Młode małżeństwo z dwójką dzieci i teściowa - "Plac Zbawiciela" opowiada prawdziwą ich historię. Trójka dorosłych bohaterów: Jowita Budnik, w roli Beaty,
Arkadiusz Janiczek, jako Bartek, mąż Beaty i Ewa Wencel, w roli Teresy, teściowej - przez splot przypadków - zostaje "skazana" na wspólne życie.

Rodzina pogrąża się we wzajemnych pretensjach. Sfrustowani, z czasem stają się coraz bardziej wrodzy wobec siebie.

Bieda, poczucie odrzucenia, samotność - one kierują ich postawami. Efekt? Nienawiść i złość, a w konsekwencji utrata najważniejszego: rodziny. "Plac Zbawiciela" jest historią walki o prawo do przyzwoitego życia i zachowania godności. Autorzy nie mają wątpliwości, że w centrum takiej opowieści trzeba było postawić kobietę.

Jowita Budnik jest w swej roli zdumiewająca. Ci, którzy pamiętają ją z roli nastolatki w tasiemcu "W labiryncie", przeżyją szok. W "Placu Zbawiciela" Budnik, celowo toporna, mocno przy kości, wyrzeka się kobiecego wdzięku, zapomina o urodzie. I może przez to jest tak przejmująca. Dzięki niej wierzymy, że polska everywoman tej dekady, może się stać nową Medeą, która próbuje siebie - i dzieci - uwolnić od tego świata.

Znakomita, na przemian toksyczna i współczująca, jest Ewa Wencel jako teściowa. Arkadiusz Janiczek nie próbuje, zgodnie z obowiązującym w polskim kinie zwyczajem, za wszelką cenę obronić swojego Bartka.

"Plac Zbawiciela" w pierwszej warstwie pokazuje wynaturzenia nowego porządku. Jest kinem społecznym w najlepszym rozumieniu tego słowa. Pod powierzchnią opowieści o losach Beaty i Bartka kryje się jednak coś jeszcze: udana próba uczynienia polskiej współczesności tłem czy wręcz jednym z bohaterów moralitetu, który - chociaż wyrasta z konkretnego tu i teraz - odrywa się od nich. Staje się opowieścią uniwersalną.

Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze udowodnili, że polską brudną współczesność można przekuć w filmowy moralitet wedle miar, nie przymierzając, greckiej tragedii.