Marzenia o polskim Hollywood mogą się spełnić w Krakowie. Realizują je na razie filmowcy z Indii. Żeby ściągnąć ekipy z USA, trzeba iść śladem Czechów czy Węgrów i stworzyć im przyjazne warunki ekonomiczne. Entuzjazm nie wystarczy.

Tłumy turystów kłębią się na krakowskim rynku. W stronę Sukiennic przez pełną przechodniów uliczkę przebija się człowiek na wózku inwalidzkim. Nerwowo rozgląda się wokół siebie. Ludzie, widząc wózek, ustępują i tworzą korytarzyk, który niknie zaraz w tłumie. Nagle wózek zatrzymuje się niemal na środku zapełnionego ludźmi rynku. Mężczyzna spogląda w niebo, zamyka oczy i... odpala ładunek wybuchowy ukryty w ubraniu.

Samobójczy atak islamskiego terrorysty? Nie. Filmowa fikcja, wymyślona przez bollywoodzkich scenarzystów, którzy właśnie kręcą w Krakowie zdjęcia do sensacyjnej superprodukcji „Banita” („Mujjahir”) w reżyserii Prashanta Chadha. – To bollywoodzka odpowiedź na „Tożsamość Bourne’a” – mówi Magdalena Sroka, dyrektorka Krakowskiego Biura Festiwalowego. Tak jak w amerykańskim filmie nie zabraknie tu widowiskowych pościgów i dramatycznych zwrotów akcji. Bohater przemierzy Polskę, Niemcy, Maroko i Indie, by ratować ludzkość przed atakiem biologicznym.

W Krakowie powstanie kilka widowiskowych scen superprodukcji. Tytułowy banita będzie m.in. skakał z mostu do barki pływającej po Wiśle i uciekał motorówką przed wrogami. Hinduscy producenci szukali europejskich „egzotycznych” plenerów. I choć do wyboru mieli też czeską Pragę – preferowaną np. przez zachodnich filmowców – zdecydowali się na Kraków.

A to oznacza dla tego miasta zarobek rzędu niemal 2 mln dolarów. Szacuje się, że tyle pieniędzy w ciągu 18 dni zdjęciowych zostawi w Krakowie 50-osobowa ekipa. Takich okazji Polska mogłoby mieć znacznie więcej. Dysponująca wielomilionowymi budżetami branża filmowa mimo kryzysu pozostaje jedną z najprężniej rozwijających się gałęzi gospodarki. Nie tylko w USA, gdzie rynek filmowy jest wart ponad 40 mld dolarów, ale też w Europie. Niestety, w Polsce na przeszkodzie realizacji wielkich międzynarodowych produkcji stoi ciasnota naszych filmowych hal oraz wyjątkowo nieprzyjazny system podatkowy.

Krótki żywot filmowego miasteczka

– To spełnienie długoletnich, nigdy niezrealizowanych dążeń polskich filmowców – cieszył się jeszcze trzy lata temu Andrzej Wajda, gdy w świetle kamer premier Jarosław Kaczyński, minister kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierz Michał Ujazdowski oraz minister obrony narodowej Aleksander Szczygło podpisywali porozumienie o budowie polskiego miasteczka filmowego w Nowym Mieście nad Pilicą. Na terenie byłego lotniska wojskowego miało stanąć 10 olbrzymich hal produkcyjnych, minipole golfowe, stadnina koni, korty tenisowe, sztuczny zbiornik wodny i hotel.

Większość ze 100 mln złotych, jakie miała pochłonąć olbrzymia inwestycja, twórcy projektu zamierzali zebrać z unijnych funduszy strukturalnych. Prace planowano zakończyć w 2009 r. Ale szybko okazało się, że radość Wajdy była przedwczesna. Położone 80 km od Warszawy 467-hektarowe lotnisko nadal stoi puste. – Projekt upadł, bo zabrakło politycznej woli do jego zrealizowania. Ministerstwo wykreśliło go z listy priorytetowych inicjatyw – mówi Rafał Jankowski z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. PISF, który razem ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich stworzył podwaliny planu budowy polskiego Hollywood, nie zamierza już wracać do tego pomysłu.

Marzenia o filmowym miasteczku z prawdziwego zdarzenia – na wzór brytyjskiego studia Pinewood koło Londynu czy czeskiego studia Barrandov w Pradze – odżyły, gdy o swoich planach ponad półtora roku później poinformowała ATM Grupa. Należąca do grona największych producentów telewizyjnych, mająca na koncie m.in. bijący rekordy popularności serial Polsatu „Świat według Kiepskich” czy reality show „Big Brother”, zamierzała wybudować filmowe miasteczko w podwrocławskich Bielanach. Tam mieści się bowiem siedziba firmy i stoi kilka hal wykorzystywanych obecnie do telewizyjnej produkcji ATM.


Pod Wrocławiem miały stanąć, prócz studiów nagraniowych, także profesjonalna rekwizytornia, charakteryzatornia, „backloty” – czyli sztuczne plenerowe scenografie – oraz garderoby aktorów, biura producentów i pracowników administracji, a nawet restauracja. Koszt inwestycji miał się zamknąć w 100 mln zł. ATM poinformowało nawet o współpracy ze zdobywcą Oscara za scenografię do „Listy Schindlera” Allanem Starskim, który miał ściągać do Wrocławia producentów z amerykańskiej Fabryki Snów. Na liście filmów do zrealizowania w nowym miasteczku była m.in. ekranizacja w koprodukcji bestsellerowych kryminałów Marka Krajewskiego z komisarzem Eberhardem Mockiem w roli głównej.

Ale nowych hal nie wybudowano. – Projekt czeka na lepsze czasy, nie zrezygnowaliśmy z niego – mówi dziś Maciej Grzywaczewski, wiceprezes ATM. Na razie spółka postanowiła zrealizować mniejszą, wartą 50 mln zł inwestycję w Warszawie. Studia filmowe, które powstają między ulicą Jeziorową a Wałem Miedzeszyńskim w Wawrze, będą konkurowały z działającą od 60 lat przy ulicy Chełmskiej Wytwórnią Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. W połowie przyszłego roku w sześciu nowych halach pojawią się pierwsze ekipy filmowe. Ale jak przyznaje Grzywaczewski, zapełnią się one przede wszystkim krajowymi produkcjami telewizyjnymi – telenowelami i rozrywkowymi show. Nikt nie liczy na chętnych ze świata.

„Gwiezdne wojny” w Krakowie

Zupełnie inaczej potoczyły się sprawy w Krakowie. Tu marzenia o polskim Hollywood częściowo zrealizowano. Pod miastem, w Nieporazie, stanęło jedno z najnowocześniejszych centrów filmowej produkcji na świecie. Alvernia Studios to pierwsza powojenna prywatna wytwórnia, dysponująca najnowocześniejszym sprzętem do produkcji filmów i gier komputerowych. Jej twórcą jest Stanisław Tyczyński, niegdysiejszego założyciel Radia RMF FM.

Kompleks w Nieporazie zarówno z zewnątrz, jak i w środku wygląda jak kosmiczny statek. Pod kopułami, które zajmują 12,5 km kw. powierzchni, mieszczą się nowoczesne hale zdjęciowe, studio do castingów i prób, postprodukcji dźwięku i obrazu czy unikatowe studio nagraniowe ze zmienną akustyką. Budowany jest też basen do zdjęć podwodnych. Dostępu do każdego z pomieszczeń strzegą masywne drzwi, otwierane dzięki urządzeniom, które odczytują linie papilarne. – Całość robi olbrzymie wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w świat „Gwiezdnych wojen” albo na plan „Obcego” Ridleya Scotta. To niewątpliwie najnowocześniejszy kompleks w Europie – opisuje Sroka. Siłą Alwerni mają być sprzęt i spece od najnowocześniejszych technologii, m.in. 3D. Media spekulowały, że budowa kompleksu pochłonęła niemal 144,5 mln zł, jakie Tyczyński zainkasował ze sprzedaży RMF FM.

Inwestycja najwyraźniej się opłaciła. Alwernia współpracuje nie tylko z największymi polskimi, ale i zagranicznymi producentami. To tutaj powstały muzyka do filmu „Uwolnić orkę 3” czy efekty specjalne oraz korekcja kolorów do filmu Jerzego Skolimowskiego „The Essential Killing”, w którym wystąpili amerykański aktor Vincent Gallo oraz żona Romana Polańskiego Emmanuelle Seigner. Alwernia współpracuje też przy produkcji bollywoodzkiego „Banity” – choć to nie jej szefom, ale marszałkowi województwa, który jeździł do Bombaju, miasto zawdzięcza kontrakt.

Kraków – z Alwernią, prężnie działającym regionalnym funduszem filmowym i władzami, które są świadome korzyści, jakie może przynieść ściągnięcie filmowców z zagranicy, a zwłaszcza z Ameryki – ma szansę zaistnieć na kinematograficznej mapie Europy. Ale z sąsiadami nadal będzie przegrywać.

Z prostej przyczyny: produkcja filmowa jest w Polsce obłożona 22-procentowym podatkiem VAT. To jedna z najwyższych stawek w Europie. Czesi i Węgrzy wygrywają z nami właśnie dlatego, że zdecydowali się przyznać filmowcom ulgi podatkowe. Pierwsi nie dość, że zbudowali w praskim Barrandowie liczące 4164 mkw. miasteczko filmowe, gdzie kręcone są przynajmniej cztery amerykańskie superprodukcje o średnich budżetach 50 – 100 mln dol. rocznie, to jeszcze wprowadzili zerową stawkę VAT na produkcję filmową. Ekonomiczne wabiki oferują też filmowcom Węgrzy. Właśnie dlatego za współpracę podziękowały nam ekipy „Monachium” Spielberga, drugiej części „Opowieści z Narnii” Adamsona czy „Kopii mistrza” Holland. Woleli naszych sąsiadów.