Wczoraj na płockim Starym Rynku odbył się benefis z okazji 60-lecia pracy aktorskiej Gustawa Holoubka. Uroczystość była jednym z najważniejszych punktów Międzynarodowego Festiwalu Zawodów Filmowych Cinemagic.pl. Spotkanie z wybitnym aktorem było okazją do przypomnienia jego wielkich ról i wspaniałych osiągnięć filmowych i teatralnych. Specjalnie dla DZIENNIKA Gustaw Holoubek opowiada o istocie zawodu aktora i znaczeniu teatru.

Aleksandra Burba: Wspominał pan kiedyś, że na początku kariery zachłysnął się aktorstwem, żeby dopiero później odnaleźć jego sens. Co w takim razie jest sensem aktorstwa?
Gustaw Holoubek: Około dziesięciu lat trwało, zanim znalazłem powód do uprawiania tego zawodu. W miarę doskonalenia techniki przychodziły mi do głowy różne powody, dla których zostałem aktorem. Aktorstwo, teatr i w ogóle sztuka polegają na dawaniu, nie na braniu. To, co zachłystuje na początku, tak zwana popularność, szybko mija. To, co trwałe, zaczyna się wtedy, kiedy człowiek wydatkuje z siebie na użytek innych pewne wartości, których się nauczył. To jest prawdziwym sensem twórczości.

Ewa Lipska twierdzi, że poetą się bywa, a nie jest. Jak to jest z występowaniem na scenie i w filmie? Aktorem się bywa czy jest? Aktorem się jest. Trzeba nim być, bo to nie jest tak jak z jazdą na rowerze, że człowiek nauczył się tego jako dziecko, a potem ma osiemdziesiąt lat i nadal jeździ bez przeszkód. Wyjście z zawodu, próba uprawiania innego albo czegoś pokrewnego, co jest tylko paraaktorstwem, ma zawsze negatywne skutki. Człowiek zapomina, nabiera poczucia skrępowania i brak mu odpowiedzialności.

Mówi się o panu "aktor intelektualny". Pan temu zaprzecza, rozróżniając między intelektualistą a inteligentem. Czy istnieje obecnie w aktorstwie etos inteligencji?
Etos inteligencji zaistniał w całej krasie w przypadku aktorów filmowych. Nawet w Hollywood znakiem rozpoznawczym powodzenia często jest intelekt. Jeszcze trzydzieści lat temu decydowały tzw. warunki zewnętrzne. Gwiazdorzy byli przystojni, męscy. W tej chwili występują kurduple, ludzie często brzydcy, bez ostentacyjnej urody, ale ich walorem jest właśnie inteligencja. Ona sprawia, że mogą porozumieć się z ludźmi szybciej niż człowiek niewrażliwy. Na przykład Anthony Hopkins: przeciętna uroda, starszy pan, a to jeden z największych aktorów w historii filmu.

Czym w takim razie różni się aktorstwo filmowe od teatralnego? Czy mogą ze sobą konkurować?
W teatrze zamieniamy swoją własną osobę na postać, którą kreujemy. W filmie dzieje się to w znacznie mniejszym stopniu. Sukces obecności na ekranie polega na tym, że się w ogóle nie gra. Nie powinno się udawać innej osoby. Przeciwnie, sukcesy filmowe odnosi się wtedy, kiedy jest się wiernym swojej własnej osobowości i demonstruje sposób bycia właściwy życiu codziennemu. Na tym polega formuła wielkiej gwiazdy filmowej. Mamy tu przecież do czynienia z ludźmi, którzy grają po kilkadziesiąt lat i ciągle są tacy sami. Nie oczekujemy od nich niespodzianek. Przeciwnie - są dopasowywani do postaci, które mają grać.

Za jedną z najważniejszych pańskich ról uważa się postać Konrada-Gustawa w "Dziadach" Kazimierza Dejmka. Czy również pana zdaniem jest to najlepsza rola, jaką pan zagrał?
To nie ja decyduję o ocenie ról. Samopoczucie aktora często nie zgadza się z odczuciem widowni. Konrad-Gustaw należy na pewno do największych zadań mojej kariery, ale to jest także zależne od zawartości literackiej. Takie utwory sceniczne jak "Dziady" mają w sobie ogromną rangę poetycką. Stawiają o wiele trudniejsze zadanie, wymagające większego talentu i kunsztu niż przeciętne role.

A czy zdarzyła się w pańskiej karierze rola, którą - patrząc z perspektywy czasu, ale również obserwując dokonania kolejnych aktorskich pokoleń - zagrałby pan dziś inaczej niż kiedyś?
Jestem zupełnie wolny od tego typu myślenia. Obserwuję kolegów grających moje dawne role i nigdy nie kojarzę ich ze swoją osobą. Nie zastanawiam się, czy mnie przypominają, czy mnie w jakiś sposób może naśladują albo czy są od tego dalecy. Obserwuję ich po prostu jako nowy eksponat, nowy gatunek tego samego zjawiska.

Od dawna broni pan swojej wizji sceny - wysokiego stylu, ładu, harmonii. Jak pan wobec tego ocenia współczesny teatr?
Nie wiem, czy moją wizję teatru można nazwać wysokim stylem. Przede wszystkim chodzi w niej o to, że teatr ma bardzo określone kryteria piękna. Teatr nie służy do podglądania, ale do oglądania rzeczywistości. Jest rzeczą znamienną, że od początku świata eliminuje ze swojego arsenału wszystko, co jest bliskie fizjologii. Zajmuje się wyłącznie znamieniem człowieczeństwa, które odróżnia nas od zwierząt. Wszelkie ekscesy, które jakoby mają wartość awangardową, są na ogół nieudane. Mówiąc bardzo drastycznie, Hamlet powinien jako człowiek od czasu do czasu pójść do toalety, ale w teatrze nikogo to nie obchodzi i nie o tym jest sztuka. Z kolei miłość w teatrze jest miłością opisaną, a nie miłością fizycznie dosłowną. Roi się od eksperymentów, zwłaszcza młodych ludzi, którzy mają ambicję przewrócenia tego wszystkiego do góry nogami. Nie rozważam aspektu moralnego, ale po prostu nie ma to najmniejszego sensu, bo nie jest zgodne z naturą teatru. Okazuje się, że to nie tylko nikogo nie obchodzi, ale nawet odraża. Widz, obserwując demonstracje ściśle związane z fizjologią uczuć, wychodzi z teatru. Kino dopuszcza sytuacje, które w teatrze nie mogłyby mieć miejsca, na przykład nagość kochanków. Musi ona jednak mieć i kształt, i powód artystyczny. W przeciwnym razie zaczyna być pornografią. U Bergmana stoją obok siebie dziewczyna i chłopak, ubrani od stóp do głów. Widzimy tylko ich twarze, a ekscytacja erotyczna w tym wypadku jest o wiele większa, niż gdyby stanęli nago. Nagość obnaża często biedę człowieka. Można to zamienić na urodę, ale tylko gdy forma, kształt i jakość pokazania są odpowiednio ograniczone.

Nazywał pan przeznaczenie głównym partnerem w życiu. Czy zastanawia się pan czasem, dlaczego pańska kariera potoczyła się tak, a nie inaczej?
Bardzo łatwo jest zwalać wszystko na los, ale temu przeznaczeniu trzeba dać jakiś powód do tego, żeby pójść w dobrym kierunku. Moim celem, drogą wyboru, byli zawsze inni ludzie. Garnąłem się do teatrów, których dyrektorami byli wybitni artyści, i których zespoły były na bardzo wysokim poziomie.