Kulturowy fenomen Gdańska wydaje się pańskim źródłem niewyczerpanych inspiracji.

Stefan Chwin: To prawda. Bardzo mnie to miasto inspiruje, ale nie do jakichś zmagań z historią Pomorza, jak pisze się o mnie w encyklopediach, tylko do czegoś zupełnie innego. Nie jestem niewolnikiem gdańskich realiów i nigdy nim nie byłem. Gdański świat traktuję bardzo swobodnie jako materiał do tworzenia własnej rzeczywistości powieściowej. Trochę tak jakbym układał puzzle z rozmaitych istniejących realnie i nieistniejących realnie elementów. W podręcznikach jestem przedstawiany jako "kronikarz Gdańskiej historii", tymczasem mnie nie interesują żadne małe ojczyzny. Już w "Złotym pelikanie" przedstawiłem Gdańsk najzupełniej fantastyczny, tak by harmonizował z poetyką średniowiecznego moralitetu. Cała topografia miasta została przekształcona stosownie do potrzeb fabuły.

Trójmiejskie realia traktuje pan umownie – rzecz niby rozgrywa się w czasach pruskich, ale pojawiają się współczesne z ducha graffiti na murach czy wzmianki o gazetach, które były wydawane w latach 30. XX wieku. To kuksaniec dla tych, którzy szufladkują pana jako pisarza gdańskiego?

Tym razem Gdańsk w mojej powieści jest zwierciadłem świata. Skupiłem tutaj wydarzenia z różnych epok i miejsc na ziemi. Przeniosłem nad Motławę historię opisaną w Ewangelii, ale początkowy zamysł, by pozostać w ramach kanonu, niespodziewanie rozszerzył się na sprawy, które mnie samego zaskoczyły. Nawiązałem do wątków z moich wcześniejszych powieści, ale potem pióro poniosło mnie w stronę niespodziewaną, bardzo komplikując pierwotną opowieść. Chciałem napisać książkę o drugim ukrzyżowaniu, tymczasem powstała powieść o ocaleniu od ukrzyżowania. O ile wiem, nikt przede mną w Polsce takiej powieści nie napisał. "Pannę Ferbelin" pisałem, czując, że idę pod prąd panujących dzisiaj u nas nastrojów.

W narrację wplótł pan emblematy PRL-owskiego Gdańska – na przykład brama udekorowana kwiatami i obrazem Matki Boskiej przez strajkujących stoczniowców przypomina tę z sierpnia 1980 roku.

Historia, którą chciałem opowiedzieć, łączy w sobie odniesienia do różnych wydarzeń historycznych, ważnych i mniej ważnych. To rodzaj Wiecznego Teraz, w którym spotykają się doświadczenia ludzkie z różnych czasów. Znalazły się tu także odniesienia do wydarzeń, których byłem naocznym świadkiem i które bardzo zapadły mi w pamięć. Mam na myśli pacyfikację Gdańska w grudniu 1970 roku i wybuch "Solidarności". Oba te wydarzenia odegrały ważną rolę w moim życiu duchowym. Dziś myślę, że dużo silniejsza jest w mojej pamięci trauma masakry grudniowej niż złote światło Sierpnia 1980 roku. Kiedy widziałem na własne oczy Grudzień i Sierpień, ciągle mi chodziło po głowie pytanie: Jak by się zachował w tej sytuacji Jezus, gdyby pojawił się na ulicy Gdańska, przez nikogo nierozpoznany?

Losy powieściowego Nauczyciela rymują się z wydarzeniami sprzed dwóch tysięcy lat w Jerozolimie pod rządami Poncjusza Piłata – kaznodzieja zostaje uznany za winnego krwawego zamachu i skazany na śmierć. Dobra Nowina ciągle jest nie do przyjęcia?

Punktem wyjścia mojej powieści jest Kazanie na Górze. Dla wielu ludzi, także dzisiaj, jest to kazanie nie do przyjęcia. To, co zostało powiedziane w Kazaniu na Górze, gniewa tych, którzy za fundament życia uważają twarde prawo własności ze wszystkimi tego konsekwencjami. Są tacy, którzy uważają, że Kazanie na Górze jest wywrotowe w każdej epoce.

Inaczej niż w Biblii, nie daje pan jednoznacznej odpowiedzi, kto ma rację: ci, którzy pilnują prawa i porządku, nawet przy użyciu przemocy, czy ludzie wiary rozbudzający niepotrzebne nadzieje?

Dobrze, że pan o tym mówi, bo niektórzy recenzenci tego nie zauważają. Przesłanie ewangeliczne zawiera w sobie niepokojące tony. Ewangelia przyniosła z pewnością wiele dobra, ale była używana także jako paliwo ideologiczne dla zbrodni inkwizycji i okrucieństw wojen krzyżowych. Zapominamy zwykle, że Jezus z jednej strony mówi: "Pokój wam przynoszę, pokój wam daję", z drugiej zaś: "Nie przyniosłem wam pokoju. Przyniosłem wam miecz". W wielkiej tradycji chrześcijaństwa Jezus pojawia się raz jako niewinny Baranek, raz jako Chrystus król z mieczem w ręku. Pamiętałem o tym, tworząc postać Nauczyciela z Neustadt, który w mojej powieści nie jest postacią jednoznaczną. Treści ewangeliczne mogą posłużyć do zbudowania bardzo bezwzględnych utopii społecznych. Racje władzy, która zwróciła się przeciwko Jezusowi, nie były pozbawione sensu. W mojej powieści to jest prawdziwy konflikt różnych wizji życia. Nauki Nauczyciela z Neustadt nie są w stanie dać niczego zarządcy prowincji, prokuratorowi Hammelsowi. On buduje swoje życie na zupełnie innych zasadach, bo ma inną wizję świata niż ta, którą rysuje Kazanie na Górze. I nie jest to wcale wizja bezrozumna.


W "Pannie Ferbelin" doszukać się można krytyki, a zarazem afirmacji władzy. Jest to moloch, który deformuje ludzi, a z drugiej strony pozwala im "żyć tak, żeby nie mieć czasu na rozpacz". Skazani jesteśmy na taki dualizm?

Dążenia do władzy – szczególnie w państwach autorytarnych – nie da się sprowadzić do żądzy pieniądza i dominowania. Napięcia psychiczne towarzyszące zdobywaniu, sprawowaniu i obronie własnej władzy mają wielką siłę ożywiającą człowieka. Kłębowisko międzyludzkie wytwarza ciśnienia, które oszałamiają nas i odgradzają do egzystencjalnej rozpaczy. Kto walczy o władzę czy broni swojej władzy, nie ma czasu na taką rozpacz. Rozpacz egzystencjalna dosięga człowieka zwykle w chwili, gdy wypada on z elektryzującego, międzyludzkiego wiru i staje w samotności przed światem. Tak przynajmniej uważa prokurator Hammels, co wpływa na jego dość bezwzględne zachowanie.

Przywołując historię przyjścia Mesjasza, porusza pan kwestie podwójnie tragicznego losu zwierząt – skazanych na cierpienia z ręki człowieka i nieuwzględnionych w boskim planie zbawienia. Lubi się pan poruszać w przestrzeni niewygodnych pytań teologicznych?

Czasem mam wrażenie, że jestem dzisiaj jedynym u nas pisarzem, którego rozgrzewają takie sprawy. Ja się interesuję pytaniami teologicznymi nie dlatego, że to są pytania religijne, tylko dlatego, że to są pytania ciekawe i ważne. I wcale nie są one oderwane od życia. Bardzo mnie martwi na przykład to, jak silnie myśl św. Augustyna wpłynęła na stosunek chrześcijańskiej cywilizacji do zwierząt. Zwierzęta uznano za wiecznych banitów świata, istoty wygnane poza wszelkie prawo. Wielu chrześcijanom zupełnie obojętne jest morze cierpień, jakich zwierzęta doznają od ludzi, i nie tylko od ludzi. Religie Wschodu uznają świętość życia człowieka i zwierzęcia. Chrześcijaństwo uznaje tylko świętość życia człowieka. Straszliwa jest dla mnie myśl, że ludzie po śmierci uzyskają za swoje cierpienia rekompensatę w postaci Nieba, cierpienie zaś zwierząt jest ostateczne i nigdy nie będzie miało żadnej rekompensaty. Właściwie tylko manichejczycy się tym przejmowali. W tym punkcie mimo pięknej tradycji św. Franciszka nieczułość chrześcijan na mękę zwierząt jest porażająca. Przecież nie musimy się spowiadać z tego, że zadaliśmy ból jakiemuś tam psu. Bardzo to poruszało Dostojewskiego.

Skąd ta refleksja o braciach mniejszych – zdaje się, że nie jest pan wegetarianinem?

Niestety, nie jestem. Po prostu w naszym klimacie nie potrafię żyć tylko roślinami. Zostaliśmy stworzeni tak, żebyśmy musieli zabijać zwierzęta. Dlaczego, nie wiadomo. Niepokoiło to już Miltona w "Raju utraconym", który chciał wierzyć, że to prarodzice są winni wszystkiemu, bo popełniając grzech pierworodny, wpakowali nas w taką sytuację.

W "Pannie Ferbelin" kolejny raz stworzył pan postać silnej kobiety, która jest motorem wydarzeń. Fascynuje pana żeńska witalność?

Oczywiście to jest przede wszystkim powieść o kobiecie i bardzo mocnej miłości. W życiu miałem takie szczęście, że spotkałem parę kobiet silnych i dobrych. Bardzo mnie one fascynowały. Uważam, że kobiety – niektóre – mają w sobie więcej światła i mocy niż mężczyźni. I lubię o takich kobietach pisać. Ja nie jestem żaden macho. Ja lubię być blisko silnych i dobrych kobiet. Ich obecność rozjaśnia mi duszę.

Bohaterką kolejnej książki będzie kobieta?

Bardzo mnie do tego namawia kobieta, z którą jestem.