Lekko zgarbiony, z dziwacznie przekręconą głową i wygiętą w paragraf ręką, bardziej przypominał zakłopotanego studenta, którego zmuszono do wyjścia przed audytorium niż wokalistę kapeli rockowej. Nie pomagał strój – trzy czwarte widowni także preferowało egzystencjalną czerń, ale w większości w bardziej wyrafinowanym wydaniu niż zestaw dżinsy plus T-shirt. Nawet kiedy palił papierosy i pociągał jarzębiak ze szklanej piersiówki, robił to z chłopięcą niezdarnością. Tak Marcin Świetlicki prezentował się na koncercie formacji Świetliki w połowie lat 90. Dziś wygląda podobnie, dokonał tylko roszady płynu, którym przepłukuje zmęczone sceniczną ekspresją gardło – teraz jest to Stock lub Jack Daniels – ale być może tylko dlatego, że Polmos przestał produkować jarzębiak. Mijają dwie dekady, a Świetlicki pozostał ten sam, ciągle wymyka się i prowokuje, jest przeciw, obok albo w poprzek. Wtedy, na koncercie w białostockim kinie Fama, uciekał przed gębą rockandrollowca i poety o ugruntowanej dwoma świetnymi tomami wierszy sławie buntownika, obrazoburcy, burzyciela dobrego samopoczucia intelektualnych elit III RP i guru wszystkich tych, którzy chcieli w nim widzieć przewodnika. Ani rola romantycznego wodzireja rządów dusz, ani popowego idola Świetlickiemu nigdy nie odpowiadały.

Nie leży mu też pozycja klasyka, o czym przekonuje lektura wydanej przez EMG autorskiej antologii. W obszernym tomie "Wiersze" znalazły się wszystkie utwory które – zdaniem poety – nadają się do druku. Świetlickiemu stuknęła pięćdziesiątka, autor "Zimnych krajów" uznał więc, że słuszna metryka i pokaźny dorobek obligują artystę do zrobienia rachunku zysków oraz strat. Ale po swojemu. Zestawił w nowej książce dziewięć oryginalnych zbiorów poetyckich oraz wiersze rozproszone i niepublikowane. Nie tylko nie cenzurował starych tomików, co zdarza się poetom dokonującym krytycznej analizy swojego dorobku, ale włączył do publikacji utwory wczesne i te, które nie zmieściły się w poprzednich książkach. I choć są wśród nich utwory słabsze, to prezentacja tego zaplecza autokanonu poetyckiego jest jednym z mocniejszych punktów "Wierszy".

Pozostaje abnegatem

Jeśli jednak ktoś liczy, że poeta odkrywa się tu bardziej, to się rozczaruje. Świetlicki pozostaje abnegatem, który nie cierpi sztandarów, euforii tłumów i poezji zaangażowanej, drwi z narodowych symboli, ojczyźnianej retoryki i autorytetów." Poezję robi się przeciw. Przeciw instytucji, jakkolwiek by się nie nazywała. Przeciw każdej władzy. Przeciw głupocie. Przeciw złym ludziom" – pisze we wstępie.

Woli ból zęba

Manifestacją sprzeciwu były już debiutanckie "Zimne kraje" – tomik wydany pod koniec 1992 roku w nakładzie 500 egzemplarzy w słynnej fioletowej serii "bruLionu". Świetlicki zaszokował wierszem "Do Jana Polkowskiego" – twórczość zaangażowaną nazwał w nim „poezją niewolników”, w której drzewa mają pod korą krzyże z kolczastego drutu. "Jakże łatwo niewolnik przebywa upiornie/ długą i prawie niemożliwą drogę/ od litery do Boga, to trwa krótko, niby/ splunięcie (...)" – pisał.


Świetlicki dostrzegł w gremialnym fetowaniu odzyskanej wolności nie tyle obłudę, ile ludyczność, egzaltowaną modę, snobizm, które co najwyżej na krótki czas mogły przykryć prawdziwe problemy egzystencjalne wyliczone w tym samym wierszu: "Ząb mnie boli, jestem/ głodny, samotny, my dwoje, nas czworo/ nasza ulica". Autor "Muzyki środka" domagał się tego samego co Jan Lechoń, też chciał wiosną zobaczyć wiosnę, a nie Polskę, opisywał prywatność, ale znacznie bardziej sarkastycznie i pesymistycznie.

Inna jest też topografia wierszy Świetlickiego – to duże miasto z plątaniną ulic przypominających żyły, których krwiobieg zakłóca pojawienie się bohatera. Spora część jego twórczości to urban poetry – jej podmiotem jest flaneur, niespieszny przechodzień i czuły jak sejsmograf podglądacz zjawisk ulotnych, świadom własnych ograniczeń cynik. W sensie fabularnym spędza czas na szlifowaniu bruków (najczęściej krakowskich), paleniu papierosów, piciu kawy i bliskich spotkaniach z alkoholem lub kobietami, co zresztą na jedno wychodzi. Obie relacje najczęściej kończą się kacem, fizycznym i mentalnym, z których oczywiście ten drugi jest znacznie gorszy. „Tym wszystkim rządzi szczupła dziwka,/ ta, którą kochasz, a raczej masz na nią ochotę,/ która wybiera sobie tego, którego akurat nienawidzisz” – stwierdza w innym wierszu z książkowego debiutu.

Nie chce być głosem

Próbowano zadekretować Świetlickiego jako wyraziciela głosu pokolenia "bruLionu". Poeta odżegnywał się od roli pokoleniowego guru wielokrotnie. W "Nie dla Jana Polkowskiego" pisał: "Historia literatury wchłania wszystko". W wierszu "Jeszcze jeden” z tomu "37 wierszy o wódce i papierosach" deklarował: "Ja się tylko spowiadam (...)/ Nie jestem naród. Tak się porobiło./ Nie chcę tego odkręcać". Ten egzystencjalny sarkazm został Świetlickiemu do dziś. Jego bohater ma wiele z Chandlerowskiego detektywa Marlowe’a, nie tylko dlatego, że polski poeta wielokrotnie kryptocytował amerykańskiego prozaika. Ostatnio częściej wydaje kryminały niż tomiki poetyckie. To kolejna wolta. Jako autor powieści gatunkowych uważanych u nas jeszcze niedawno za literacką konfekcję kontestuje swój wizerunek niszowego autora i klasyka współczesnej poezji polskiej tłumaczonej na języki obce.

Świetlicki ciągle pielęgnuje w sobie chłopięcą niepokorność, niczym bohater wiersza "Najsłabsze ogniwo" z tomu "Muzyka środka" (2006) – „kiedyś byłeś dorosły,/ a teraz kupujesz/ trochę dzieciństwa w nocy". Poeta nigdy nie może dojrzeć, dać się zasklepić w formie, zaszufladkować, przypisać do tematu, nawet za cenę nieustannego niepokoju i napięcia – wydaje się mówić autor. Jego poezja dziś to porady „wypalonego mężczyzny, który – wypalony/ wciąż jeszcze się wypala. Głos z pogorzeliska/ co jeszcze trochę dymi”. ("Nowy pozytywizm" z "Wierszy rozproszonych").

Poezja Świetlickiego mieni się barwami miejskiej melancholii, której złowróżbnymi symbolami są krzyże z przecinających się szyn tramwajowych i oczodoły okien w zamkniętych na głucho mieszkaniach, w których ktoś – z kimś – kiedyś. Autor "Niskich pobudek" jest kronikarzem rzeczy zwykłych, w popielniczce z petami potrafi dostrzec popiół naszej epoki. Swoje wiersze namaszcza wrażeniami z codzienności, która nie przenika do mediów, jest prywatna, a przez to szczera. I dlatego Marcinowi Świetlickiemu udają się ucieczki i wolty – od wizerunków, szuflad i zawłaszczenia przez różne środowiska – w stronę czytelnika.

WIERSZE | Marcin Świetlicki | EMG 2011 | 84 PLN