Role twardych kobiet to jej specjalność. Taka była w wykonaniu Lucy Liu pyskata prawniczka z popularnego serialu "Ally McBeal", który przyniósł jej sławę. Również wywijająca fikołki agentka rządowa w "Ballistic". Wreszcie zbuntowana księżniczka Pei-Pei, którą z opresji na Dzikim Zachodzie musiał ratować sam "Kowboj z Szanghaju" Jackie Chan. Lepiej nie zadzierać też z Lucy - członkinią Plutonu Śmiercionośnych Żmij w kultowym "Kill Billu" Quentina Tarantino.



Nie boisz się zakwalifikowania do jednego rodzaju ról?
Lucy Liu: Kiedy zaczynałam przygodę z kinem, postanowiłam, że będę inna niż wszyscy wokół. Ten biznes to trochę loteria - grasz, grasz, aż wreszcie trafisz na rolę, jakby specjalnie napisaną dla ciebie. Potem dostajesz coraz więcej podobnych propozycji. Z czasem uczysz się na to patrzeć z dystansu i dokładnie wyczuwasz, co różni, a co łączy cię z innymi. Na szczęście nie zawsze gram złe postaci. Mam wystarczająco dużo talentu, żeby grać różne.

Płatną zabójczynią byłaś już kilkukrotnie. Jak to się stało, że zostałaś jedną z członkiń Plutonu Śmiercionośnych Żmij w "Kill Billu"?
Quentin zadzwonił do mnie i poprosił, żebym przeczytała scenariusz, ale nie powiedział, w jakiej roli mnie widzi. Potem spotkaliśmy się na kolacji. Zapytał, jak mi się podobał? Powiedziałam, że nawet bardzo, choć Orin wydała mi się przerażająca. Zerwał się od stołu i zaczął krzyczeć: "Czyli nie chcesz zagrać tej postaci?". Po czym chyba zrozumiał, że coś pomieszał, i dodał: "Dałem ci już pierścionek, ale nie zadałem pytania". Ukląkł i spytał w końcu: "Czy zechciałabyś ją zagrać?". A ja na to: Tak, oczywiście.

Znałaś go wcześniej?
Nie. Kiedy do mnie zadzwonił, ciągle powtarzał, że spodobałam mu się jako księżniczka w "Kowboju z Szanghaju". W sumie nie powinnam się dziwić, przecież Quentin to spec od kina azjatyckiego.

Namawiał cię do oglądania filmów kung-fu?
Przesłał mi tylko jeden - historię japońskiej samurajki, która walczyła w bardzo kobiecy sposób. Wzorowałam się na niej, przygotowując do roli Orin.

Filmowa Orin posługiwała się bronią całe życie. Trudno było ci się przygotować do wszystkich pojedynków i jatek?
Musiałam dużo ćwiczyć. Walka mieczem samurajskim to nie tylko kwestia kondycji fizycznej, ale i towarzyszących temu emocji. Miecze w "Kill Billu" są jak odrębne postaci, traktowane zresztą po królewsku. Uma jedzie do Japonii, a Sony specjalnie dla niej wytwarza jeden, jedyny egzemplarz. Nawet jeśli chciała umrzeć jak najszybciej, to musiała cały miesiąc czekać na jego wyprodukowanie. Dla Orin zginąć od miecza Hatori znaczy tyle, co umrzeć z honorem. Od początku wiadomo, że taka dziewczyna nie zejdzie z tego świata we śnie. Musi zostać zabita mieczem. I to nie pierwszym z brzegu, ale zrobionym z najlepszego metalu.

Spytałaś kiedyś Tarantino, dlaczego kilerami uczynił głównie kobiety?
To proste. Uważa je za niezłe cwaniary. Ale ja, dziewczyna, mam o nich dokładnie takie samo zdanie.

Cwane i mściwe?

Zemsta rzadko bywa pomocna, a to, co robisz, wraca do ciebie w dwójnasób. Kiedy uczynię coś wstrętnego, powinnam spodziewać się, że coś złego przytrafi się i mnie. Więc mściwa nie jestem. Nigdy nie stawiam wysokich wymagań na planie ani nikogo nie ranię. To, gdzie jestem teraz, nie odbyło się niczyim kosztem.

I nie masz ochoty spuścić lania wszystkim tym, którzy prześladowali cię w dzieciństwie jako córkę chińskich emigrantów?
No może trochę. W końcu rodzice przykładali do mojego wychowania wielką wagę. Za każdym razem podkreślali, że porządna edukacja da mi szansę na lepsze życie w tym kraju. Nie byli zachwyceni, że zostałam aktorką, bo taka praca nie gwarantuje stałych dochodów. Zmienili zdanie, gdy zobaczyli, że wykonując ten zawód, czuję się szczęśliwa i że pieniądze z tego nie są też najgorsze. Jednak tak naprawdę odetchnęli z ulgą dopiero, jak zobaczyli, że potrafię sama oszczędzać.

Jak role twardych dziewczyn wpływają na twoje życie osobiste?
Myślisz, że faceci boją się ze mną umawiać? Co to, to nie. Ludzie często mylą aktora z postaciami, które gra. Z jednej strony to dobrze, bo znaczy, że chyba porządnie wykonuję swoją pracę. Nie czuję potrzeby, by ludzie znali mnie od strony prywatnej. Wystarczy, że będą szanowali mnie jako aktorkę. To, że ktoś widzi mnie jedzącą pizzę, nie powinno wpływać na to, jak odbiera mnie na ekranie w roli rodowitej Japonki. Takiej jak Orin - Bill mówi jej, że ma kogoś zabić, to po prostu to robi. Taka praca.

Jako Orin masz spojrzenie, jakby bycie mściwą jędzą sprawiało ci przyjemność. Podobnie było wcześniej w "Ally McBeal"...
Nie lubię łączyć ze sobą różnych ról. Ling w "Ally McBeal" była osobą, którą i tak wszyscy kochali. Inaczej ruszałam gałkami ocznymi, inaczej biegałam.

Co poza grą aktorską najbardziej cię bawi?
Lubię uprawiać sztukę, spędzać czas na świeżym powietrzu, na pieszych wycieczkach, jeżdżąc na koniu albo wspinając się po skałkach.

O jakiej sztuce konkretnie mówisz?
Fotografii łączonej z innymi mediami. To zajęcie dla mnie w przerwach między kręceniem kolejnych filmów. Miałam już kilka swoich wystaw, ale ostatnio trochę to zaniedbałam.

Wyglądasz na osobę bardzo pewną siebie. Zawsze tak było?
Kiedy dorastałam, widziałam, jak traktowani byli moi rodzice, tylko dlatego, że nie mówili dobrze po angielsku. To bolało. Ale i pomogło mnie wzmocnić, bo było bodźcem do pracy nad sobą. Nigdy jednak nie zapomniałam, skąd pochodzę.

Rodzice wyjechali z Chin zanim przyszłaś na świat. Miałaś okazję poznać kraj przodków?
Owszem. Byłam w Pekinie kilka lat temu i całkiem niedawno. Nie mogłam się nadziwić, jak bardzo zmieniło się to miasto. Wcześniej były tam ze dwa hotele, a teraz całe przypomina zachodnią aglomerację.

Jeszcze jedno pytanie: czy wolno ci zachować dla siebie ubrania, które nosisz w filmach?
Zawsze o to pytam ludzi od produkcji i słyszę zapewnienia: "Tak, tak, oczywiście". Po czym po zakończeniu zdjęć tak się jakoś dziwnie składa, że te ciuchy nigdy do mnie nie trafiają. Z "Kill Billa" mam tylko kimono. Zapakowałam je hermetycznie w szczelnym pojemniku, bo nigdy nie wiem, czy nie będę go musiała włożyć ponownie.

Jest zakrwawione?
Nie. Specjalnie starałam się go niczym nie zabrudzić, bo widziałam, że plamy krwi mogą później niekorzystnie wyglądać.

Rozmawiała: Kate Midland/IFA/Syndykat Autorów