ROBERT MAZUREK: Dlaczego nie zrobił pan światowej kariery? W 1986 roku wydał pan płytę dla wielkiej wytwórni RCA.
STANISŁAW SOJKA: Ale oni w tym samym czasie podpisali kontrakt z Rickiem Astley’em i mieli już swoją gwiazdę. On był plastyczny, młodszy o siedem lat, bardzo chciał być piosenkarzem, no i do tego Angol.

I przystojniak.
Wtedy o takich mówiono, że "jak nie dośpiewa, to dowygląda". I cóż ja mogłem w konkurencji z nim, taki przytyty family man? "Staszek, musisz schudnąć" - powtarzali mi szefowie.

Schudł pan?
Schudłem. Teraz zresztą zaczynam się odchudzać po raz czwarty, tym razem serio, bo jestem po trzecim efekcie jo-jo. Chleb i kartofle rzuciłem już na zawsze, do końca życia, ale to nic trudnego. No cóż, chleba już się najadłem (śmiech), wieprzowiny też.

Zostały panu kiełki.
Jeszcze ryby, dziczyzna, nie jest tak źle.

RCA nie żałowało, że im z panem nie wyszło?
Liczyli, że schudnę i następną płytę nagram popową, jak Astley.

On podobno zaczynał od podawania herbaty w studiu nagrań, ale producenci masowych hitów z lat 80. Stock-Aitken-Waterman zrobili z niego megagwiazdę.
Ja już byłem na to trochę za stary, byłem w Polsce popularny, miałem jakąś pozycję. Moi szefowie z RCA nie mogli tego zrozumieć: "Staszek, co ci szkodzi, przecież jesteś zawodowiec. Machniesz melodyjkę, zrobisz podkład i już". Wiedzieli, że mam talent od Boga do pisania melodii, ale kręcili nosem, bo nigdy nie słyszeli w nich singla. Chcieli popowych melodyjek i prostych tekstów. Kiedyś zresztą machnąłem taką melodyjkę i po roku okazało się, że sprzedali ją do reklamy papierosów!

Płytę nagrywaliście w Londynie.
Tak, notabene wkrótce ukaże się jej reedycja na kompakcie, bo dotychczas wyszło to tylko na winylu i kasecie. RCA nie żałowało pieniędzy na produkcję, dali 150 tys. ówczesnych marek, nie trzeba się było śpieszyć, zagrali świetni muzycy, ale potem płyty w ogóle nie promowało.

Nie był pan tym sfrustrowany?
Ja naprawdę nie uważam, że każdy artysta musi zrobić światową karierę, serio. Bo poza Anglikami i Ameryką któż ją robi? I co to w ogóle znaczy kariera? Przecież kiedy Michael Jackson bił swoje rekordy wszech czasów i sprzedawał 40 milionów "Thrillera", to w Indiach Nusrat Fateh Ali Khan sprzedawał 100 milionów swojej płyty, tylko nikt o tym nie mówił i nikogo to nie interesowało!

To tak jak z Bollywoodem. Do niedawna nikt nie wiedział, że najwięcej filmów na świecie produkuje się nie na przedmieściach Los Angeles, ale w Bombaju.
Ja też troszkę pojeździłem po świecie i nabrałem sceptycyzmu do pomysłu międzynarodowej kariery. Byłem kiedyś z chłopakami w Colimie, indiańskim mieście w Meksyku, gdzieś na południe od zwrotnika. Na nasz koncert w starym teatrze przyszło pięć osób. Nas z zespołu razem z organizatorami było siedmiu. Moim koledzy byli zszokowani, a ja sobie uzmysłowiłem, że co my, jacyś koleżkowie ze środkowej Europy, możemy tym Indianom zaproponować?

Meksyku pan nie podbił, Zachodu też nie, ale przyjechał do Polski i stał się niewiarygodnie popularny.
Jak "Ich troje", to prawda. Raz zagraliśmy z Jasiem "Janiną" Iwańskim koncert na gitarach akustycznych. I się zaczęło. Na fali ogromnej popularności wydaliśmy nawet płytę z piosenkami nagranymi dla radia cztery lata wcześniej i to chwyciło. Dzięki znajomości z Dieterem Meierem, wokalistą Yello, zrobiłem też "Soyka Avoustic" i to nas wystrzeliło w kosmos.

Jak daleki?
Legalnie sprzedaliśmy 460 tysięcy płyt! Nikt nie wie, ile poszło nielegalnie.

Został pan bogaczem.
Stałem się niezależny finansowo i miałem komfort, że stać mnie było na nagranie kolejnej płyty. Wystąpiliśmy nawet w Jarocinie, choć przestrzegano nas, że padniemy ofiarą wojny punkowców, metalowców i Bóg wie kogo. Nic podobnego się nie stało.

Jak to było być popularnym jak "Ich troje"?
Pamiętam chwilę, kiedy się ocknąłem z przekonania, że jestem świetny, genialny, nietykalny. Wszyscy, ale dokładnie wszyscy, traktowali mnie jak bożka. Odbijała mi władza, jaką miałem nad ludźmi. To było absolutne świrowanie, poczucie, że jestem panem. Znał mnie generał i policjant, lekarz i babcia klozetowa.

Nie można się było anonimowo wysikać.
Dokładnie tak było! Nic nie można było zrobić anonimowo. To było koszmarne i zabójcze również dla muzyki.

Dla muzyki?
My graliśmy spokojną, akustyczną muzyczkę i kiedy trafialiśmy do hali z pięcioma tysiącami rozwrzeszczanych dzieciaków, to przestawaliśmy się słyszeć. O pianissimo nie było mowy. Dla nas skończyła się zabawa. Pamiętam koncert latem 1994 roku we Władysławowie. Grałem, myśląc zupełnie o czymś innym. Kończymy, a Jasiu mówi, że miał to samo, jakby był robotem. To był sygnał, że trzeba kończyć.

Konfliktu między wami nie było.
I nie ma, ale musieliśmy odpocząć, pożyć troszkę.

Nie groził panu alkohol, narkotyki?
To swoją drogą. Choć na szczęście u mnie reguluje to organizm, bo jak się przesadzi, to można się na tamten świat wyprawić. Kiedy mieszkałem na Zachodzie, miałem roczny ciąg kokainowy. Pomógł mi rozum i to, że w Polsce nie było dostępu do kokainy (śmiech). Na szczęście to był epizod. Nie miałem kłopotu z alkoholem, ale z nikotyną. Właśnie patrzę, że nie mam już papierosa.

Przeżył pan wszystkie etapy kariery: od kołatania do rynków zachodnich, przez bycie polską megagwiazdą, do statusu kogoś znanego i szanowanego, coś jak Irena Santor.
To jak opowieść o młodym i starym fryzjerze. Młody spina się, męczy, wymyśla kolejne fryzury i odnosi sukcesy. A stary? Stary robi to samo, tylko się nie męczy.

Pan jest stary fryzjer?
Tak. Ja zawsze chciałem być muzykiem i chciałem być uznany. Nie "popularny", bo to jest stan jakiejś histerii społecznej, ale "znany". Dziś wszyscy mnie rozpoznają na ulicy, ale nie jestem gwiazdą sezonu.

I nastolatki się na pana nie rzucają?
Nie rzucają się, a jak przychodzą po koncercie porozmawiać, to już mówią do mnie per pan. Mam też tę satysfakcję, że przychodzą i licealiści, i osoby z siwizną na głowie.

Jest pan gwiazdą pop?
Chyba nie. Jestem artystą ludowym (śmiech). Ludzie kojarzą mnie z pięciu, dziesięciu utworów, a największa grupa zna tylko "Tolerancję" i "Cud niepamięci", bo one były w radiu.

Dobrze pan się czuje w roli artysty ludowego?
Całkiem dobrze. Gdzieś koło czterdziestki zdałem sobie sprawę, że ja jednak coś umiem, mam fach w rękach. Pomocne jest wykształcenie muzyczne i jakiś poziom, który się prezentuje.

Zaczynał pan jako wykonawca standardów jazzowych.
Debiutowałem w 1978 roku płytą koncertową. Potem, w lutym 1979 roku w zastępstwie amerykańskiej wokalistki Donny Hathaway zjawiłem się na koncercie w Berlinie Zachodnim. Okazało się, że był on transmitowany przez radio na całą Europę! Od tego czasu zaczęły się pojawiać zaproszenia na festiwale i ruszyłem w drogę sam, bez dotychczasowego zespołu Extra Ball. Wtedy założyliśmy z Tomkiem Szukalskim, Czesławem "Małym" Bartkowskim i Zbyszkiem Wegehauptem kwartet, z którym grałem po 200 koncertów rocznie, i byłem tym potwornie zmęczony. Rozstaliśmy się w 1983 roku i musiałem odpocząć, odnaleźć się.

Dlatego rzucił pan jazz?
Graliśmy kiedyś w Nancy koncert tuż przed Ray’em Charlesem. Nagle uświadomiłem sobie, że ja mam w repertuarze jego kawałki, a za chwilę na scenę wyjdzie on i ludzie dostaną to z pierwszej ręki. Pomyślałem: "Kurczę, ja jestem z Gliwic, a on z delty Missisipi. Komu bardziej uwierzą?".

Co pan postanowił?
Poszukać swego własnego języka. Wcześniej namawiali mnie do tego starsi koledzy. Helmut Nadolski, Andrzej Rosiewicz pytali, kiedy wreszcie zacznę śpiewać po polsku.

Nie wszyscy byli tym jednak zachwyceni.
Nagrałem nawet ze Zbyszkiem Brysiakiem sesję dla Polskiego Radia z takimi piosenkami jak "Nocny papieros" i wiele innych. Jak to usłyszał ówczesny szef muzyczny "Jedynki", to powiedział mi wprost: "Panie Staszku, pan takie świetne standardy wykonywał, ale te nagrania to mielizna". To skądinąd były te nagrania, które poszły po czterech latach na płycie "Radioaktywny". Ale nie ukrywam, że wtedy to mnie mocno sfrustrowało.

Z czego pan żył?
Właśnie nie bardzo miałem z czego żyć, a miałem już rodzinę. Z radiem nic nie wyszło, koncertów było dosłownie kilka, pozadłużałem się wszędzie. I właśnie wtedy, bodaj w listopadzie 1985 roku zadzwonił do mnie Marek Jackowski z wiadomością, że do Polski przyjeżdża amerykański agent, który osiadł w Niemczech, były hippis, Robert Lyng. Pokazałem mu swoje nagrania i po tygodniu dzwoni do mnie, żebym na początku lutego 1986 roku zjawił się we Frankfurcie na nagranie demo i koncert w jednym z bardziej prestiżowych tamtejszych klubów. Na koncercie byli ludzie z RCA, spodobało im się.

Swoją drogą to zabawne, że RCA chciało z jazzmana zrobić chłopaka jak z boysbandu.
Inny facet zamówił 40 piosenek po tyle i tyle za sztukę, i zapłacił z góry. Robiłem to dla niego przez pół roku, ale dzięki temu spłaciłem długi i odetchnąłem finansowo.

Porozmawiajmy o panu. Pochodzi pan z tradycyjnej, śląskiej rodziny.
Ojciec jest emerytowanym majstrem budowlanym, mama dyplomowaną panią domu. Dyplomowaną, bo skończyła szkołę u zakonnic uczącą szycia, szydełkowania, krochmalenia i tego wszystkiego.

Teraz się z tego kpi…
Ale ja nie kpię! Myślę i mówię o tym z rozrzewnieniem. Tu nie było miejsca na szyderstwa, bo kobiety na Śląsku mają władzę, tam panuje specyficzny matriarchat. Było nas czterech braci, wszyscy zostali muzykami, ale tylko ja się wyrodziłem, bo reszta gra muzykę poważną. Rodzice nas kochali, ale wymagali. Byłem dzieckiem zajętym, miałem osiem lat, kiedy oprócz gry na skrzypcach zacząłem śpiewać w chórze katedralnym. To było wstrząsające, poznałem starą muzykę europejską!

Chór katedralny, jak to na Śląsku…
Bogobojna, katolicka rodzina. Nie dewocyjna, ale pobożna - tak to wyglądało. Miałem chyba ze czternaście lat, kiedy mama zapisała mnie na obóz oazowy. Nie spodobało mi się to za bardzo, zaczynałem być sceptyczny wobec Kościoła, ale tam spotkałem niesamowitych księży: werbistę o. Zabielskiego, ks. prof. Hryniewicza, polubił mnie założyciel oaz ks. Blachnicki. Tam głębiej zrozumiałem, co to znaczy być chrześcijaninem, i nawet jeśli dziś nie jestem człowiekiem praktykującym, to jest to dla mnie istotna sfera życia, pozostaję człowiekiem wiary.

Dlatego nagrał pan "Tryptyk rzymski"?
Jan Paweł II był dla mnie najważniejszą osobą w życiu, mistrzem. To się poniekąd zaczęło już w czasach oaz, które kardynał Wojtyła bardzo wspierał, a trwa do dziś. Jednak z samym "Tryptykiem" było tak, że zadzwonił do mnie przyjaciel, przedsiębiorca, będący pod jego wrażeniem, i rzucił ten pomysł. Na początku zupełnie nie wiedziałem, jak to ugryźć, bo się okazało, że tam nie ma rymów, jest biała narracja i trudno to przełożyć na język muzyki.

Żyje pan w światku artystycznym?
Mam znajomych artystów, ale środowisko branżowe, bankiety, przyjęcia przestały mnie bawić lata temu. Teraz wolę pojechać na wieś, bo tam się lepiej śpi.

Tu też potrafi pan pospać. Pańska towarzyszka życia wspomina coś o wstawaniu o piętnastej.
To kalumnie (śmiech). Owszem, miałem taki okres, ale to się skończyło, kiedy okazało się, że zimą nie załapuję się na dzień, bo kiedy zjem śniadanie, jest już ciemno. Dlatego teraz wstaję koło południa. A śpię tak długo, bo pracuję do późna i kładę się koło trzeciej.

Przecież muzycy nic nie robią.
Myślę, czytam, komponuję.

Jak?
Melodia oczywiście rodzi się w głowie, ale potem siadam uzbrojony w dyktafon do pianina elektrycznego i to sobie gram. Porządne pianino pożyczyłem synowi, więc mam tylko to. A potem najbardziej czasochłonna rzecz, czyli pisanie nut. Teraz posługuję się programem komputerowym Sibelius, co mi bardzo pomaga, bo dotknął mnie neoanalfabetyzm w pisaniu nut.

Co to za zwierz?
Ano, jako jazzman przez lata nie używałem nut, więc mimo skończenia kompozycji na Akademii Muzycznej po prostu wyszedłem z wprawy. Doszło do tego, że kilka lat temu pewna śpiewaczka operowa zadzwoniła do mnie, że chciałaby śpiewać mój sonet do słów Szekspira i ona melodię zna, ale nut potrzebuje pianista. Wykręciłem się tym, że jestem w rozjazdach, zajęty, a tak naprawdę usiadłem i tydzień przenosiłem trzyminutowy sonet na papier! To był koszmar, więc teraz, dzięki komputerowi, odrabiam zaległości i tworzę zapis nutowy swoich starych piosenek, bo na razie istnieją na poziomie prostej linii melodycznej z "Szansy na sukces" lub śpiewnika harcerskiego, a to trochę wstyd (śmiech).

Mówił pan, że melodie łatwo przychodzą panu do głowy.
Ale nie sama melodia czyni muzykę. Najpierw jest pomysł, a potem żmudna dłubanina, rozpisywanie tego, szlifowanie.

Czyta pan coś?
Głównie poezję, poeci to moi bohaterowie. Sam jako licealista pisałem wiersze, jestem zakochany w polszczyźnie. Z prozy wielkie wrażenie zrobiło na mnie "Ostatnie westchnienie Maura" Salmana Rushdiego.

Słucha pan innych kompozytorów czy tylko Sojkę?
Zdarza się (śmiech), głównie w samochodzie, i głównie jazz i barok. Niektóre koncerty Haendla znam na pamięć.

A ze swoich koncertów pan żyje?
75 procent moich dochodów to tantiemy z praw autorskich, ale też koncertuję, to prawda. Staramy się nie grać na wielkich festynach, ale zdarza nam się występować na imprezach zamkniętych. Oprócz tego kluby, ośrodki kultury. Nie mam już tyle siły, by dawać 200 koncertów rocznie, ale młodzi muszą dużo grać.

Sam pan prowadzi swoje interesy?
Przez dwanaście lat prowadziłem, ale kiedy w 2000 roku po jednym z wyjazdów na wieś miałem całą podłogę zawaloną umowami wyplutymi przez faks, uznałem, że muszę mieć biuro, które będzie tym zarządzać. I mam.

I zarządza pan synami.
Dwóch starszych ze mną pracuje. Jakub, najstarszy, gra na perkusji i jest jednym z trzech perkusistów w zespole. Zaczynał jako czeladnik i przez dwa lata nie dostawał żadnej kasy, ale teraz jest pełnoprawnym muzykiem. Kiedy rozglądałem się za wokalistą lub wokalistką do śpiewania na koncertach drugiego głosu w "Tryptyku rzymskim", okazało się, że on to robi genialnie, a ma w dodatku taką samą barwę głosu jak ja. Z kolei Antoni, młodszy brat Kuby, jest naszym realizatorem dźwięku.

Jak się pracuje z synami?
Wspaniale. Ale gdyby nie byli mi przydatni, nie zatrudniłbym ich za żadne skarby. Tu jestem bezwzględny. Jestem też na tyle oldskulowy, że w zespole nie ma mowy o żadnej demokracji. To ja jestem kapelmajstrem i to ja podejmuję decyzje.

A synowie mówią do pana "Staszek"?
A skąd! Mówią "tato".

Żadnych nowoczesnych fanaberii?
Żadnych. Nie u nas.

Młodszych synów pan jeszcze nie wykorzystuje?
Nie, ale utrzymujemy bardzo bliskie kontakty. Bliźniaki mieszkają z matką, kończą gimnazjum i przebąkują o liceum w Warszawie.

Podobał się panu Maciej Stuhr parodiujący Sojkę?
To jest dzieło sztuki! Maciek chodził na moje koncerty i kiedyś powiedział, że mnie sparodiował w swoim kabarecie. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jak on, chudzina, może mnie, kawał kloca, udawać. Jak zobaczyłem to na YouTube, to nie mogłem uwierzyć. Jest świetny.