalnym polskim aktorem...
W każdym pokoleniu, w każdym kraju jest co najmniej kilku znaczących aktorów. Miałem to szczęście, że w młodości grałem w filmach Wajdy, które oglądał niemal cały świat. Dzięki temu zwrócono na mnie uwagę w wielu krajach. Już ode mnie zależało, czy grając w filmach rosyjskich, węgierskich, niemieckich, francuskich, włoskich i dwukrotnie amerykańskich, potwierdzę swoją wartość. Mam nadzieję, że w większości przypadków to się udało.

A nie ma pan trochę żalu do Andrzeja Wajdy, że nie zaangażował pana do swojego najnowszego filmu "Post mortem. Opowieść katyńska"?
Widocznie tym razem nie miał dla mnie roli. Pamiętał o mnie, reżyserując "Pana Tadeusza", obsadził mnie też w "Zemście", w roli wydawałoby się kompletnie nie dla mnie. Gdyby do swojej najnowszej produkcji potrzebował kogoś takiego jak ja, to by mnie zaangażował. Być może znajdzie jeszcze kiedyś czas i temat, by ze mną pracować. Zagrałem w jego trzynastu filmach... Chyba nie było takiej współpracy reżysera z aktorem w historii kinematografii światowej. Sądzę, że w ogóle miałem szczęście grać w ważnych europejskich filmach. Przecież nawet wielcy aktorzy grają w trzech, czterech znaczących obrazach. Reszta to filmy tak zwanej kategorii B bądź seriale. Nieczęsto się gra w filmach, które są kamieniami milowymi kinematografii, a ja właśnie do takich miałem szczęście. Pracowałem z Wajdą, Lelouchem, Schlöndorffem, Michałkowem, czyli najważniejszymi europejskimi reżyserami. Powtarzam, miałem dużo szczęścia.

Nie ma pan ochoty wziąć sprawy w swoje ręce i wyreżyserować film? Scenarzystów w Polsce nie brakuje, więc z pewnością znalazłby pan dobry scenariusz...
To prawda. Rozwijają się, pisząc te najrozmaitsze seriale. Uważam, że to wspaniały warsztat. Zresztą, moim zdaniem, granie w serialach powinno być obowiązkowe dla studentów szkół teatralnych. W serialu od razu widać, kto jest zdolny. Przed kamerą można sprawdzić, czy młody aktor ma charyzmę, czy posiada rodzaj prawdy niezbędny do uprawiania tego zawodu.

Tą opinią narazi się pan chyba wielu kolegom po fachu, którzy twierdzą, że seriale psują aktorów?
Uważam, że nie mają racji. Aktorów młodych poznaję niemal wyłącznie w serialach. Moim zdaniem, teatr polski w ostatnich czasach jest niezbyt wyrazisty. Obsada młodych aktorów, którą zaproponowałem Konczałowskiemu do "Króla Leara" (premiera: listopad 2005, Teatr na Woli), była oparta właśnie na serialach. Sam gościnnie zagrałem w kilku i jestem fanem jako widz tego gatunku, więc wiem, co mówię. Serial to świetny sprawdzian dla młodych...

Łatwo panu mówić, bo pan aktorstwa uczył się, grając w filmach Wajdy, a nie w serialach. Ale pytałem pana o to, czy nie pora, by samemu zabrać się za reżyserowanie filmów?
Wajda, ucząc mnie kina, zauważył, że mam dużo pomysłów wykraczających poza obowiązek aktorski. Już pracując przy "Popiołach", wymyślałem sceny, proponowałem różne rozwiązania w kwestii poprowadzenia postaci. W efekcie, zostałem asystentem Wajdy przy "Polowaniu na muchy". Powiedział wtedy do mnie: "Kiedyś będziesz chciał reżyserować, więc fakt, że byłeś u mnie asystentem z pewnością ci pomoże". Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach na wszystko trzeba było mieć papier...

Ma pan papier, dlaczego więc pan nie reżyseruje?
O kinie wiem bardzo dużo. Pracowałem z największymi i uważnie, jak Clint Eastwood, przypatrywałem si, jak oni reżyserują. Wydaję mi się, że sporo się od nich nauczyłem. Fakt, że dotąd nie zrobiłem swojego filmu, świadczy o tym, że nie miałem wystarczającego imperatywu. Nie poczułem, że muszę wyreżyserować film, by czymś się podzielić. Gdyby ktoś mnie zmusił, to pewnie bym to zrobił. W teatrze już reżyserowałem. Dostałem propozycję od Greków, podpisałem umowę i z przyjemnością to zrobiłem. Nawet dostałem nagrodę za reżyserię.
Z filmem to jest niestety bardziej skomplikowane. Po pierwsze, trzeba mieć temat, o którym bardzo się chce opowiedzieć. Miałem już takie tematy, ale jakoś przestały mnie interesować.

To niech pan da ogłoszenie, że czeka na scenariusz z dobrą rolą dla pana, który chce pan wyreżyserować...
Jednak, kiedy się powie "a", trzeba powiedzieć "ą". Któryś scenariusz mnie zachwyci i wtedy dopiero będę miał kłopot. Trzeba będzie uruchomić tę całą machinę, jaką jest film. Musiałbym poświęcić temu co najmniej półtora roku życia. Na razie zastanawiam się, czy warto. Tyle jest przecież innych ciekawych rzeczy do roboty. Samo życie mnie tak pochłania, że zastanawiam się, czy nie szkoda mi czasu na filmy. Widocznie nie mam odpowiedniego "musu". Poczekam, może przyjdzie i po prostu będę musiał wyreżyserować film. Pociesza mnie, że starszy ode mnie De Niro postanowił zadebiutować jako reżyser.