PAP Life: - Czuje się pan gwiazdą?

Nie, w Polsce gwiazdami są zwykle ludzie, którzy mają niewiele wspólnego z aktorstwem, jak ktoś powiedział: "słyną z tego, że są sławni". Jestem po prostu aktorem. Chcę być coraz lepszy w tym, co robię i to jest dla mnie najważniejsze. Uważam, że gwiazdą w prawdziwym tego słowa znaczeniu, jest Robert Więckiewicz. Przeszedł przez wszystkie szczeble aktorskiej kariery, teraz pojechał ze swoim filmem do Hollywood, jego nazwisko będzie znane w środowiskach filmowych wielu krajów.

Dużo pracuje pan w Warszawie, a jednak swój dom i teatr ma pan w Gdańsku. Dlaczego nie przeprowadził się pan do Warszawy, jak zrobiło wielu innych aktorów?

Warszawa jawi mi się jako miejsce trudne do życia. Myślę, że długo nie mógłbym się tu odnaleźć. Gdańsk jest moim miejscem na ziemi. Zamieszkałem tam w 1988 roku i od razu poczułem się, jak u siebie. Stamtąd pochodzi moja żona, tam urodzili się moi synowe. Tam mieszkałem w wielu mieszkaniach, aż w końcu mam swój stary, piękny dom pod lasem. To jest moje najukochańsze miejsce na ziemi. Zżyłem się też z Teatrem Wybrzeże, tam jest moja garderoba, gdzie nad lustrem wisi moje zdjęcie. Wszyscy wiedzą, że tam jestem i tam wrócę. To jest wspaniałe. Dużo podróżuję, bo tego wymaga moja praca, ale tam mam swój "port macierzysty".

Nie lubi pan podróżować?

Podróże są w zawodzie aktora konieczne. Chcąc się w pełni realizować w tym zawodzie, nie da się być w jednym miejscu. Oczywiście, gdybym przeniósł się do Warszawy, byłoby łatwiej, ale staram się nie narzekać. Nie zrobię tego nawet za cenę ciągłych wyjazdów. Gram teraz często w Warszawie w teatrach Komedia, Syrena i Polonia, jednak moje miejsce jest w Teatrze Wybrzeże. Do pociągu nie wsiadłem od dwóch lat i pewnie szybko tego nie zrobię, ale samochód lub samolot ułatwiają mi pracę. Buduje się drogi, coraz szybciej się jeździ z Trójmiasta do stolicy.

Jest pan aktorem filmowym czy teatralnym?

Nie rozróżniam tego w taki sposób. Staram się być dobrym aktorem w filmie, teatrze, serialu, piosence aktorskiej. Gdy gram w filmie, tęsknie za teatrem, gdy gram w teatrze, to tęsknię za filmem. Pewnie można się w pełni aktorsko realizować grając tylko w teatrze, ale mnie brakowałoby tej niepowtarzalnej atmosfery planu filmowego. Z kolei sam film nie daje tego magicznego momentu, jakim jest kontakt z widownią, tej weryfikacja umiejętności tu i teraz. Każdego wieczoru na scenie zdaje się egzamin ze swojego aktorstwa.

W Warszawie gra pan w najnowszej sztuce Teatru Polonia "Seks dla opornych" w reżyserii Krystyny Jandy. To spektakl kierowany tylko do widzów dorosłych?

Myślę, że to jest spektakl dla każdego. Pokazujemy związek dwojga dojrzałych ludzi w przełomowym dla nich momencie. Jeżeli w sztuce dialog jest dobrze napisany i relacje międzyludzkie są prawdziwe, pełne i ciekawe, to nie ma znaczenia, czy opowiada się historię dwojga japońskich staruszków czy trojga węgierskich nastolatków. Jeśli opowiada się ciekawie, każdy posłucha.

Jakim reżyserem jest Krystyna Janda?

Jest najlepszym rodzajem reżysera, jaki aktor może sobie wymarzyć. Nie jest apodyktyczna, pozwala aktorom się rozwinąć, ale jest też niesłychanie wyczulona na każdy najmniejszy nawet sceniczny dysonans. Ma wspaniały reżyserski gust, dobry smak. Z tego spektaklu można było zrobić banalną farsę, ale ona poprowadziła to w stronę mądrej, czasami bardzo śmiesznej, a czasami wzruszającej komedii. Fantastycznie się pracowało, a i widzowie są zadowoleni. Czegóż więcej chcieć?

Gra pan w duecie z Dorotą Kolak. Pracujecie państwo razem od lat. Potraficie się jeszcze czymś zaskoczyć?

Pracujemy ze sobą od 1988 roku, od kiedy przyszedłem do Teatru Wybrzeże. Małżeństwo gramy już chyba szósty raz. Pierwszą sceną, którą zagrałem na deskach tego teatru, była scena z Dorotą. Gdy grałem pierwszą główną rolę, to także partnerowała mi Dorota. Spotykaliśmy się na scenie naprawdę wiele razy. Dorota Kolak jest profesjonalistką, bardzo utalentowaną aktorką i praca z nią to czysta przyjemność. Znamy się bardzo dobrze, ale myślę, że jeszcze wiele lat wspólnego grania przed nami i zapewne nie raz się jeszcze zaskoczymy.

Jest jakaś rola, której by pan nie zagrał?

Wszystko zależy od scenariusza i od tego, jak dana rola jest napisana i jaką wizję ma reżyser. Zagram największego popaprańca, byle to czemuś służyło i miało artystyczny sens.

A jak współpracuje się panu z młodymi aktorami?

Dla mnie aktorzy dzielą się przede wszystkim na dobrych i złych, a nie na młodych i starych. Gdy widzę, że młody aktor jest zdolny i pracowity, to jestem gotów na dużą dozę tolerancji wobec jego czy jej nazwijmy to "świeżości" i braku doświadczenia.

A pan czuje się aktorem doświadczonym?

Daleko mi do doświadczenia Janusza Gajosa, ale mam już prawie 50 lat, uprawiam ten zawód od 25 lat i myślę, że jestem w połowie drogi. Wielu rzeczy się jeszcze nauczę. Hamleta już nie zagram, ale już go zagrałem... Mam już trochę ról za sobą i to, że nabrałem jakiegoś doświadczenia, jest oczywiste.

A co pana uspokaja i relaksuje?

Tak jak wspominałem, moją oazą jest dom. Natomiast wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze kochałem Tatry. Co roku jeździłem tam ładować baterie. Staram się to robić nadal, jednak ciągle brakuje czasu. Jeżeli uprawia się ten zawód intensywnie, to nie ma czasu na hobby lub regularny odpoczynek.

Kiedy zobaczymy pana na dużym ekranie?

W tym roku do kin wchodzą dwa filmy z moim udziałem. Jeden to już niemal film-legenda, czyli "Tajemnica Westerplatte". Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Drugi film to "Sęp" w reżyserii Eugeniusza Korina. Wiosną zaś zacznę zdjęcia do nowego serialu kryminalnego.

Mirosław Baka (ur. 1963), aktor teatralny, telewizyjny i filmowy. Absolwent PWST we Wrocławiu. Zagrał kilkaset ról teatralnych i filmowych. Współpracował m.in. z Krzysztofem Kieślowskim, Andrzejem Wajdą, Władysławem Pasikowskim i Janem Kidawą-Błońskim. Na stałe związany z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku. Żonaty, ma dwóch synów.