Chciał on stworzyć tzw. muzeum krytyczne, prezentujące sztukę polską na tle sztuki światowej. Rada uznała, że koncepcja nie gwarantuje ani zwiększenia prestiżu, ani poprawy sytuacji finansowej muzeum. Odwiedza je około 400 tys. osób rocznie. To trzykrotnie mniej niż np. Wawel.

Do każdego zwiedzającego państwo dopłaca ok. 400 zł, bo koszty wystaw znacznie przewyższają wpływy z biletów. Placówka utrzymuje się głównie z państwowej dotacji (ok. 29 mln zł), która w 96 proc. idzie na wynagrodzenia pracowników.

Co prawda większość muzeów na świecie nie jest samowystarczalna, ale potrafią one zarabiać, przeznaczając np. część powierzchni na restauracje. Skuteczniej też niż nasze Narodowe umieją zdobywać sponsorów. Np. Museum of London w ciągu dwóch lat zebrało ok. 20 mln funtów. W tym roku też uzyska prawie milion funtów. Głównie za sprawą wielkiej imprezy, którą dyrektor placówki Jack Lohman, a jednocześnie szef rady powierniczej naszego Muzeum Narodowego, organizuje dla darczyńców. Uczestnicy będą musieli słono zapłacić za bilety, a potem dorzucić za to, że zaproszą na weekend dyrektora muzeum. Cena wywoławcza za Lohmana to 250 tys. funtów.