JACEK SKOLIMOWSKI: „Polska to nie kraj dla artystów”. Tak kiedyś powiedziałeś. Faktycznie?
LESZEK MOŻDŻER: Wydawało mi się, że winę za mój los ponosi Polska. Ale zdałem sobie sprawę z tego, że odpowiedzialność spoczywa na moich barkach. Moja sytuacja zmieniła się, kiedy zacząłem pracować z profesjonalnym managementem. Zacząłem uczyć się, czym jest show-biznes, i o co w tym wszystkim chodzi. Nie mam już idealistycznego widzenia świata, zaczynam rozumieć różne punkty widzenia. Wierzyłem kiedyś, że chodzi tylko o sztukę, o harmonię, współbrzmienia, oryginalne melodie. Dalej w to wierzę, ale mam świadomość tego, że wszystko, co robimy, jest produktem, który musi spełniać pewne normy i być przystosowany do tego, żeby publiczność mogła go odebrać.

A nie czujesz się jednak nieswojo, kiedy pojawiasz się na okładce pisma „Jazz Forum”, a przecież wywodzisz się ze środowiska yassowego, które ostro krytykowało skostniały jazzowy establishment?
Przecież „Jazz Forum” to jest totalnie offowe pismo! Owszem, zarzucano mi często zdradę, brak ambicji i rozmienianie się na drobne. A ja po prostu jestem ciekaw współpracy z innymi artystami, jestem ciekaw życia i możliwości kreowania nowych, nieznanych mi współbrzmień. Jeśli mogę się podeprzeć na istniejącym systemie dystrybucji płyt, czy pokazać twarz w mediach, które pomogą rozpropagować moją twórczości i sprzedać większy nakład płyt, to czemu nie?

Kiedy widzisz takie formacje, jak Pink Freud, Baaba czy Robotobibok, które działają poza środowiskiem jazzowym, uważasz, że jednak wyznaczyliście im nowy kierunek?
Nie miałbym odwagi powiedzieć, że zrobiliśmy rewolucję w polskim jazzie. Są ludzie, którzy tak myślą, i tacy, którzy mają inne zdanie. Powiem tak, nasz ruch zainspirował wielu twórców, którzy jako młodsi od nas o dziesięć lat przychodzili na nasze koncerty, widzieli nas na scenie i byliśmy dla nich autorytetami. To jest normalne, ja też chodziłem na koncerty starszych i chciałem w przyszłości być jednym z nich, ale też spostrzegałem u nich rzeczy, których chciałbym kiedyś uniknąć. Teraz młodzież przychodzi na moje koncerty i to też ich inspiruje.

Jest w ogóle sens przypominać jej o twojej awangardowej przeszłość z muzykami Miłości?
Myślę, że płyty, które nagraliśmy z Miłością, są niezłe. Kiedy byłem dwudziestolatkiem, nie miałem pojęcia o graniu muzyki improwizowanej i z takimi ludźmi jak Trzaska, Olter i Tymański zgłębiałem światy zupełnie dla mnie nieodgadnione. Na nagraniach słychać tę świeżość, wiarę i zachwyt nad możliwościami wspólnej improwizacji. Przez wiele lat codziennie ze sobą graliśmy próby, jeździliśmy w trasy, więc mocno przesiąkliśmy sobą. Ale potem poznałem takich muzyków, jak Preisner, Stańko, Namysłowski, Lester Bowie czy Pat Metheny, od których też wiele się nauczyłem. Jestem zlepkiem tych wszystkich osobowości.

A gdyby teraz ktoś zdecydował się nakręcić kolejny dokument na twój temat, taką drugą część „Pubu 700” Sylwestra Latkowskiego, to czy obraz Leszka Możdżera byłby w nim inny?
Nie wiem, czy w ogóle dopuściłbym teraz kogoś z kamerą tak blisko. Wtedy byłem zainteresowany tym, żeby ktoś nakręcił o mnie film, chciałem zaistnieć. Prawda jest taka, że kiedy Latkowski przyszedł do teatru, to nikt nie chciał z nim gadać, a ja zaryzykowałem i otworzyłem się przed kamerą, dlatego powstał film o mnie. Może stałem się ikoną artysty, który żyje w biedzie, ale takie były fakty. Ten film bardzo mi pomógł, niewielu jest artystów, o których powstał film dokumentalny. Poza tym mam świetną pamiątkę, sceny z babcią są najlepsze.

Przy okazji twojego wspólnego koncertu z Adamem Makowiczem muzyk ten powiedział, że „Chopin miał wpływ na polskich jazzmanów”. Zgadzasz się z tym?
Chopin miał wpływ na wszystkich Polaków, a niektórzy z nich są akurat jazzmanami. Każdy pianista w szkole muzycznej przerabia mnóstwo repertuaru napisanego przez niego. Mamy to w umyśle i w palcach, a potem wychodzi to podświadomie w improwizacji. Polska szkoła pianistyczna opiera się w dużej mierze na utworach Chopina. Był on oryginalnym, na wskroś polskim kompozytorem. Na potęgę cytował ludowe frazy i rytmy, chociaż traktował je tylko jako inspirację. Ale jak dzisiaj osiągnąć polskość w muzyce, nie ma na to odpowiedzi.

Ale ten „polski charakter” muzyki często powraca w twojej twórczości. Kiedyś z yassowcami krytykowałeś polskich jazzmanów, a teraz krytykujesz polskie gwiazdy pop.
Tak, za to, że grają amerykańską muzykę. Uważam, że my, Polacy, mamy na tyle dużo talentu i wyobraźni, że jesteśmy w stanie tworzyć własną estetykę muzyki pop. Kopiowanie amerykańskich wzorców jest bez sensu, przecież ten język siłą rzeczy, z racji na swoją konstrukcję, sugeruje inne muzyczne frazowanie. W angielskim jest mnóstwo wyrazów jednosylabowych, nasz język to długie słowa z akcentem na przedostatnią sylabę. Na przykład Marek Grechuta czy Zygmunt Konieczny to są kompozytorzy, którzy rozumieją i czują język polski.

Wiesz, jak napisać dobry przebój?
Tak, ale tego nie robię, bo przeboje pisze się dla pieniędzy. Upokarzające byłoby dla mnie robienie muzyki tylko w tym celu. Ale recepta na przebój jest prosta, piosenka musi być komunikatywna, linia melodyczna jasna, z dosyć dużą liczbą pauz i ważny jest też dobry wokalista. To jest stosunkowo proste, ale się tym nie zajmuję.

Koncertowałeś z zespołem Myslovitz...
To była taka sytuacja, że wchodziłem w gotowy repertuar. Nie chciałem stawiać wszystkiego na głowie tylko dlatego, że jestem jazzowym pianistą. Chodziło o to, żeby wszyscy byli zadowoleni. Niektóre momenty były naprawdę niezłe, potrafiłem wyrazić siebie i dostosować się do zespołu. Wszedłem w istniejącą machinę, gdzie basista od paru lat gra utwór w ten sam sposób, to dlaczego miałby coś zmieniać ze względu na mnie?

A przyjąłbyś taką propozycję, żeby na przykład przerobić utwory Myslovitz na fortepian solo, tak jak Christopher O’Riley zajął się repertuarem Radiohead?
Lubię zespół Myslovitz i to nie jest żadna tajemnica. Ostatnio wolę zajmować się własnymi kompozycjami, nie planuję żadnych przeróbek. Wszystko jest oczywiście możliwe, w moim trio graliśmy na przykład utwór Nirvany. Jeśli coś mi się podoba i mogę to zaadaptować na skład swojego akustycznego zespołu – z przyjemnością to zrobię. To bardzo odświeżające i można przez chwilę naprawdę dobrze się pobawić.

Dostrzegasz jednak, że twoje ostatnie utwory mają mocniej zarysowaną linię melodyczną i ich forma jest dużo prostsza?
Myślisz, że z wyrachowania stosuję więcej melodii? Po prostu granie melodii stało się moją potrzebą, a nauczyłem się tego od Preisnera czy nawet Pata Metheny’ego. Z tą prostotą formy tobym nie przesadzał, piszę różne rzeczy, zarówno proste, jak i pokręcone, ale nawałnice dźwięków już mnie nie interesują. Wolę bardziej przejrzyste konstrukcje i większy porządek. Im jestem starszy, tym bardziej lubię porządek, lubię mieć posprzątane w pokoju i czysto w kuchni.

Skąd w takim razie ostatni pomysł współpracy z metalową grupą Behemoth?
Wynajmowaliśmy w podobnym terminie to samo studio. Mijaliśmy się codziennie na schodach, atmosfera była dobra, chłopcy zaproponowali mi współpracę. Dostałem od nich utwór, porozmawiałem chwilę z Nergalem, przedyskutowaliśmy tekst i ogólny zarys kompozycji, żebym lepiej zrozumiał swój udział w tym nagraniu, i w godzinę nagrałem partię fortepianu. To była szybka, ale głęboka współpraca. Tak się złożyło, że muzyka Behemotha, która symbolizuje czarną strefę ludzkiego umysłu, idealnie pokryła mi się z tym, co działo się wtedy w moim życiu.

Nie mierzi cię jednak czasem takie poczucie, że teraz każdy chce mieć na swojej płycie „Możdżera”?
Bardzo często słyszę „wiesz, chodzi nam o to, żebyś zaplumkał cokolwiek, chcemy po prostu mieć dobre nazwisko”. Nie lubię takich tekstów, po takim wstępie raczej nie ma szans na współpracę. Mówię „raczej”, bo wtedy do akcji wkracza mój management. Moje nazwisko jest jakąś marką i umieszczenie go na wszystkich produkcjach czasem nie jest mądre. Ale ja też muszę płacić z czegoś rachunki, mam olej w głowie. A skoro mogę zagrać cokolwiek, to równie dobrze mogę zagrać coś, co mi się podoba.

Jak w takim razie wytłumaczysz swoją obecność na ścieżce dźwiękowej do filmu „Ryś”, za którą odpowiada Piotr Rubik?
Akurat do Rubika nic nie mam. Pisanie na duże składy piosenek o miłości nie jest przecież żadnym grzechem. On robi swoje, a ludzie to kupują. Do współpracy przy filmie „Ryś” zaprosił mnie Stanisław Tym. Tymowi się nie odmawia, bo to wyjątkowy człowiek jest.

Nie obawiasz się jednak tego, że za chwilę ta twoja dobra passa w show-biznesie się skończy?
Pytasz, co będzie, jak przestanę być modny? Nie pracuję już tak intensywnie nad tym, żeby coś jeszcze zdobywać na polskim rynku. Obecnie coraz więcej współpracuję z Larsem Danielssonem, bardzo dużo koncertuję poza granicami kraju. Polskę kocham, lubię i szanuję, ale mam jednak ambicję być artystą o zasięgu europejskim.